Dodaj do ulubionych

Ambasador Belgii został wezwany do polskiego MSZ..

31.10.21, 05:00
Ambasador Belgii został wezwany do polskiego MSZ w reakcji na słowa premiera Alexandra De Croo, który stwierdził, że Polska „igra z ogniem, gdy wchodzi na wojenną ścieżkę z europejskimi partnerami tylko po to, by ugrać coś w krajowych i wewnątrzkoalicyjnych sporach” oraz dodał, że Polska nie powinna traktować Unii "jak bankomatu do wsparcia swojej gospodarki, przy jednoczesnym lekceważeniu jej demokratycznych wartości i praworządności”.

REKLAMA
Morawiecki o przystawianiu Polsce pistoletu do głowy przez UE. Rosyjskie media: "Big talk!"
Słowa premiera Belgii były z kolei reakcją na wywiad premiera Mateusza Morawieckiego dla "Financial Times", w którym szef rządu stwierdził, że jeśli Bruksela zablokuje pomoc finansową dla Polski, to będzie to równoznaczne z rozpoczęciem "trzeciej wojny światowej". Bruksela, przypomnijmy, jeśli w istocie zdecyduje się na wstrzymanie wypłat środków unijnych, uczyni to w odpowiedzi na wyrok Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, który podważył obowiązującą we wszystkich państwach UE zasadę prymatu prawa międzynarodowego nad prawem krajowym.

Wypowiedzi tak premiera Polski, jak i Belgii, były niezwykle twarde i świadczą już nie tyle o napiętych, ile o wprost złych relacjach Polski z większością państw Unii Europejskiej. Słowa polskiego premiera, który mówił o III wojnie światowej, nie były dla nikogo bezpośrednio obraźliwe, choć mówienie o III wojnie światowej było na pewno przesadą i wyraźną prowokacją. Premier Belgii również nikogo nie obraził, a biorąc pod uwagę to, co powiedział Mateusz Morawiecki, zareagował stanowczo, ale jednak z mniejszą dozą emocji.

Thun o wystąpieniu Morawieckiego w PE: podchodzili europosłowie i mówili, że mi współczują
Wzywanie ambasadorów do MSZ — co samo w sobie jest sformułowaniem nieszczęśliwym, bo ambasadorów się nie wzywa, a zaprasza do MSZ — jest normalną procedurą w dyplomacji w sytuacji, gdy chce się wyrazić protest. W relacjach państw sojuszniczych, a Polska i Belgią są sojusznikami w UE i w NATO, zaproszenie ambasadora do MSZ w celu złożenia protestu z zasady stosowane jest rzadko i zazwyczaj wówczas, gdy państwo zostało obrażone. W tym wypadku, aż do chwili wpisu wiceszefa dyplomacji, nikt nikogo nie obraził.

Splunięcie w twarz

Problem polega na tym, że wiceminister Szynkowski vel Sęk ambasadora Belgii obraził. Nawiązanie do sprawy Marca Dutroux to tyle, co splunięcie Belgom w twarz. To mniej więcej tak, jakby wiceszef jakiejkolwiek innej dyplomacji na świecie, odnosząc się do sporu z Polską, napisał, że Polska to „państwo, w którym w karetkach morduje się ludzi” (to w nawiązaniu do sprawy „łowców skór”) albo „państwo, w którym sądy skazują niewinnych ludzi na dożywocie” (to w nawiązaniu do spraw Tomasza Komendy i Arkadiusza Kraski, przy czym w co najmniej jednym wypadku zapewne można byłoby dodać „po to, by kryć prawdziwych sprawców”). Słowem byłaby to prawda, ale użycie tego jako argumentu byłoby niestosowne i obraźliwe.

REKLAMA
W sytuacji Polski, której powinno zależeć na przekonywaniu do siebie, a nie zaostrzaniu relacji z państwami członkowskimi UE (chyba, że nam na środkach unijnych nie zależy) bezsensowne obrażanie innych państw świadczy o tym, że Polska z uprawiania dyplomacji zrezygnowała.

Czemu mądrzy ludzie w PiS postępują głupio

W wypadku wiceministra Szynkowskiego vel Sęka jest to o tyle zaskakujące, że do tej pory znany był on raczej z umiarkowania i na tle choćby wiceministra Pawła Jabłońskiego, który specjalizuje się w zgrywaniu twardziela, a nie pracy dyplomaty, wydawał się chcieć prowadzić właśnie dyplomację.

Jak mówi w rozmowie z Onetem pragnący zachować anonimowość wysoki rangą urzędnik, owo umiarkowanie i rozumienie istoty dyplomacji jest jednak przyczyną słabych notowań wiceministra Szynkowskiego vel Sęka (oraz, co ciekawe, również samego ministra spraw zagranicznych Zbigniewa Raua) w PiS. Według rozmówcy Onetu „jeszcze nikt w PiS nie zakończył kariery w dyplomacji pod rządami PiS za pokłócenie się z każdym, z kim tylko można i obrażenie każdego, kogo tylko się da, natomiast wielu przegrało, bo rozumiało, czym jest dyplomacja”.

Dyplomacja otóż polega na tym, że nawet twardej treści towarzyszy zawsze poprawna, dyplomatyczna forma. Dokładnie dlatego o formę dbają dyplomaci nawet tych państw, których przywódcy nieraz przekraczają wszelkie granice. I tak np. Aleksander Łukaszenko już wprost obraża Polskę, jego dyplomaci się jednak niezmiennie pilnują. Prezydent Donald Trump obrażał wszystkich i każdego, ale już Departament Stanu nikogo nigdy.

Do niedawna jeszcze poprawna w formie była rosyjska dyplomacja, choć tu – wraz z nominacją na stanowisko rzeczniczki rosyjskiego MSZ znanej z poruszania się na granicy wyraźnego już chamstwa Marii Zacharowej – standardy się zepsuły. Różnica między Rosją a Polską polega jednak na tym, że Rosja jest, chcemy tego czy nie, mocarstwem. I na tym, że raczej chyba nie chcemy, by Polska Rosję przypominała. Ani treścią, ani stylem.

Smutny polski standard

REKLAMA
Poprawność formy w dyplomacji wynika nie tylko z tradycji, ale również pragmatyki. Rolą dyplomatów jest bowiem utrzymanie kanałów komunikacji nawet wówczas, gdy relacje polityczne są złe. Zasad tych nie rozumieją niestety polscy wiceministrowie i ambasadorowie. Wystarczy wspomnieć liczne wypowiedzi choćby ambasadora RP w Niemczech, który wręcz z lubością wdaje się w publiczne kłótnie nie tylko z gospodarzami, ale również ambasadorami innych państw akredytowanymi w Berlinie (przypomnijmy jego butny w tonie list skierowany do ambasadora Ukrainy w Niemczech).

Miarą tego, jak bardzo dalecy jesteśmy od jakichkolwiek form (już nawet nie dyplomatycznych, ale tych, które wynikają z kultury osobistej) był – słynny w środowisku osób zajmujących się polityką zagraniczną – tweet jednego z kierowników zespołu rządowego Ośrodka Studiów Wschodnich, który zwracając się do Wolfganga Ischingera, szefa Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, a przy okazji również byłego ambasadora Niemiec w USA i b. podsekretarza stanu w niemieckim MSZ napisał „jedyne, o co jesteś gotów walczyć, to twoja wysoka emerytura”. To, że nikt poważny na świecie nie zwraca się w ten sposób do kogoś, kto jest na "ty" z prezydentem Francji, sekretarzem generalnym NATO, sekretarzem generalnym ONZ i do którego z atencją zwracają się przywódcy mniej więcej połowy państw świata, jest oczywistością. Jak się okazuje, nie w Polsce jednak.

I jeszcze smutniejsze jego przyczyny

Łamanie reguł i impertynencje naszych urzędników nie będą miały oczywiście żadnego natychmiastowego, odczuwalnego dla nich skutku, a co więcej, są dla nich przepustką do dalszej kariery lub przynajmniej dalszego trwania na już zajmowanych stanowiskach. I o to, a nie o cokolwiek innego i tym bardziej o jakąkolwiek dyplomację czy też politykę zagraniczną, tu chodzi. To, że nikt liczący się na świecie nie będzie po impertynencjach naszych wiceministrów, ambasadorów i ekspertów z nimi już rozmawiał, dla ich karier dla odmiany znaczenia nie ma. Bo tego akurat nikt we władzach od nich nie oczekuje.

Źródło:
Onet
Data utworzenia: Wczoraj, 15:53
PiSMateriały dziennikarzy portalu Onet
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Masz ciekawy temat? Napisz do nas list!
Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj.
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka