seremine
07.09.13, 16:33
Nazywano ją "miastem ogórków" (bo w okolicy było mnóstwo gospodarstw warzywniczych) lub "miastem ogrodów" (zakładano je przed niemal każdą kamienicą). W willowej dzielnicy Tarninów mieszkali adwokaci, lekarze, właściciele fabryk produkujących maszyny do obróbki drewna i najsławniejsze na Dolnym Śląsku fortepiany.
W centrum - gotyckie kościoły, renesansowa starówka, zamek, park z egzotycznymi roślinami. Chodniki wykładane płytami z jasnego granitu, krawężniki z czarnej bazaltowej kostki, jezdnie też brukowane, tyle że na biało. Życie kulturalne kwitło, operetka i teatrzyki rewiowe dostarczały rozrywek wielbicielom podkasanej muzy, a dwie gazety zaspokajały potrzebę informacji i sensacji poważnych mieszczan.
Ale Legnica miała nie tylko urodę, ale także siłę - przed wojną była siedzibą władz rejencji i najsilniejszego na Śląsku niemieckiego garnizonu. Ulokowano w niej dowództwo i najważniejsze jednostki 18. Dywizji Piechoty armii niemieckiej. Miała koszary, lotnisko, duży szpital, była ważnym węzłem drogowym i kolejowym. Z dworca codziennie odprawiano 70 pociągów osobowych i 100 towarowych, drogi też były dobre (i gęsto rozłożone), miasto łączyła z Wrocławiem autostrada wybudowana w połowie lat 30.
Nic dziwnego, że Rosjanie nie chcieli oddać miasta, w którym wszystko było gotowe na nowe życie, nic dziwnego, że Polacy też chcieli tu mieszkać.
Cały tekst: wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,116584,14561465,Mala_Moskwa__Jak_przymusowa_sublokatorka_zdominowala.html#LokWrocTxt#ixzz2eDY0z7eo