Dodaj do ulubionych

"Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej ..

12.02.21, 17:51
29 stycznia w sprzedaży ukaże się książka "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce" (MCK w Krakowie). Monografia zawiera artykuły badaczy na temat miejsc noszących urbanistyczne i architektoniczne piętno Trzeciej Rzeszy. Niemieckie plany podboju i hitlerowska polityka ludobójstwa, zwłaszcza w Polsce, przesądziły o jednoznacznej kwalifikacji całego dorobku architektów Trzeciej Rzeszy jako "dziedzictwa nienawiści". Prezentujemy fragment eseju Roberta Traby, "Asymetryczność kultur pamięci. Polskie i niemieckie kłopoty z kłopotliwym dziedzictwem".
Obserwuj wątek
    • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzecie 12.02.21, 17:52
      Nie my jedni, w Polsce, mamy problem z procesem dziedziczenia rozumianym jako aktywne włączanie w uznany i akceptowany kanon kulturowy artefaktów, materialnych obiektów i niematerialnych wzorców należących niegdyś do „innych”. Potwierdzają one naszą tradycję bądź z wyroków historii, przegranych/wygranych wojen, zwycięskich/ upadających rewolucji, tworzonych albo rozpadających się systemów politycznych – stwarzają dylematy aksjologiczne. Co można dziedziczyć? Co narusza ukształtowaną już przestrzeń kulturową? Co powoduje – realnie bądź tylko pozornie, w naszej wyobraźni – zagrożenie dla spójności narodu, grupy społecznej, wyznaniowej czy regionalnej?

      U naszych zachodnich sąsiadów, w Niemczech, problem dziedzictwa ma inny charakter. Trudne dziedzictwo jest przede wszystkim konfrontacją z własnym sprawstwem, z własnym dziedzictwem panowania zbrodniczego systemu narodowosocjalistycznego. W tle pobrzmiewają również echa rozliczeń ze spuścizną kolonialną i imperialną cesarskich Niemiec. Główny nurt polityczny i większość społeczeństwa zdecydowanie odrzucają dziedzictwo Niemiec nazistowskich. Szczególnym miejscem upamiętnienia własnych, narodowosocjalistycznych zbrodni jest dziś w topografii Berlina najpopularniejszy pomnik i ośrodek dokumentacyjny (rocznie około 1,2 miliona zwiedzających) przy Prinz-Albrecht-Strasse: Topographie des Terrors. Tyle że (...) tak naprawdę całe Niemcy są pomnikiem narodowosocjalistycznego sprawstwa. Jeżeli istnieją spory, to dotyczą one tego, jak odideologizować we współczesnym krajobrazie brunatną przeszłość. Jak uchronić te obiekty, które powstały między 1933 a 1945 rokiem i jednocześnie zachowują istotną wartość artystyczną? (...)
      • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:53
        W 2016 roku uczestniczyłem w sporze zainicjowanym przez znanego niemieckiego historyka Martina Sabrowa z Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie. Jego echo z lokalnego otoczenia Hanoweru przeniosło się na łamy poczytnego tygodnika „Der Spiegel”. Chodziło o przemianowanie nazwy placu Hinricha Wilhelma Kopfa w Hanowerze, stolicy Dolnej Saksonii. Kopf był pierwszym powojennym dolnosaksońskim premierem, zasłużonym dla miasta i regionu czołowym politykiem Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. W czasie pierwszej kampanii wyborczej do parlamentu krajowego na plakacie wyborczym posługiwał się hasłem „Jestem socjalistą, ponieważ jestem chrześcijaninem!”. Zmarł w roku 1961, w glorii sławy uznanego polityka i samorządowca, orędownika demokratycznego rozwoju RFN. Dopiero badania przeprowadzone na początku XXI wieku wykazały, że w latach narodowego socjalizmu nie tylko wspierał reżim hitlerowski, ale był także powiernikiem rządu do spraw wysiedlania polskich Żydów i rekwirowania ich majątku w okupowanym Generalnym Gubernatorstwie. Nie ma dowodów, że odebrał komuś życie, uczestniczył jednak w zbrodniczej machinie. Wybuchł skandal.

        W efekcie pozbawiono Kopfa honorowego grobu na miejskim cmentarzu, a plac jego imienia przemianowano na plac wybitnej filozofki Hannah Arendt, co wówczas zgodne było również z moją intencją. Martin Sabrow był innego zdania. Uważał, że trzeba dodać stosowny napis o „zapomnianej” działalności Kopfa, a resztę „die Demokratie muss aushalten”, to znaczy dojrzałe społeczeństwo niemieckie musi sobie poradzić z codziennym konfrontowaniem się ze swoją trudną przeszłością. W dalszym ciągu uważam, że słuszne było usunięcie placu Kopfa z topografii Hanoweru, bo – jak pokazują ostatnie sukcesy prawicowej partii Alternatywa dla Niemiec – z takiego uczenia się z historii wcale nie musi wynikać wiele pozytywnego dla teraźniejszości i przyszłości. W czasach dewaluacji słowa, dominacji hipermedialnych przekazów (w duchu: „każdy w sieci pisać może”) demokracja nie zawsze jest w stanie w formie dialogicznej wytrzymać napór zalewającego przestrzeń szumu informacyjnego. Inaczej postąpiły władze Wiednia w sprawie Karla Luegera (1844– 1910), wybitnego burmistrza i zarazem twórcy nowoczesnej wiedeńskiej metropolii. Lueger skomunalizował na początku XX wieku prywatne dotąd – i tym samym drogie – usługi podstawowe dla mieszkańców, od gazu i elektryczności przez transport publiczny po pogrzeby. Stworzył podstawę infrastrukturalną pod „czerwony Wiedeń” lat dwudziestych. Był jednocześnie jednym z twórców nowoczesnego antysemityzmu, podburzał także przeciw imigrantom z Czech i Moraw tak bardzo, że cesarz odmawiał zatwierdzenia go na stanowisku burmistrza. Około roku 2010 wokół ufundowanej mu w latach trzydziestych tablicy upamiętniającej wybuchł spór, w którego wyniku tablicy wprawdzie nie usunięto, lecz oryginalny (pochwalny) napis przykryto przezroczystą płytą z pleksi, przypominającą niechlubne antysemickie zaangażowanie wiedeńskiego burmistrza. W 2012 roku zniknął natomiast prowadzący do gmachu Uniwersytetu Wiedeńskiego Karl-Lueger-Ring. Kolejnymi kontrowersyjnymi przykładami są dwa upamiętnienia, które przez lata budziły opór, by wpisać je w miejską przestrzeń. Muzeum Memorium Procesów Norymberskich (Memorium Nürnberger Prozesse) działające w ramach Verbund der Museen der Stadt Nürnberg oraz miejsce po obozie Katzbach we Frankfurcie nad Menem odzwierciedlają problemy nie tyle z dziedzictwem zapisanym w krajobrazie, ile z wytwarzaniem i utrwalaniem „dziedzictwa okrucieństwa” (...). Historia powstania Memorium z perspektywy aliantów, ofiar i ich potomków wydawać by się mogła prosta: pierwszy proces zbrodniarzy nazistowskich jako rodzaj prawnego zadośćuczynienia dla ofiar i ku przestrodze następnych pokoleń powinien być jednocześnie rodzajem oczyszczenia niemieckiego, demokratycznego społeczeństwa. W Niemczech przez dziesiątki lat proces norymberski był w wielu środowiskach rodzajem upokorzenia, przykładem narzuconej sprawiedliwości. Muzeum powstało dopiero w roku 2010, po długich, często burzliwych, trwających od 2000 roku dyskusjach.
        • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:54
          Społeczność we Frankfurcie nad Menem do tej pory nie jest przekonana do upamiętnienia założonego pod koniec wojny obozu Katzbach w byłych frankfurckich Zakładach Adlera. Z ponad tysiąca sześciuset więźniów, głównie Polaków, obóz przeżyło zaledwie kilkudziesięciu. Jeżeli już upamiętnia się losy ofiar, to przede wszystkim zamordowanych tam Żydów. Tymczasem pod koniec wojny największą grupą więźniów byli powstańcy warszawscy. Ich los nie istnieje w sferze debaty publicznej. Po wojnie we Frankfurcie zapadło kłopotliwe milczenie. Zakłady Adlera niezwłocznie ruszyły z produkcją. Dyrektor Ernst Hagemeier bez przeszkód przeszedł proces denazyfikacji, a w latach cudu gospodarczego otrzymał Krzyż Zasługi RFN. Dopiero w 1985 roku dwaj lokalni historycy, Ernst Kaiser i Michael Knorn, z młodzieżą z dzielnicy Gallus zajęli się historią Zakładów Adlera (w 1994 roku ukazała się ich książka Żyliśmy i spaliśmy między umarłymi). Ruch obywatelski spowodował, że z czasem powstał amatorski Gallus Theater i wreszcie zareagowało miasto Frankfurt. Od 2018 roku, czyli siedemdziesiąt trzy lata po zakończeniu wojny, na miejscu prowadzone są badania przez Instytut Bauera.
          • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:54
            Dziś polskie problemy z kłopotliwym dziedzictwem wyznaczają przede wszystkim stosunek do spuścizny komunizmu (ustawowo dziedzictwo zakazane) oraz relacja do „nie naszej” tradycji narodowej i zabytków, których państwo polskie poprzez zmiany terytorialne oraz tragedię drugiej wojny światowej i Holokaustu stało się prawnym sukcesorem. Są one dziś terytorialnie polskie, ale kulturowo należą głównie do przedwojennych, żydowskich obywateli Polski albo stworzone zostały na ziemiach pogranicza polsko-niemieckiego, które przed 1945 rokiem należało do Niemiec, bądź przez Niemców/Prusaków jako kolonizatorów było okupowane.

