wielki_smutek
27.05.09, 13:34
zacznę od tego że 5 tyg temu urodziłam dziecko... pierwszy tydzień po porodzie
był cudowny, szczęście wylewało sie ze mnie strumieniami, a potem nagle
wszystko się zawaliło. z dnia na dzień - nie wiem dlaczego - zaczęłam
obsesyjnie myśleć o śmierci i przemijaniu. zastanawiam się jaki sens ma życie,
po co tyle lat sie uczymy, pracujemy, zakładamy rodziny, żeby skonczyć w
glebie jako nawóz. nie moge się pogodzić z myślą, że każdy z nas kiedyś umrze,
że nie będę juz nigdy widziała nieba, słonca, kwiatów, swoich dzieci,
rodziców, że nie wsiąde nigdy wiecej do tramwaju, nie pogadam ze znajomymi na
GG, nie bede widziała jak swiat sie zmieni za 200 czy 1000 lat. życie jest
takie piekne, mam wspaniałego męża który jest dla mnie wszystkim, teraz mam
również dziecko, nie chcę zeby to (czyli zycie) kiedys sie skonczyło, nie moge
sie pogodzic z tym, że nadejdzie śmierć i nigdy juz mojego męża nie przytule,
nie pocałuje, nie pogadam z kolezanką, nie pobawię sie z synkiem.
wczesniej o tym nie myslałam... po prostu zyłam jakby smierc nie dotyczyła
mnie i moich bliskich, zyłam w przekonaniu ze zycie trwac bedzie zawsze, że
zawsze bedzie tak cudownie... nie dopuszczałam do siebie myśli że kiedys
wszyscy umrzemy.
mam wrażenie ze zwariowałam. czy tylko mnie przeraża to że zycie nie trwa
wiecznie??? czy jak kazdy z was się nad tym zastanowi tak naprawdę, to nie
dojdzie do takich samych wniosków... jestem załamana.
mysłalam o nauce kościoła (jestem wierząca???), modlimy sie słowami: wierzę w
kościół powszechny, swiętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała
zmartwychwstanie, żywot wieczny... czy ja w to wierzę??? czy wierzę ,ze jak
juz moje ciało zgnije w ziemi to kiedyś zmartwychwstanie... chyba nie wierzę...
wybieram sie niedługo do psychologa, bo inaczej zwariuję. niech mi coś zapisze
żebym poczuła sie lepiej, żebym przestała o tym myslec. mam malutkie dziecko -
chce sie cieszyc macierzynstwem a nie potrafie. czesto płacze. za często...
przepraszam, musiałam sie wygadac.