mala200333
20.12.12, 22:51
Do Libanu z Syrii, od 20 miesięcy ogarniętej krwawą rebelią, uciekają nie tylko tysiące uchodźców - przez granicę przelewa się sam konflikt. - Wojna wisi w powietrzu - mówi reporterce Wirtualnej Polski Anecie Wawrzyńczak młody Libańczyk. Czy wkrótce także Kraj Cedrów ogarnie chaos walk? Pierwsza krew za cudzą sprawę już została przelana.
Liban jest jak lustro, kaprysem historii rzucone między dwóch rosłych drabów, rywalizujących o władzę w regionie. Odbijają się w nim wszystkie ich aspiracje, problemy i niesnaski, z każdą wojną na czele. Jeśli dorzucimy do tego różnorodność etniczną i religijną (bo w Kraju Cedrów funkcjonuje oficjalnie 18 różnych wyznań), otrzymamy krzywe zwierciadło, które aż drży w posadach. I które w każdym momencie może rozsypać się w drobny mak.
-
Syria i Liban są jak bracia bliźniacy: jeśli coś dzieje się w Syrii, można spodziewać się, że odbije się to na Libanie - uważa Hilal Khashan, profesor nauk politycznych z American University of Beirut. Podobne głosy docierają coraz częściej zarówno z Kraju Cedrów, jak i z zagranicy. Już w maju, gdy powstanie przeciwko rządzącemu sąsiednią Syrią reżimowi prezydenta al-Asada przekształciło się w wojnę domową, Ban Ki Mun, sekretarz generalny ONZ, powiedział głośno to, o czym wszyscy szeptali pokątnie: przedłużający się konflikt w Syrii może rozprzestrzenić się na Liban.