            W wymiarze instytucjonalnym, począwszy od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, poprzez Narodowy Instytut Dziedzictwa, aż po Instytut Pamięci Narodowej (IPN), polska semantyka opowieści o przeszłości i pamięć kulturowa są „wyłącznie narodowe”. Co to znaczy? Otóż biorąc pod uwagę ustawę zasadniczą, która wyznacza normatywny charakter polskiej przestrzeni kulturowej, można stwierdzić, że naród reprezentują/tworzą nie tylko etniczni Polacy, lecz także przedstawiciele innych narodów, którzy byli obywatelami Rzeczypospolitej. Konstytucja z 2 kwietnia 1997 roku formułuje to w sposób następujący:




            […] my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga […], jak i nie podzielający tej wiary […] wdzięczni naszym przodkom za […] kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach […].
            • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:55
              „Nie nasze” pozostaje więc jedynie to, co zostało narzucone przemocą bądź – jak w przypadku części dziedzictwa niemieckiego – weszło w obręb państwa polskiego po zmianie granic w 1945 roku. W praktyce „nasze” interpretowane jest raczej w wąskim rozumieniu, bliskim etnicznej definicji „polskości”. Obcymi, których długi czas nie chcieliśmy przyjmować do wspólnej tradycji, byli nasi bezpośredni sąsiedzi – Żydzi. Przywracamy ich obecnie do pamięci i jest to zjawisko nowe. Proces rozpoczął się około ćwierci wieku temu. Krakowski Kazimierz jest przykładem tego, że żydowskie dziedzictwo ulega nawet popkulturowej festiwalizacji, czyli jest na nie zapotrzebowanie w wymiarze popkulturowym. Na uwagę zasługuje także inne zjawisko. Od kilkunastu lat w centralnej Polsce – w opuszczonych synagogach dawnych sztetli – powstają centra dialogu kulturowego, muzea, domy kultury, czego być może najciekawszym przykładem jest Ośrodek Edukacyjno-Muzealny „Świętokrzyski Sztetl” w Chmielniku.




              Popularny "Okrąglak" na Placu Nowym w krakowskim Kazimierzu
              Foto: MAREK LASYK / Reporter

              Popularny "Okrąglak" na Placu Nowym w krakowskim Kazimierzu

              Ostatnio najbardziej jednak dyskutowane jest dziedzictwo ustawowo zakazane. Reguluje je ustawa z 1 kwietnia 2016 roku, zwana dekomunizacyjną. Zgodnie z jej wykładnią obiekty użyteczności publicznej „nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny, ani w inny sposób takiego ustroju propagować” (DzU RP z 2016 roku, poz. 744). Ustawa została uchwalona przez Sejm jednogłośnie (przy jednym wstrzymującym się głosie). W jej wyniku IPN otrzymał wyłączne kompetencje do opiniowania, czy dany obiekt/patron symbolizuje lub propaguje system komunistyczny, czy też nie. Samorządom wyznaczony został okres dwunastu miesięcy na wprowadzenie sugerowanych przez IPN zmian. W razie niewypełnienia przez nie tego obowiązku kompetencje do zmiany patronów ma prawo przejąć odpowiedni terytorialnie wojewoda. To rozwiązanie miało zapewnić skuteczność i nieodwołalność decyzji. Zniknęły pomniki nie tylko niesłusznie wynoszonych na cokoły aparatczyków, pseudobohaterów komunistycznego panowania, lecz także tak wybitnych postaci jak Ludwik Waryński czy zbiorowi bohaterowie walczący o wyzwolenie Polski i Europy spod totalitarnej dyktatury niemieckiego narodowego socjalizmu (1 i 2 Armia Wojska Polskiego) i faszyzmu (żołnierze Międzynarodowej Brygady im. Jarosława Dąbrowskiego, zwani dąbrowszczakami, którzy brali udział po stronie republikańskiej w wojnie domowej w Hiszpanii). Ich miejsce zajmowali uczestnicy podziemia antykomunistycznego, wśród nich kolaborujący z Niemcami żołnierze Brygady Świętokrzyskiej, tak kontrowersyjni jak Józef Kuraś, pseudonim „Ogień”, czy jak oskarżany o zbrodnie na ludności cywilnej na Podlasiu Romuald Rajs, pseudonim „Bury”.
              • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:56
                W wielu środowiskach, głównie młodych aktywistów odwołujących się do tradycji lewicowych, ustawa została odebrana jako próba usunięcia patronów lewicy ze świadomości społecznej, a przez to zdobycia przez obóz prawicy pełnej hegemonii w przestrzeni pamięci Polaków. Według badań Jakuba Wysmułka dominujący sposób interpretacji wiąże się z postrzeganiem dekomunizacji w szerszym kontekście działań podejmowanych dotąd przez IPN. Przede wszystkim w zestawieniu z jednoczesnym wprowadzaniem do oficjalnej polityki historycznej elementów nacjonalistycznych, takich jak uhonorowanie działań Narodowych Sił Zbrojnych czy też upamiętnianie tak zwanych żołnierzy wyklętych, czyli całego powojennego podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego. Studium Wysmułka dotyczące społecznej reakcji na usunięcie z topografii Warszawy, Gdańska i Olsztyna ulicy Dąbrowszczaków spotkało się z na tyle silnym, generacyjnym i pozapartyjnym protestem wyrażonym głównie w pozwach sądowych, że IPN (albo już wojewodowie) musiał się na skutek prawomocnych wyroków wycofać ze swoich decyzji.

