pbd2
18.03.06, 13:59
Czyli wykaz fragmentów tekstów literackich (nie musi to być zaraz wielka
literatura) z naszym mistem w roli głównej, a przynajmniej w tle.
Józef I. Kraszewski, "Morituri" (1873):
"W roku 1850 na przedmieściu Lublina zwanym Winiarami, wznosił się jeszcze
dom murowany, którego dziś nie ma i śladu. Nic dziwnego, albowiem wówczas już
dziwić się można było, że mury te się trzymały i mieszkańca jakiegoś w sobie
mieścić mogły. Z dala wyglądało to na opuszczoną ruinę, zwłaszcza, że resztki
dachu od czoła przykryte były wystawką, na kształt tej, która przystrajała
dawne sukiennice. Poza tą zębioną, odartą z tynków ścianą, trzymało się
jednak na przegniłych krokwiach odwieczne pokrycie, które różne przechodziło
koleje, nosiło bowiem szczątki dachówek i gontów, a ostatecznie pozatykane
słomą, porosłe zostało rodzajem darniny, i korzonkami składających się na nią
roślin więcej się zachowywało, niż pozostałościami stałymi. Przód tej
kamienicuy, która nie wiedzieć dla jakiej tradycji zwała się
Firlejowszczyzną, równie nędznie jak dach wyglądał i tynk pooblatywał z niej,
świeciły odarte cegły."
Obrazek jak z dzisiejszej Wolskiej, Wapiennej, Rusałki, Bronowickiej... Ile
tam jeszcze takich domów, co to tylko "na przegniłych krokwiach"! I ile
miejsc po takich, "których dziś nie ma i śladu".
I gdzie były te Winiary? Nazwa Firlejowszczyzna na reprincie planu miasta z
początku XX wieku wydrukowana jest na terenie dzisiejszych Bronowic - czy to
tam autor umieścił opisywany budynek? I czy ten budynek rzeczywiście istniał,
czyt to tylko fantazja pisarza?
F. Artnsztajnowa, "Tobie śpiewam , Lublinie" (1934):
"Tobie śpiewam, Lublinie, na dwojgu wzgórz rozłożony,
wam, czcigodne kamienie, minionej świadkowie chwały,
dumnie w niebo wznoszące dostojne głowy omszałe,
choć wam niebacznie attyk i blanków zdjęto koronę.
Któż nieporadnym słowem wyśpiewać piękno twe zdolen,
grodzie stary..."
Wiersz pochodzi z tomu "Stare kamienie" (1934 rok), napisanego wspólnie z
Józefem Czechowiczem, z którym niestety połączył Arnsztajnową tragiczny los -
oboje nie zdołali przeżyć wojny. Pani Franciszka prawdopodobnie trafiła do
Treblinki, no a Czechowicz miał najgłupszy w życiu pomysł pójścia do tego
akurat fryzjera, do którego poszedł... Pod bombami zginęli obaj, i fryzjer, i
poeta, a niemiecki lotnik zapewne nie miał pojęcia, kogo polskiej kulturze
odbiera...
A swoją drogą, gdzie te czasy, kiedy Lublin był rozłożony tylko na dwóch
wzgórzach! Na szczęście blanki i attyki powróciły na Stare Miasto - gdybyż
jeszcze tylko chciało się je komuś przez następne lata stale konserwować...