Dodaj do ulubionych

Powieść o Wrocławiu..

25.08.13, 18:22
KULTURYSTYKA. Nominowana do Angelusa powieść Jacka Inglota "Wypędzony" nosi podtytuł "Śledztwo w powojennym Wrocławiu". Jeśli potraktować go jako zachętę, uprawniającą do postawienia tomu na półce w sąsiedztwie serii Marka Krajewskiego, okaże się mylący, bo kryminalnej intrygi nie wystarczy na usprawiedliwienie dla takiej etykietki
Ale też to śledztwo ma i drugie oblicze - kryje się za nim poszukiwanie granicy, za którą w ciągu opisywanych tu sześciu miesięcy roku 1945 Breslau stanie się Wrocławiem, a Petersdorf - Piotrowicami. Bo właśnie kwestia tożsamości miasta i regionu stała się zarówno punktem wyjścia dla autora "Wypędzonego", jak i głównym tematem tej powieści.


Cały tekst: wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,14486646,Jak_Breslau_stawal_sie_Wroclawiem__Pasjonujaca_powiesc.html#LokWrocTxt#ixzz2czygPZDe
Obserwuj wątek
    • black_jotka Re: Powieść o Wrocławiu.. 25.08.13, 20:09
      Jej bohaterem jest Jan Korzycki, były żołnierz AK, który do Breslau-Wrocławia, trafia uciekając przed bezpieką i czekającym go ciężkim więzieniem. Tutaj łatwiej mu przyjąć cudzą tożsamość - na kilka miesięcy jako Roman Malinowski staje się posterunkowym milicjantem. Zyskuje nawet kilkutygodniową sławę, zabijając uzbrojonego esesmana, i wdaje się w romans z córką niemieckiej gospodyni.

      Ale równoprawnym bohaterem "Wypędzonego" jest samo miasto. Jest czerwiec 1945 roku i Wrocław jest jedną wielką ruiną, zamieszkałą wciąż jeszcze w większości przez Niemców, rabowaną przez polskich i sowieckich szabrowników. To prawdziwy Dziki Zachód, którym wciąż wstrząsają kanonady, a spacer po zmroku może skończyć się napadem uzbrojonych grup Apaczów lub Komanczów. W miejscowej nieoficjalnej nomenklaturze pierwsi z nich to esesmani z Werwolfu, drudzy - bandyci-szabrownicy. Nowe polskie władze, które pod przewodnictwem prezydenta Drobnera próbują odbudować tu jakiś porządek, robią wrażenie idealistów niezdolnych stawić czoła rzeczywistości.

      Dojazd do Dworca Głównego jest jeszcze niemożliwy, więc wagony ze wschodu zatrzymują się na stacji Hundsfeld, czyli Psie Pole. Dalej trzeba przeprawiać się pieszo - trudno zgubić drogę - kierunek wskazuje chmura dymu, twierdza zdobyta trzy tygodnie temu wciąż płonie.