                O ile w Niemczech Karol Marks czy Róża Luksemburg dla jednych są wręcz kultowymi bohaterami, dla innych negatywnymi czy co najmniej kontrowersyjnymi, nikt jednak nie usuwa ich wizerunków z przestrzeni publicznej, o tyle w Polsce należą prawnie wyłącznie do obcego, komunistycznego dziedzictwa, które mocą ustawy nie może publicznie funkcjonować. Wylewając dziecko z kąpielą, zapomina się przy okazji, że Fryderyk Engels należał w połowie XIX wieku do najbardziej zaangażowanych obrońców prawa do istnienia państwa polskiego, a Róża Luksemburg aktywnie broniła języka polskiego przed germanizacją.
                • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:57
                  Przedstawione odmienne rozumienie trudnego dziedzictwa w Polsce i w Niemczech pokazuje, jak bardzo funkcjonujemy w osobnych, narodowych kulturach pamięci, mimo że komunikujemy się w różnych wymiarach życia społecznego, czy to poprzez międzynarodowe organizacje, czy też spotkania na poziomie europejskim bądź światowym. Pamięć jest produktem narodowych dyskursów i narodowych tradycji. Na starcie więc kłopotliwe dziedzictwo w narodowych kulturach pamięci tych dwóch krajów zajmuje zupełnie inne miejsce.




                  "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce" (okładka)
                  Foto: Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie

                  "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce" (okładka)

                  Wspólny kłopot – studium przypadku

                  Wśród kanonicznych dziewięćdziesięciu dziewięciu polsko-niemieckich miejsc pamięci nie znalazła się najważniejsza główna kwatera wojenna Adolfa Hitlera zwana Wolfsschanze (1940–1944), położona na peryferiach ówczesnej niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie. Jako pomysłodawcy projektu Polsko-niemieckich miejsc pamięci rozumieliśmy loci mimoriae jako symbole, artefakty czy postaci z polsko-niemieckiej przeszłości, które aktywnie wpływały/wpływają na procesy tożsamościotwórcze w obu krajach i w ten sposób stały/stają się częścią zarówno polskiej, jak i niemieckiej kultury pamięci. Wolfsschanze była historycznie za bardzo niemiecka, a w sensie medialnym również globalna, ale za mało polska, a to był warunek sine qua non włączenia do kategorii polsko-niemieckich miejsc pamięci. Pułkownik Claus Schenk von Stauffenberg, organizator zamachu na Hitlera w baraku narad 20 lipca 1944 roku, symbolicznie przegrał z innym wpisanym do traktatu polsko-niemieckiego o dobrym sąsiedztwie (1991) miejscem pamięci: opozycyjnym wobec nazistów tak zwanym Kręgiem z Krzyżowej (Kreisauer Kreis) i jego przywódcą hrabią Helmuthem von Moltkem. Gdy w 2008 roku w zespole projektu podejmowaliśmy decyzje o wyborze miejsc pamięci, na ekrany kin wchodził amerykański film Walkiria (2008) w reżyserii Bryana Singera z Tomem Cruise’em jako pułkownikiem von Stauffenbergiem. Produkcję obejrzało w kinach ponad dziesięć milionów widzów, a w internecie i w setkach razy powtarzanych wersjach telewizyjnych zarówno w Polsce, w Niemczech, jak i na całym świecie zapewne kolejne miliony. Walkiria wyznaczyła miejsce Wolfsschanze w światowej popkulturze. Niezależnie od negatywnego stosunku Polaków do tego miejsca co roku kwaterę Hitlera w Gierłoży koło mazurskiego Kętrzyna odwiedza ponad dwieście tysięcy zwiedzających, głównie z Polski.




                  Wolfsschanze - kwatera wojenna Adolfa Hitlera w Gierłoży koło mazurskiego Kętrzyna
                  Foto: Albin Marciniak / East News

                  Wolfsschanze - kwatera wojenna Adolfa Hitlera w Gierłoży koło mazurskiego Kętrzyna

                  Czy i po co dawna kwatera Hitlera z kłopotliwego miejsca mogłaby się stać wspólnym wyzwaniem w procesie wytwarzania polskiej i niemieckiej kultury pamięci?

                  Kto widział Wolfsschanze, ten zdaje sobie sprawę, że architektoniczna gigantomania tego obiektu (w oryginale dwieście budynków, zbudowanych na obszarze około dwustu pięćdziesięciu hektarów, do tego około ośmiuset hektarów lasu, ze stacją kolejową i z lotniskiem) oraz postaci, które się z nim kojarzą, zawsze znajdą grupę ciekawskich, fascynatów tanatoturystyki i militariów czy zwykłych miłośników historii, którzy będą chcieli dotknąć autentycznego miejsca, jednego z centrów dowodzenia niemiecką, nazistowską machiną wojny i zbrodni. Dziś to miejsce jest kłopotliwe nie tylko w dialogu polsko-niemieckim o dziedzictwie, lecz również polsko-polskim.

                  Kto widział Wolfsschanze, ten zdaje sobie sprawę, że architektoniczna gigantomania tego obiektu (w oryginale dwieście budynków, zbudowanych na obszarze około dwustu pięćdziesięciu hektarów, do tego około ośmiuset hektarów lasu, ze stacją kolejową i z lotniskiem) oraz postaci, które się z nim kojarzą, zawsze znajdą grupę ciekawskich, fascynatów tanatoturystyki i militariów czy zwykłych miłośników historii, którzy będą chcieli dotknąć autentycznego miejsca, jednego z centrów dowodzenia niemiecką, nazistowską machiną wojny i zbrodni. Dziś to miejsce jest kłopotliwe nie tylko w dialogu polsko-niemieckim o dziedzictwie, lecz również polsko-polskim.

                  Symbol dowodzenia totalną wojną na wyniszczenie leży na terytorium Polski, pierwszej ofiary niemieckiej agresji w 1939 roku, która w czasie okupacji poniosła proporcjonalnie największe straty ludzkie i materialne. Dodatkowym paradoksem historii jest to, że do roku 1945 były to ziemie niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie, które w wyniku decyzji aliantów w Jałcie i w Poczdamie (głównie Stalina) stały się częścią państwa polskiego jako Warmia i Mazury. Dla Niemców był to więc fragment realnej i ideologicznej zarazem verlorene Heimat, czyli utraconej ziemi ojczystej, a dla Polaków nowe „Ziemie Odzyskane”. Dziś jest to jeden z najatrakcyjniejszych turystycznie regionów Polski, Kraina Tysiąca Jezior, którą co roku odwiedzają tysiące turystów, spragnionych przede wszystkim letniej rozrywki.
                  • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:58
                    Trzykrotnie, w 1992, 1994 i 2004 roku, z okazji rocznicy zamachu na Hitlera, odbyły się oficjalne polsko-niemieckie uroczystości z udziałem delegacji państwowych i kościelnych oraz rodziny von Stauffenberga (...) Jak głosiła tablica z 2004 roku, polsko-niemieckie miejsce pamięci nie odnosiło się wprost do Stauffenberga, lecz generalnie „upamiętniało ruch oporu przeciwko narodowemu socjalizmowi”. Adam Krzemiński, dziennikarz warszawskiego tygodnika „Polityka” i współpracownik hamburskiego „Die Zeit”, próbował stworzyć ideową otulinę pojednania na bazie ruchu oporu w Polsce i w Niemczech, czyli na spisku, który doprowadził do zamachu 20 lipca 1944 roku, i na dwanaście dni późniejszym wybuchu powstania warszawskiego. Zdając sobie sprawę z niewspółmierności wydarzeń – z jednej strony kilkudziesięciu zamachowców, a z drugiej wielotysięczna Armia Krajowa, dwieście tysięcy ofiar i zburzenie stolicy Polski – dziennikarz dostrzegał pewną analogię:




                    Zarówno niemieckim spiskowcom, jak i polskim powstańcom chodziło o pokazanie światu, że jesteśmy: my – inni niż opętane przez Hitlera Niemcy, i my – przez własnych aliantów przesuwani z jednego kąta mapy Europy w drugi – suwerenni w swych decyzjach Polacy. […] Mimo klęski oba zrywy okazały się zwycięstwami moralnymi.

                    W 2004 roku, kiedy sytuacja polityczna między Polską a Niemcami była napięta z powodu kontrowersji wokół upamiętnienia przymusowych wysiedleń, głos Krzemińskiego nie zjednał sobie większości opinii publicznej ani w Polsce, ani w Niemczech. Przy okazji przywoływano kolonialne zapatrywania von Stauffenberga, wyrażone w liście do żony na początku agresji na Polskę:




                    Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Naród, który, aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa.

                    Sam dziennikarz, niejako w polemice z sobą, konstatował, że mimo wyraźnej empatii po stronie polskiej trudno w Wolfsschanze wyobrazić sobie polsko-niemiecką mentalną wspólnotę:




                    Podczas gdy Niemcy przyglądają się kawałkowi własnej historii zamrożonej w żelazobetonie, to Polacy przyglądają się jej z zewnątrz, jakby oglądali wejście do siedziby Lucyfera w piekle Dantego. Ta historia jest nam obca, choć dotyczyła nas bezpośrednio. To w końcu stąd wyszedł plan zburzenia Warszawy.

                    Po obu stronach od ponad piętnastu lat brakuje politycznej woli wspólnego, muzealnego i symbolicznego zagospodarowania miejsca.
                    ZOBACZ TAKŻE! Straty polskich dóbr kultury podczas II wojny światowej

                    Paradoksalnie, mimo wyraźnie propagandowego podkreślania akcentów antyniemieckich, najlepszy okres upamiętnienia Wolfsschanze w Polsce przypadł na lata sześćdziesiąte (...) Istniały, na miarę tamtych czasów, małe muzeum, kino, wykształcona została (i do dziś broni się swoimi kompetencjami) grupa profesjonalnych przewodników, a w 1968 roku, na podstawie prozy Andrzeja Brychta (1935–1998) powstał film fabularny, epigon klasycznej polskiej szkoły filmowej Dancing w kwaterze Hitlera w reżyserii Jana Batorego (1921–1981) i z muzyką wybitnego kompozytora Wojciecha Kilara (1932–2013). Od 1989 roku dominują dwie tendencje: bezradność państwa i/ albo prywatna komercjalizacja. Lasy Państwowe, właściciel terenu, zostały pozostawione same sobie. Efekt jest taki, że wprawdzie zabezpieczono ruiny bunkrów, ale reszta terenu przypomina skrzyżowanie nieudolnego muzealnictwa (rekonstrukcja sali, w której doszło do zamachu, oraz wystawa poświęcona powstaniu warszawskiemu) z parkiem rozrywki, w którym dominują przeróżne mutacje rzeźbionych w drewnie wilków i postaci żołnierzy (jest nawet w strefie botanicznej Nadleśnictwa Srokowo, niedaleko od wejścia na teren bunkrów, postać marszałka Józefa Piłsudskiego!), a w kiosku z pamiątkami można kupić każdy gadżet: od płaszczy, koszulek i parasoli z nadrukiem „Wilczy Szaniec” po tematyczne kubki i karty do gry. O jarmarczności tego miejsca świadczy także Mazurolandia, czyli oddalony o kilometr od Wolfsschanze w kierunku Węgorzewa park rozrywki założony w 2009 roku na skraju wsi Pracz.

                    (...)

                    W innym wymiarze, także po stronie niemieckiej, nie powstała żadna przekonująca oferta upamiętnienia i zwiedzania Wolfsschanze. Starano się tam uczyć obywatelskiej postawy niemieckich żołnierzy, nakręcono sporo filmów dokumentalnych i wydano wiele popularnych opracowań. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się te, które głosem żyjących jeszcze pracownic kuchni w kwaterze głównej przedstawiały prywatną stronę życia Hitlera. Pod hasłem „Führerquartier”, które dominuje w niemieckojęzycznych wyszukiwarkach i jako „kwatera wodza” jest nie do pomyślenia w polskim użyciu, na internetowych stronach niemieckiego, francuskiego, meksykańskiego i brytyjskiego Amazona najpopularniejszy jest film Führerquartier Wolfschanze [!]. Befehlsstand in Ostpreußen z 1996 roku (jeszcze w 2019 roku do wypożyczenia w niektórych dzielnicowych bibliotekach Berlina!). Kuriozalność tej produkcji polega na tym, że składa się w zasadzie z kopii oryginalnych filmów i kronik z okresu wojny, w których – bez żadnego komentarza – można zobaczyć „wspaniałego wodza” w gronie odwiedzających go w kwaterze europejskich przywódców i usłyszeć o „niemieckim bohaterstwie” w czasie wojny, „niemieckiej wojnie prewencyjnej przeciw Związkowi Sowieckiemu” oraz o Stauffenbergu jako „zdrajcy niemieckiej racji stanu”. Wśród opinii internautów przeważa zachwyt nad wreszcie „prawdziwie pokazaną historią” i tylko jeden osąd jest jednoznacznie krytyczny, zarzucający filmowi tendencje neonazistowskie, które de facto są wręcz rażąco widoczne...
                    • black_jotka Re: "Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trz 12.02.21, 17:59
                      Wracam do pytania: po co zajmować się w Niemczech i w Polsce kłopotliwym dziedzictwem, szczególnie tym wspólnym, dotyczącym materialnej spuścizny Trzeciej Rzeszy?

                      Jeszcze raz odwołam się do przypadków Kopfa i Luegera, prezentujących odmienne strategie obchodzenia się z kłopotliwym dziedzictwem kulturowym, by zwrócić uwagę na sam mechanizm obywatelskich postaw. Obie strategie mają swoją osobną logikę (...) Przypadek wiedeński odpowiada mojej tezie, że postawionych pomników (poza ewidentnymi mutacjami „hitlerów” i „stalinów”) nie powinno się w demokratycznym społeczeństwie ani burzyć, ani obalać. Są świadectwem czasów i mogą/powinny stawać się przestrogą dla kolejnych pokoleń. Z taką myślą na przełomie lat 2005 i 2006 broniłem pozostawienia na miejscu wykopanego przypadkiem z ziemi po sześćdziesięciu latach tak zwanego kamienia Bismarcka, upamiętniającego od ponad stu lat postać „żelaznego kanclerza” w mazurskich Nakomiadach (kilka kilometrów od Wolfsschanze). Nieoczekiwanie podzielił on Polskę na „patriotów” i „zdrajców”, co w regionie nijak się miało do podziałów politycznych. Od kilku lat słowem i piórem bronię olsztyńskich „szubienic”, pomnika Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej (zwanego pierwotnie pomnikiem Wdzięczności Armii Czerwonej) z 1954 roku, dłuta jednego z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy – Xawerego Dunikowskiego (1875–1964). Najpierw miejscowi orędownicy dekomunizacji chcieli go zdemontować, obecnie – po wpisaniu go do rejestru zabytków – trwa spór miasta i IPN o odpowiedni zapis na tablicy upamiętniającej, która ma stanąć obok monumentu Dunikowskiego. Oby ostatecznie zwyciężyła pragmatyka „w duchu wiedeńskim”.




                      Otto Von Bismark
                      Foto: Bettmann / Contributor / Getty Images

                      Otto Von Bismark

                      Takich i podobnych przykładów „niechcianego/zakazanego” dziedzictwa są w Polsce setki, tyle że nie dotyczą materialnej spuścizny Trzeciej Rzeszy. Jak rozstrzygać dylemat „za” albo „przeciw” ich zachowaniu, zaproponował w kwietniu 2016 roku historyk idei Jerzy Jedlicki (1930–2018) w liście otwartym do prezesa IPN:




                      Niechże się Pan przez chwilę zastanowi. O ile ja pamiętam ten czas, to Armia Radziecka walczyła w koalicji z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi, i wspólnie z nimi pokonała morderczą Rzeszę niemiecką. Czyżby pamięć „narodowa” o tym zapomniała? Czy nie zdaje Pan sobie sprawy, że gdyby nie ofensywa radziecka, to Niemcy najprawdopodobniej wygrałyby wojnę i bylibyśmy do dzisiaj upodloną, niewolniczą prowincją hitlerowskiego Reichu? Czy nie wie Pan, że w tej wojnie Armia Czerwona poniosła największe, wprost niewyobrażalne straty w ludziach, w tym wiele na obszarze Polski? Czy zapomniał Pan, że w składzie tej armii szło i także płaciło daninę krwi Wojsko Polskie? Bądźmy konsekwentni: nie będziemy od tej pory przypominać dnia wyzwolenia Warszawy ani innych miast, nie będą się więcej przedstawiciele narodów spotykać w Oświęcimiu, w rocznicę oswobodzenia obozu Auschwitz. […] Tak, wiem, co Pan rzuci na drugą szalę: udział w rozbiorze Polski we wrześniu 1939, nikczemne zamordowanie uwięzionych polskich oficerów i funkcjonariuszy państwowych, wywózki na wschód, zerwanie stosunków z rządem polskim w Londynie, aresztowania AK-owców, wstrzymanie ofensywy latem 1944, aby się wykrwawiło Powstanie Warszawskie, obławy NKWD, wreszcie polityczne podporządkowanie polskich władz i instytucji arbitralnej woli Stalina i jego następców. I nie pytam, co przeważa, bo tu nie ma wspólnej miary, ale narodowa pamięć musi zachować obydwa rachunki, bo jeden drugiego nie kasuje i nie unieważnia.

                      Na pytanie „czy zachowywać kłopotliwe dziedzictwo?” można też odpowiedzieć głosem polskiej poetki pokolenia postświadków – ludzi niedoświadczonych wojną, ale żyjących w cieniu wspomnień bądź niewspomnień rodziców – ofiar/świadków drugiej wojny światowej. Anna Janko (ur. 1957) w swojej autobiograficznej, literackiej opowieści Mała Zagłada, która opowiada o zagładzie podzamojskiej wsi Sochy w 1943 roku, pisze:




                      Przecież to – TO straszne – nie TU się stało… Nie w Polsce. To złudzenie geograficzne. Wielka Zagłada miała miejsce w Niemczech […]. Moim zdaniem najlepiej by było, żeby Niemcy zabrali do siebie te wszystkie obozy, które zostały po nich w Polsce. Żeby się już więcej nikomu nie myliło. […] A co to za problem w dzisiejszych czasach, skoro się klasztory i pałace przenosi na inne kontynenty. […] To czemu nie przenosić Auschwitzu, Majdanka, Stutthofu, jaka to robota.

                      To nie jest prowokacja, lecz głos osoby, która żyła kilkadziesiąt lat naznaczona pamięcią swojej matki – tej, która jako jedno z kilkorga dzieci przeżyła masakrę w Sochach. Takich wsi w Polsce było ponad sto. Tego głosu nie należy lekceważyć, bo jest to głos wynikający z wrażliwości ludzkiej, a nie ze strategii politycznej.
                      ZOBACZ TAKŻE! Frank McDonough, "Czas Hitlera. Tom I. Triumf 1933-1939" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

                      (...)

                      Zanim zaczniemy konstruować europejską mapę pamięci, musimy przepracować bilateralne relacje. (...) Uważam, że polsko-niemiecki (również europejski) dialog o kłopotliwym dziedzictwie i podzielonych kulturach pamięci powinno się oprzeć na racjonalnych kategoriach, które pozwolą wyjść z pułapki opowiadania wyłącznie z perspektywy własnych doświadczeń i zapotrzebowania na wytwarzanie własnej pamięci. Konieczne jest do tego zbudowanie polsko-niemieckiego iunctim wiedzy. Pierwszy krok ku temu celowi został zrobiony w wyniku międzyrządowego, zakończonego w czerwcu 2020 roku, projektu, którego społeczną stroną była Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Jego efektem są cztery tomy drugiego na świecie bilateralnego, to znaczy identycznego w obu krajach podręcznika do nauczania historii Europa. Nasza historia (Europa. Unsere Geschichte), z przeznaczeniem do powszechnego użytku w szkołach podstawowych w Polsce i w Niemczech, po dopuszczeniu przez odpowiednie władze oświatowe.

                      Z perspektywy spuścizny materialnej Trzeciej Rzeszy w Polsce i w Niemczech dzieli nas nie tyle asymetria, ile przepaść historycznego doświadczenia w drugiej wojnie światowej oraz diametralnie różne jego umiejscowienie w pamięci funkcjonalnej mieszkańców obu krajów. Wspólnym wyzwaniem pozostają muzea martyrologiczne (Gedenkstätten) w miejscach dawnych obozów koncentracyjnych i obozów zagłady. W Polsce i w Niemczech istnieje inne zapotrzebowanie na przepracowywanie przeszłości. W Niemczech inicjacyjnym doświadczeniem jest zrozumienie i opowiedzenie komunikatywnym językiem dydaktyki historii własnej zbrodni narodowego socjalizmu. W Polsce, której społeczeństwo było pierwszą masową ofiarą niemieckiej agresji, problemem jest poradzenie sobie z ukontekstowieniem własnego cierpienia na tle cierpienia innych obywateli polskich niepolskiego pochodzenia. (...) W niemieckiej kulturze pamięci sporo problemów udało się przepracować dzięki stworzeniu czasowego, a następnie emocjonalnego dystansu wobec własnego sprawstwa. Po 1989 roku w niektórych muzeach martyrologicznych w ramach polsko-niemieckiej współpracy stworzono oryginalne formy ekspozycyjne i pedagogiczne. W przestrzeni działań edukacyjnych istnieją chyba najbardziej widoczne pola wspólnej aktywności i wymiany doświadczeń między muzeami martyrologicznymi a Gedenkstätten.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka