black_jotka
20.12.19, 15:56
W „Krainie miodu” Tamary Kotewskiej i Ljubomira Stefanowa oglądamy swoisty kres tego świata. Koniec świata miodu i świata pszczół. A ten świat istniał, jak się wydaje, od zawsze. Zawsze koegzystowali ze sobą pszczoły i ludzie. Jeżeli znikną pszczoły, znikniemy również i my.
Od pierwszych, wysmakowanych, malarskich scen tego filmu, trudno oderwać wzrok. Że jest ładnie, to mało powiedziane. Mały punkt na mapie piękna. Ten punkt to człowiek. Kobieta pochylona nad ulami rozmieszczonymi na szerokiej, bajkowej i bajkowo pięknej przestrzeni. To Hatidze, Macedonka doglądająca pasieki od lat, tak jak wcześniej pszczołami zajmowali się jej przodkowie, rodzice, dziadkowie, wszyscy. Będzie niestety ostatnia. Po Hatidze nie ma już nikogo. Ten świat przypuszczalnie zniknie.
Na razie jesteśmy świadkami momentu przed burzą. Na chwilę przed ostatecznym użądleniem. Jeszcze wydaje się, że wszystko jest do uratowania. Na macedońską prowincję przyjeżdża duża turecka rodzina, z harmidrem, z dzieciakami, z życiową energią. Zakłóca świat dwóch kobiet, który od lat był głównie spokojem. Bo Hatidze mieszka tutaj z ciężko chorą, niewstającą już z łóżka mamą. Koegzystują razem w chatce, mają do dyspozycji jedynie absolutnie podstawowe sprzęty, ale mają też siebie, przyrodę, mają pszczoły. Nie trzeba prawie rozmawiać, porozumienie jest oczywistością. Wystarczy wyjść z chaty, albo spojrzeć przez okno. Świat jest organiczny, jego uroda wydaje się częścią krajobrazu człowieka, alternatywnym krwiobiegiem. I dlatego Hatidze wydaje się w miarę szczęśliwa, spokojna, spełniona. Spokój to przecież wolność. To wolny oddech, uwolniona oddechem myśl. Że jestem tutaj, w tym miejscu, tak jak cały życie tkwiła tutaj wcześniej mama, dziadkowie. Ludzie i pszczoły.