jutta_t
24.07.20, 16:27
24 lipca 1979 roku Edward Stachura dotarł do stacji końcowej. Pewnie sam nie byłby w stanie zliczyć, ile pośrednich stacji kolejowych było mu domem, ale tę ostatnią znalazł na warszawskim Grochowie, w mieszkaniu przy ulicy Rębkowskiej 1. Według raportu milicji śmierć nastąpiła przez zadzierzgnięcie.
Bliscy Stachury mieli prawo spodziewać się najgorszego. Od miesięcy stan poety się pogarszał. Dobrowolny pobyt w szpitalu psychiatrycznym w Ząbkach pod Warszawą poprzedziła nieudana próba samobójcza, w wyniku której Sted stracił cztery palce prawej dłoni. Stachura po epizodzie szpitalnym wrócił do rodzinnego domu w Łazieńcu, do matki Jadwigi, chociaż lata temu dom porzucił, bo wędrowanie przez życie w pojedynkę było, w jego mniemaniu, łatwiejsze. Niewątpliwie było lżejsze bez bagażu wspomnień o autorytarnym ojcu.
Wielbiciele jego talentu mieli prawo czuć się zagubieni. Obraz poety, którego sensem życia zdawało się być wędrowanie ku wolności, dobiegło kresu w miejscu, gdzie „na ścianach kuchni były zacieki, kurzu pełno, pajęczyny”, jak pierwsze wrażenia z mieszkania przy Rębkowskiej Stachura zapisał w dzienniku „Pogodzić się ze światem”. Trudno było pogodzić się z odejściem twórcy - symbolu, który w socjalistycznym pozorze uosabiał wolność nieskrepowaną politycznym uwikłaniem i szczęściem mierzonym rozmiarami Różewiczowskiej „małej stabilizacji”.
Symbolem wewnętrznych zmagań pisarza były dwa powracające w jego twórczości obrazy - stany psychiczne. Pisanie Stachury regularnie nawiedzane było przez „mgłę”, której opis dał w „Siekierezadzie” (1971), a którą można rozumieć jako klęskę życia i ostateczną nicość. Było to doświadczenie tym dotkliwsze, że przeplatane świadomością istnienia „całej jaskrawości”, któremu to fenomenowi pisarz poświęcił powieść o tym samym tytule. Cała jaskrawość w ujęciu Stachury to moment bycia ponad poznaniem, ponad istnieniem. W latach 70., w okresie rozkwitu światowej kontrkultury, takie pojmowanie świata, bliskie tradycji nauk buddyjskich, w komunistycznej Polsce rozbudzało wyobraźnię.
Fenomen Steda polegał też na tym, że każdy miał swojego Stachurę. Mógł go mieć pod postacią plakatu dołączonego do młodzieżowego czasopisma „Razem”. Mógł pielęgnować w wyobraźni jeden z obiegowych wizerunków Steda - na przykład ten, w którym poeta jawił się jako klasyk ogniskowych evergreenów. Albo inny, który narodził się po śmierci pisarza, gdy Stachura przez młodych wyznawców zaczął być postrzegany jako „Guru – Stachuru”. Są też tacy, dla których wędrujący przez Polskę z gitarą poeta był tak naprawdę hochsztaplerem życia (bo potrafił być zasadniczy i pryncypialny, a nie tylko wycofany i poetycki) i literatury (bo jego twórczość to grafomania).
Zauroczyć Jarosława Iwaszkiewicza jednak Stachura potrafił. Autor "Panien z Wilka" o "Jednym dniu" (1962), debiutanckim tomie opowiadań Steda pisał: "Ta osobliwa proza, ta niby naiwna składnia, przeczyste zdania z dziwacznymi powtórkami, ta melancholia - i głębokie, wewnętrzne umiłowanie życia, radość ze wszystkiego, co ono przynosi mniemanemu wagabundzie, wyczucie polskiego pejzażu polskiego codziennego życia, tęsknota do miłości i wiara w miłość - jakie to wszystko młode i pełne zachwytu."
I chyba w końcowych słowach Iwaszkiewicza o zachwycie, należy szukać głównego źródła powodzenia tej twórczości. Stachura sam siebie, ale też potencjalnych współtowarzyszy wędrówki, tego swoistego „życiopisania”, wedle nomenklatury Heryka Berezy, zapraszał do dzielenia wrażliwości trudnej do udźwignięcia. Zgodnie bowiem z poetyckim i życiowym credo Stachury, wszystko przenika poezja i wszystko jest poezją. Zdać sobie sprawę z konsekwencji takiego stwierdzenia to uznać, że każdy zachód Słońca, droga w nieznane, odbyta rozmowa czy „setka” wódki to jedyny w swoim rodzaju egzystencjalny fenomen. Funkcjonowanie w tak wysokim rejestrze było zaproszeniem w podróż trudną do zniesienia.
Nie dziwi więc fakt, że Stachura tego ciężaru nie uniósł, z biegiem lat redukując ogrom poetyckiej wizji i rozpoznania świata do stwierdzenia, że jednak (nie) każdy jest poetą, a zapasy z życiem ostatecznie kończą się tak, jak jeden z początkowych obrazów „Całej jaskrawości” (1969): „Wielki wodny ptak męczył się w tym powiększonym akwarium. Potykał się nogami o płytkie dno, wpadał wyniosłą piersią na błotniste mielizny, nie miał jak i gdzie zanurzyć swojej długiej szyi, nie mógł rozwinąć szerokich skrzydeł i bijąc nimi nieść się po wodzie w pełnej świetności i wolności całego gatunku i osobnego osobnika”.
----
Muzeum Literatury posiada w swoich zbiorach spory blok pamiątek (m.in. rękopisy, listy, zeszyty, notesy) po Edwardzie Stachurze. Można o tym przeczytać tutaj: tiny.pl/7f5dl