      Cały tekst: wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,14486646,Jak_Breslau_stawal_sie_Wroclawiem__Pasjonujaca_powiesc.html#LokWrocTxt#ixzz2d0PWnPBI
      • black_jotka Re: Powieść o Wrocławiu.. 25.08.13, 20:11
        Dawni mieszkańcy - głównie starcy, kobiety i dzieci - walczą o przetrwanie nękani przez bandy szabrowników, wyprzedając resztki swojego majątku i czekając na decyzję o wysiedleniu. Ich głos jest u Inglota bardzo mocny: to oni muszą ponieść odpowiedzialność za niemiecką winę, mimo że w wojnie nie brali udziału. Heinz Bucholtz, działacz niemieckiej antyfaszystowskiej organizacji, mówi do Korzyckiego: "No dobrze, załadujecie nas do wagonów i pozbędziecie się jak niechcianych rupieci. A co potem? Co zrobicie z naszym miastem? Zmienicie nazwy ulic? To łatwe, wystarczą nowe tabliczki. A pomniki? Wszystkie obalicie, przetopicie na kościelne dzwony albo odlejecie z nich własnych królów i bohaterów? A cmentarze? Zostawicie je tak jak są? A może przerobicie je na parki i będziecie spacerować po grobach naszych przodków? Zetrzecie wszelki ślad po nas, jakby tu nigdy nie było żadnego Niemca? Tak będzie wyglądał ten wasz Wrocław?".
        Inżynier Kazimierz Kuligowski, powojenny wrocławski wiceprezydent, przekonuje bohatera, że tak właśnie trzeba - odpłacić Niemcom za ich winy, sprawić, żeby z każdym zburzonym pomnikiem miasto stawało się coraz bardziej polskie.
    • nefretete993 Re: Powieść o Wrocławiu.. 26.08.13, 00:46
      I. Pole psów
      Stał zepchnięty na skraj peronu. Za jego plecami kłębił się wypełniający stację tłum jazgoczących, podenerwo- wanych przedłużającym się oczekiwaniem ludzi.
      Za plecami zostawiał o wiele więcej niż ten tłum... Choć czy cokolwiek z tego zostało? Kraju, o który walczył przez ostatnie lata, już nie było. A także armii, w której służył. Towarzysze i przyjaciele – polegli lub, tak jak on teraz, ścigani niczym zwie- rzęta, próbowali przetrwać. W życiu Jana Korzyckiego wiele spraw i rzeczy przestało istnieć w ciągu ostatnich miesięcy. Czuł, jakby za nim rozciągała się spopielona kosmicznym ogniem jałowa pustynia. Komuniści w swoich gazetach nazywali to „koniecznością dziejową”.
      W oddali zagwizdała lokomotywa. Ludzie, od paru godzin podrywający się na równe nogi przy każdym pojawieniu się byle ciuchci, i tym razem się ożywili. Rozległy się głosy podeks- cytowanych podróżnych, twierdzących, że to na pewno ten wła- ściwy i wreszcie pojadą. Tym razem optymiści mogli mieć rację. Na tor przy peronie wtaczał się z wysiłkiem typowy wojenny skład, głównie towarowe lory i węglarki. Gwarna gromada runęła ku nim, atakując z furią pociąg niczym rój wściekłych os. Nie zważano na krzyki tych, którzy, nie dość silni, padali i byli deptani. Korzycki, potrącany przez tłoczących się pasażerów,.
    • nefretete993 Re: Powieść o Wrocławiu.. 26.08.13, 00:53
      Fragment:

      "Niemiec milczał dłuższą chwilę.

      - A co ty tam wiesz o piekle... Gdybyś widział to, co widziały moje oczy... W takim Auschwitz na przykład albo Bergen - Belsen. Widziałem dziesięć tysięcy martwych ludzi ułożonych w wielopiętrową pryzmę, oblanych ropą i palących się żywym ogniem. Tłumy Żydów stłoczonych jak bydło i gnanych pałkami do komory gazowej... Nie, nie tylko oglądałem. Strzelałem w kark kobietom spychanym do dołów z trupami, wdychałem smród spalonego mięsa i miałem w ręku popiół z ich kości... Nie, panie Polak, piekłem to ty mnie nie strasz, w piekle to ja już byłem."
    • nefretete993 Re: Powieść o Wrocławiu.. 26.08.13, 00:58
      Jacek Inglot
      Debiutował w połowie lat 80. na łamach czasopism poświęconych fantastyce. Publikował teksty w „Problemach”, „Feniksie”, „Nowej Fantastyce”, „Playboyu”. Do tej pory wydał powieści Inquisitor (1996) i Quietus (1997) – obie nominowane do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a także zbiór opowiadań Bohaterowie do wynajęcia (2004, wspólnie z Andrzejem Drzewińskim) oraz powieść o tematyce współczesnejPorwanie sabinek (2008) i baśń fantasyEri i smok (2009). Mieszka we Wrocławiu.
    • nefretete993 Re: Powieść o Wrocławiu.. 26.08.13, 01:02

      Według was wszystkiemu winien był Hitler, który już sobie wymierzył sprawiedliwość. Innym należy dać spokój. Ale dla polskiej chłopki, matki, która w czasie pacyfikacji straciła swoje dzieci, winnym jest gefrejter Schulze, który przed stodołą zastrzelił małego Jasia i niewiele od niego starszą Marysię. Winny jest sierżant Steidle, bo zadźgał jej męża bagnetem. Winny jest szeregowy Oelschner, bo zgwałcił jej starszą córkę… Dla tej prostej polskiej chłopki oni są winni i im należy wymierzyć karę, a nie jakiemuś mitycznemu Hitlerowi, którego nie widziała na oczy… A także tym, którzy ich posłali, aby zatopili świat we krwi… Każdego z nich urodziła jakaś matka, każdy miał ojca, braci, siostry… którzy mogli powiedzieć „Nie idź i nie czyń, bo to złe”. Ale oni albo ich zachęcali, albo milczeli, biorąc tym samym wspólnictwo w zbrodni…
    • dunant Re: Powieść o Wrocławiu.. 26.08.13, 01:06
      Proces scalania tak zwanych Ziem Odzyskanych z resztą kraju nie była ani spokojny, ani łatwy, ani tym bardziej przyjemny. A w Breslau? Em… znaczy się piastowskim grodzie Wrocławiu? Cóż, tu Polak Polakowi był świnią, a Niemce oprawcą. Wina i kara? Sprawiedliwość dziejowa? Inglot rozlicza się z tym cały bajzlem bezlitośnie.
      Obiecałam sobie, że tym razem nie będę się rozpędzać. Chodziło mi po głowie pisanie o drugowojennych kompleksach Polaków, o migracjach wewnętrznych i rozwiązywaniu problemu z mniejszościami poprzez pozbycie się ich z kraju, żołnierzach wyklętych i ubekach i tak dalej i tak dalej. Wszystkie te motywy znajdziemy w „Wypędzonym” Jacka Inglota więc moje rozważania są tu absolutnie niepotrzebne.
      Zanim jednak przejdziemy do rozkładania „Wyklętego” na czynniki pierwsze, przyjrzyjmy się autorowi. Jacek Inglot już dawno przestał być debiutantem. Ma na swoim koncie kilka powieści i opowiadania SF. Publikował między innymi w „Nowej Fantastyce”, „Science Fiction” i „Feniksie”, a dwie jego książki doczekały się nawet nominacji do nagrody im. Zajdla. Tym razem jednak Inglot odłożył na półkę konwencję SF i zajął się historią.
      Od razu trzeba zaznaczyć, że autor bierze na warsztat jedną z najtrudniejszych kart dziejów Polski. W podręcznikach szkolnych jest sobie druga wojna światowa i nagle, po paru zdaniach o tym, co pomiędzy, robi się październik ’56. Tymczasem najnowsza powieść Jacka Inglota traktuje właśnie o tym „pomiędzy”, o wydarzeniach tuż po wojnie i o scalaniu tak zwanych Ziem Odzyskanych (a konkretnie przerabianiu Breslau na Wrocław) z resztą Polski. I to bez wybielania i wygładzania. Cóż, Polak Polakowi świnią, a Polak Niemce gwałcicielem. Niedawni bohaterowie walki o wolną Polskę są teraz zaszczutymi uciekinierami, ubecy myśliwymi, a całym bajzlem rządzą tak naprawdę pijani krasnoarmiejcy.
      Główny bohater „Wypędzonego”, Jan Korzycki, idealnie wpasowuje się w ten schemat. To akowiec, który ucieka z rąk ubeckiego porucznika Kamana. Nie wiedząc co ze sobą począć i jednocześnie chcąc zmylić pogoń trafia do zrujnowanego Wrocławia, pełnego wyrzutków znikąd, takich jak on. Na miejscu za radą sprzyjającego mu człowieka postanawia wystrychnąć UB na dudka i… wstępuje do milicji. W wielkim gruzowisku, jakie zostało z Breslau, ściganie elementu politycznie niepewnego jest na samym dole listy priorytetów. Ważniejsze jest położenie kresu wszechogarniającej fali doskonale zorganizowanych szabrowników, powszechnym gwałtom, rabunkom i morderstwom. W tym miejscu całość rusza po prostu z kopyta (a i wcześniej akcja się nie ślimaczy).
      • dunant Re: Powieść o Wrocławiu.. 26.08.13, 01:07

        Wypędzony (Jacek Inglot)

        Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka | Data publikacji: 17 grudnia 2012


        Proces scalania tak zwanych Ziem Odzyskanych z resztą kraju nie była ani spokojny, ani łatwy, ani tym bardziej przyjemny. A w Breslau? Em… znaczy się piastowskim grodzie Wrocławiu? Cóż, tu Polak Polakowi był świnią, a Niemce oprawcą. Wina i kara? Sprawiedliwość dziejowa? Inglot rozlicza się z tym cały bajzlem bezlitośnie.
        Obiecałam sobie, że tym razem nie będę się rozpędzać. Chodziło mi po głowie pisanie o drugowojennych kompleksach Polaków, o migracjach wewnętrznych i rozwiązywaniu problemu z mniejszościami poprzez pozbycie się ich z kraju, żołnierzach wyklętych i ubekach i tak dalej i tak dalej. Wszystkie te motywy znajdziemy w „Wypędzonym” Jacka Inglota więc moje rozważania są tu absolutnie niepotrzebne.
        Zanim jednak przejdziemy do rozkładania „Wyklętego” na czynniki pierwsze, przyjrzyjmy się autorowi. Jacek Inglot już dawno przestał być debiutantem. Ma na swoim koncie kilka powieści i opowiadania SF. Publikował między innymi w „Nowej Fantastyce”, „Science Fiction” i „Feniksie”, a dwie jego książki doczekały się nawet nominacji do nagrody im. Zajdla. Tym razem jednak Inglot odłożył na półkę konwencję SF i zajął się historią.
        Od razu trzeba zaznaczyć, że autor bierze na warsztat jedną z najtrudniejszych kart dziejów Polski. W podręcznikach szkolnych jest sobie druga wojna światowa i nagle, po paru zdaniach o tym, co pomiędzy, robi się październik ’56. Tymczasem najnowsza powieść Jacka Inglota traktuje właśnie o tym „pomiędzy”, o wydarzeniach tuż po wojnie i o scalaniu tak zwanych Ziem Odzyskanych (a konkretnie przerabianiu Breslau na Wrocław) z resztą Polski. I to bez wybielania i wygładzania. Cóż, Polak Polakowi świnią, a Polak Niemce gwałcicielem. Niedawni bohaterowie walki o wolną Polskę są teraz zaszczutymi uciekinierami, ubecy myśliwymi, a całym bajzlem rządzą tak naprawdę pijani krasnoarmiejcy.
        Główny bohater „Wypędzonego”, Jan Korzycki, idealnie wpasowuje się w ten schemat. To akowiec, który ucieka z rąk ubeckiego porucznika Kamana. Nie wiedząc co ze sobą począć i jednocześnie chcąc zmylić pogoń trafia do zrujnowanego Wrocławia, pełnego wyrzutków znikąd, takich jak on. Na miejscu za radą sprzyjającego mu człowieka postanawia wystrychnąć UB na dudka i… wstępuje do milicji. W wielkim gruzowisku, jakie zostało z Breslau, ściganie elementu politycznie niepewnego jest na samym dole listy priorytetów. Ważniejsze jest położenie kresu wszechogarniającej fali doskonale zorganizowanych szabrowników, powszechnym gwałtom, rabunkom i morderstwom. W tym miejscu całość rusza po prostu z kopyta (a i wcześniej akcja się nie ślimaczy).

        Jacek Inglot, "Wypędzony" (Erica 2012).
        Śledząc kolejne perypetie Korzyckiego czytelnik ani przez moment się nie nudzi. Kolejne zwroty akcji pojawiają się nagle i potęgują napięcie w trzymającej za mordę fabułę (tak, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu, nawet jeśli to z lekka nieparlamentarne). Zza każdego załomu wyłaniają się kolejne interesujące wątki, które splatają się w szalenie ciekawą całość. Wszystko to razem przykuwa uwagę, jak nie przymierzając seria z pepeszy puszczona tuż nad głową.
        Wczesnopowojenny Wrocław wydaje się idealnym tłem dla kryminału, jednak Inglot zdecydowanie wykracza poza tą konwencję. W jego książce obok morderstw i śledztwa, które tylko pozornie są na pierwszym planie, znajdziemy fascynujące studium mentalności dwóch narodów − Polaków i Niemców. Tym razem to Niemcy grają rolę ofiar (przynajmniej we własnej opinii). Są grabieni, padają ofiarami przemocy (w przypadku kobiet niemal zawsze seksualnej), głodują.
        Polacy nie mają wyrzutów sumienia i mówią wprost − to nie jakiś mityczny Hitler, który zastrzelił się w bunkrze, a wszyscy Niemcy są winni wojny. Korzycki wypowiada słowa: Ale dla polskiej chłopki, matki, która w czasie pacyfikacji straciła swoje dzieci, winny jest gefreiter Schulze, który przed stodołą zastrzelił małego Jasia i niewiele od niego starszą Marysię. Winny jest sierżant Steidle, bo zadźgał jej męża bagnetem. Winny jest szeregowy Oelschner, bo zgwałcił jej najstarszą córkę… Stara się tym samym uświadomić swoim niemieckim rozmówcom, że prości ludzie winią po prostu Niemców, a nie jakiegoś martwego Hitlera, czy innego Goebbelsa. Nasuwa się przy tym pytanie: gdzie po wojnie nagle zniknęły te wszystkie rozentuzjazmowane tłumy witające przybywającego Führera? Przecież nikt z tu obecnych nie popierał nigdy tego szaleńca, wszyscy byli przeciwni… Tylko dziwnym trafem na kredensie stoi samowar przywieziony przez noszącego feldgrau syna ze wschodu, albo koniak od brata, który „załapał” się na Francję.
        Kwintesencją postawy moralnej większości Polaków opisanych przez Inglota są słowa głównego bohatera kierowane do jednego z Niemców: Dlatego to, co się teraz dzieje z Niemcami musicie przyjąć jako karę… Karę, która następuje po winie… A ponieważ wasza wina nie ma precedensu, zatem nie zdziwcie się, jeśli i kara będzie wyjątkowo dotkliwa, też bez precedensu… Zresztą, Korzycki, choć nie Niemiec, także jest wielkim przegranym. Jego dom rodzinny już nie istnieje, połowa jego kolegów nie żyje lub siedzi w więzieniach, na niego samego poluje UB, a Polska, za którą był gotów oddać życie odeszła w ’39. Mimo to nie rezygnuje. Choć jest już w transporcie wiozącym wysiedlanych Niemców w stronę ich ojczyzny, gdzie będzie bezpieczniejszy niż w Polsce, coś nie pozwala mu opuścić „Tej, co nie zginęła”.
        Części czytelników „Ciekawostek”, zwłaszcza płci żeńskiej, nazwisko Inglot kojarzy się zapewne z marką całkiem dobrych kosmetyków. Od dzisiaj to zmieniamy. Inglot równa się świetna powieść historyczna.



Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka