Dodaj do ulubionych

Nasza gwara

IP: *.icom.ca 15.06.01, 01:33
Mom do wos pytanko. Dloczego nie godomy po noszemu wew tym forum? Gdzie te
bimby, bany, bejmy etc?:) Czytalem ostatnio artykul w Wproscie o polszczyznie,
i tam pisalo ze jezyk literacki niszczy rozne gwary. Jo wom godom ze musimy
zadbac o nosz jezyk poznonski. Godojmy po noszemu, a jak jakis turysta tu sie
znojdzie i sie nie polopie to niech se za troche bejmuf lajsnie jakis slownik i
tyz bydzie mogl pogodoc z nomi:) A jak jest skapy to niech deknie pare razy
palcami w klawiature i znajdzie slownik poznanskiej gwary na internecie. Tylko
frechownym worszowiokom to sie moze nie spodobac, a ich momy gdzies:) Jak sie
wtarabanili na swoje wysokie konie to teraz niech z nich spadnom:) Nasza
poznanska gwara jest naprawde rajcowna, a jak inni robia glupia ryfe jak ja
czytaja to ich problem.

Godojmy po noszemu, i wszystko bydzie rychtyk.
Obserwuj wątek
    • Gość: Warschau Re: Nasza gwara IP: *.matrix.pl 15.06.01, 10:10
      Lechita - wkurzasz mnie i wiele innych osób. Uważaj, żebyś Ty z tym swoim
      zadartym nosem nie spadł z tego kucyka na którym się bujasz.
      A co do tej gwary...hm, i tak nikt nie rozumie o co Ci chodzi nawet jak piszesz
      po polsku...
    • Gość: Olek Re: Nasza gwara IP: *.mtp.com.pl 15.06.01, 12:59
      Pomysł przedni, ale przeczytaj swój
      tekst i sam stwierdzisz, że to nie to co
      język mówiony. Jeśli już to "chadziaje sprysnom
      z wielgaśnago śrupa"
      Pozdrawiam WSZYSTKICH uczestników
      Forum
      • Gość: Kosa Re: Nasza gwara IP: 150.254.98.* 15.06.01, 14:09
        Lechita: pomysl z gwara jest ciekawy, ale to musialby byc jakis watek osobny
        albo czat.
        Warschau: akurat tutaj nie masz miec o co wontow do Lechity. Tez lubie gware.
        Pozdrawiam.
        • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do Kosy / IP: *.matrix.pl 15.06.01, 14:15
          Nie chodzi mi o gwarę...
          Chodzi o to:
          "...Tylko frechownym worszowiokom to sie moze nie spodobac, a ich momy gdzies:)
          Jak sie wtarabanili na swoje wysokie konie to teraz niech z nich spadnom:)..."

          Żeby nie wiem o czym pisał Lechita, o kosmitach czy amebach - zawsze przyczepi
          się do Warszawy i Warszawiaków...Nie może wytrzymać.
          I o to się go czepiam!
          Pozdro Kosa
          • Gość: Lechita Re: Nasza gwara /do Kosy / IP: *.icom.ca 15.06.01, 19:05
            Warszol warszol, na zartach sie nie znasz? Jejku czlowieku, zrelaksuj sie.
    • Gość: ethanol Re: Nasza gwara IP: *.coh.org 16.06.01, 02:15
      Ja wom tu zapodaje felietonik z cyklu Blubry Starego Marycha z Lazarza

      "Szpyciate godanie


      Teraz, wew środę (znowyk wew środę, że też zawdy coś musi być u mnie wew środę)
      wracam od ciotki Maniuchy zez Warszawy. No, od tej, co ochrympała się za
      takiego jednego galona i została tam w stolicy na zawsze. "Lechem" wracam.
      Bileta mam jak się należy, więc pkam się na swoje miejsce ucupnąć się, bo mnie
      trzewiki japią jak pierniki. Wchodzę do przedziału, a tu wiara napuczona jakaś.
      Zez jakiejś konferencji abo kongresu jadą nazod, czy co? No, bo kalafy mają
      takie więcej na reportaż do dziennika i cołki czas nic ino: "ę-ą" i "ę-ą".


      JULIUSZ KUBEL
      A to bulaj taki kole okna zabiera precz tekę zez siedzenia i do heksy obok
      powiada:

      - Proszę, niech się pani usią... znaczy, niech pani spocznie.

      Abo znowyk taki sisiok, co chebać pory tylko do ozdoby nosi, a ślypska ma jak u
      rapituchy, pyta się:

      - Czy nie będzie państwu przeszkadzało, jak roztwo... znaczy, jak uchylę
      okno... jak szeroko?

      Ja nic nie godom, ino po tej wiarze szpycuję i myślę sobie, co jest? Nikt ich
      już nie filmuje, to po co się tak głupio stalują? A że papy nie roztwieram i
      jestem pomimo wiosny dychtownie wew pelisę obleczony, to jeszczek więcej tak "z
      wysoka" do się godają, bo pewnie myślą, że ja jestem jaki galon, abo co. Nic
      się nie zdradzam, robię za tego galona, a oni - to widać od pierwszego
      szpycnięcia, że same poznańskie pyry. Bo ten bulaj wcina skibki zez kaszokiem,
      ta heksa ma wew ukrychniętym termosie picie, co pewnie jeszczek wew hotelu na
      grzałce se podgrzała, a ten sisiok, podany na żabę skrzyżowaną zez kokotkiem,
      po zjedzeniu klapsztulów obłożonych jajkiem papier pergaminowy nazod do teki
      chowa, na drugi raz. No, sama swoja wiara. Ale widać wew stolicy jest im poruta
      się przyznać, skędy są i godają tam nie po naszemu. Żeby nikt ich nie poznał.
      Myślę sobie: o, wy głupie warioty natrzaśnięte! Żeby tak się głupkowato
      zachowywać? Możecie mnie pocałować tam, gdzie jestem najładniejszy. I nic.
      Wyciągam se zez teki, takiej plaskatej, do papiórów, no, wyciągam knipę do
      uczenia, co ją wiezłem od ciotki Boguchy do mojego wnuka Hirka. Otwieram gdzieś
      pośrodyszku i se czytam. A że była napisana wew bliżej mi nie znanym osobiście
      języku (nawet te literki były takie jakieś podane na krzesołka), to wyglądam
      istny prefesór.

      Wiara na mnie szpycła i jeszczek barzy się puczą jeden bez drugiego. Nagle,
      kole Kutna, taki mały gzubek, co spał pod kataną tego bulaja, jak się obudził,
      to powiada:

      - Dziadzia, daj mi klyma, bo mi zaschło wew papie.

      No, powiadam wam, ten bulaj zrobił się cołki modrakowy na kalafie. Zazyzolił po
      wiarze, pokazał ekstra na wyjazd zabrane nowiuteńkie uzębienie i powiada do tej
      heksy:

      - No i widzi pani bymbna jednego? Jak on się wyraża? Aby porutę mi robi wew
      towarzystwie, prawda?

      - To wszystko bez tego Starego Marycha - ona na to - co te głupoty co tydzień
      bez radio do ludzi gada. I to się eskaluje, proszę pana!

      - No, ty stary hoku! - pomyślałem sobie. Ale nic. Nie przyznaję się do niczego,
      a oni nie wiedzą, że ja ich słucham i jak na mnie nie wsiądą! A to! A to! No
      więc ja tym barzy nic nie godom, ażeby się nie wydało, że ja to ja. A ci
      gdakają i gdakają.

      Widać, przede mną, niby przed galonem, honoru poznańskich pyr bronią, że to wew
      Poznaniu się godo na co dzień tak samo szpyciato jak wew gazecie abo wew
      telewizji... Wszystko to jest mi na nerwy, cołki wew sie latam, ale nic, ino tę
      książkę czytam, kartki se przewracam. Dopiero tak kole Wrześni, jak
      przewróciłem wszystkie, to po napisanej na okładce cenie kapłem się, że cołki
      czas czytam do góry nogami. A ci pielinią i pielinią. Nie wytrzymałem i
      powiadam:

      - Cicho bydźcie! Mo który ćmika? No, się pytom, żeli mo który ćmika, bo muszę
      się sztachnąć, inacy dostanę dylerii!!!

      Zrobiło się cicho jak wew grobowcu, ale na kalafach tych istnych odmalowała się
      ulga. Znaczy, rozpoznali mnie za swego, żadnego tam galona, jak myśleli, ino
      prawdziwą pyrę. Puczenia już więcej nie było. Do samiuteńkiego Poznania godali
      my ino po naszemu, nikt się już nie stalował. Dzisiaj tak se myślę: o co tu
      loto. Ja wiem, że jakby tam na jakiej konferencji kto rozpoczął przemówienie
      wew naszej mowie, to by słuchaczy siekło tak samo, jakby szpiker rozpoczął
      dziennik od słów:

      - A teraz wiaruchna powiem wam, co jest lołs!

      Nie? Abo jakby zez ambony w Sejmie jaki minister opowiedział wiarze:

      - Wypowiadamy zdecydowaną walkę wichłaczeniu, szuchlerstwu i klamizerstwu!

      I to rozumiem. Ale zaś czemu wyćwierzać się i szpyciato godać do się, jak nikt
      nie filmuje ani nie nagrywa?




      I teraz sami powiedzcie, żeli mają rację ci, co powiadają, że Poznań, pomimo że
      jest bliżej Europy niż stolica, to jest prowincja, czy też nie?

      Felieton pochodzi z lat 80."


      • Gość: Jaro Re: Nasza gwara IP: 172.30.23.* / *.zgrudna.kghm.com.pl 16.06.01, 06:22
        Gdzie jak gdzie ale prowincja jest tam, gdzie jest. A kultura trzyma się tam,
        gdzie jest tradycja i wspomnienia. W Poznaniu mówią pięknie, co zaświadczam
        jako rodowity Krakus. Nie będę tu gwary naśladował, bo mimo, że wiele już
        rozumien, to dalej jestem "obci". Spróbuję się z tego miejsca w portalu trochę
        podszkolić.
        • Gość: Lechita Re: Nasza gwara IP: *.icom.ca 16.06.01, 06:45
          Gość portalu: Jaro napisał(a):

          > Gdzie jak gdzie ale prowincja jest tam, gdzie jest. A kultura trzyma się tam,
          > gdzie jest tradycja i wspomnienia. W Poznaniu mówią pięknie, co zaświadczam
          > jako rodowity Krakus. Nie będę tu gwary naśladował, bo mimo, że wiele już
          > rozumien, to dalej jestem "obci". Spróbuję się z tego miejsca w portalu trochę
          > podszkolić.

          Witaj! Wy tez macie swoja gware, badzcie z niej dumni Krakowiacy! Pozdrowienia
          dla pieknego Krakowa.

          • Gość: Jaro Re: Nasza gwara IP: 172.30.23.* / *.zgrudna.kghm.com.pl 16.06.01, 07:05
            Na razie pewna piekna Poznanianka śmiała się z wymowy "centimetry" A nie
            centymetry. Sam nie zdawalem sobie sprawy, że tak mówię, i to tyle lat...
          • Gość: Warschau Re: Nasza gwara IP: *.matrix.pl 16.06.01, 12:18
            A Warszawa ("warszawka" jak ja nazywasz) nie ma swojej gwary? A ma...Tylko tylu
            prawdziwych Warszawiaków Niemcy wybili...
            Wsłuchaj się w Adolfa Dymszę w przedwojennych filmach...pięknie mówił po
            warszawsku...
            • Gość: piotr Re: Nasza gwara IP: *.icpnet.pl 16.06.01, 14:48
              Gość portalu: Warschau napisał(a):

              > A Warszawa ("warszawka" jak ja nazywasz) nie ma swojej gwary? A ma...Tylko tylu
              >
              > prawdziwych Warszawiaków Niemcy wybili...
              > Wsłuchaj się w Adolfa Dymszę w przedwojennych filmach...pięknie mówił po
              > warszawsku...

              Warszawską gwarę jeszcze można zrozumieć ,ale Śląską albo Kaszubską to już wyższa
              szkoła jazdy.Tey Warschau pozdrów babci laczki, a jo ide zoboczyć co jest
              lołs.Pozsdrow.
              • Gość: Warschau Re: Nasza gwara IP: *.matrix.pl 16.06.01, 14:56
                Pozdrowie babci laczki, pozdrowie a jak! Pozdro dla Piotra!
            • Gość: Lechita Re: Nasza gwara IP: *.icom.ca 16.06.01, 19:19
              Gość portalu: Warschau napisał(a):

              > A Warszawa ("warszawka" jak ja nazywasz) nie ma swojej gwary? A ma...Tylko tylu
              >
              > prawdziwych Warszawiaków Niemcy wybili...
              > Wsłuchaj się w Adolfa Dymszę w przedwojennych filmach...pięknie mówił po
              > warszawsku...

              To fajnie. I tak byc powinno. Powiedz no jak bys sie poczul gdybym teraz napisal
              ze ta gwara to "penerski belkot". A tak wlsnie zrobil mw! I ty go popierasz.

              • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 18.06.01, 23:47
                Ja go popieram za to, że goni Ciebie jako "chama" (bez większej urazy Lechito).
                Bo mimo, że czasem wydajesz się inteligentny obrażasz ludzi a Warszawiaków
                traktujesz jak największe zło - a oni w niczym Ci źle nie uczynili...
                Zresztą znasz moje zdanie na temat twoich wypowiedzi - nie chcę się powtarzać...
                A gwara warszawska jest równie piekna w brzmieniu jak i pyrowska - moze w
                niektórych momentach piękniejsza...i myśl sobie co chcesz...
                Uszianowanko Szianownemu Panu!

                Warschau (tym razem z domu)
                • Gość: Lechita Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.icom.ca 19.06.01, 00:02
                  Gość portalu: Warschau napisał(a):

                  > Ja go popieram za to, że goni Ciebie jako "chama" (bez większej urazy Lechito).
                  >
                  > Bo mimo, że czasem wydajesz się inteligentny obrażasz ludzi a Warszawiaków
                  > traktujesz jak największe zło - a oni w niczym Ci źle nie uczynili...
                  > Zresztą znasz moje zdanie na temat twoich wypowiedzi - nie chcę się powtarzać..
                  > .
                  > A gwara warszawska jest równie piekna w brzmieniu jak i pyrowska - moze w
                  > niektórych momentach piękniejsza...i myśl sobie co chcesz...
                  > Uszianowanko Szianownemu Panu!
                  >
                  > Warschau (tym razem z domu)


                  Tej, Warszol, jo woszej gwary nie obrazam, wiec odwal sie od naszej. A koledze
                  mw, powiedz zeby nie obrazal nas.
                  • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 19.06.01, 00:05
                    Stary..gwary nie obrażasz, ale ludzi...
                    Wynik badań - jesteś chamem naprawdę a mw pewnie się na Tonie poznał choć to
                    bodaj poznaniak...
                    Warschau (tym razem z domu)
                    • Gość: Lechita Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.icom.ca 19.06.01, 00:16
                      Gość portalu: Warschau napisał(a):

                      > Stary..gwary nie obrażasz, ale ludzi...
                      > Wynik badań - jesteś chamem naprawdę a mw pewnie się na Tonie poznał choć to
                      > bodaj poznaniak...
                      > Warschau (tym razem z domu)

                      Mw jest z Gdanska. Poznaniakiem nie jest i nie bedzie.

                      • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 19.06.01, 00:20
                        A ja jestem z Warszawy i tez Poznaniakiem nie będę, choc miasto to szanuję...
                        W przciewiństwie do Ciebie, który Warszawiaków nie szanuje mimo, że więcej
                        przecierpieli od Poznaniaków...
                        Warschau (tym razem z domu)
                        • Gość: kolejorz Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: 10.60.1.* / *.forcom.com.pl 21.06.01, 11:51
                          Gość portalu: Warschau napisał(a):
                          > który Warszawiaków nie szanuje mimo, że więcej
                          > przecierpieli od Poznaniaków...
                          > Warschau (tym razem z domu)

                          Moglbys rozwinac powyzsze zdanie, chodzi mi o "wiecej przecierpieli", wiecej to
                          znaczy??? Konkretnie, przyklady..

                          • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: *.matrix.pl 21.06.01, 12:08
                            Chodzi mi o czasy II wojny światowej, ostry terror okupanta, Powstanie
                            Warszawskie...
                            Nie mówię, że w Poznaniu Niemcy nie siali terroru, ale Poznaniacy nie mieli
                            miasta zrównanego z ziemią a miszkańcy z tegoż miasta nie zostali wypędzeni
                            (jak miało to miejsce po Powstaniu Warszawskim)...
                            • Gość: kolejorz Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: 10.60.1.* / *.forcom.com.pl 21.06.01, 12:26
                              Gość portalu: Warschau napisał(a):

                              > Chodzi mi o czasy II wojny światowej, ostry terror okupanta, Powstanie
                              > Warszawskie...
                              > Nie mówię, że w Poznaniu Niemcy nie siali terroru, ale Poznaniacy nie mieli
                              > miasta zrównanego z ziemią a miszkańcy z tegoż miasta nie zostali wypędzeni
                              > (jak miało to miejsce po Powstaniu Warszawskim)...

                              Ale przedtem to my mielismy gorzej, Powstanie Wielkopolskie i przed powstaniem,
                              dzieci Wrzesinskie...
                              Pozdrowka
                              • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: *.matrix.pl 21.06.01, 12:44
                                A co dzieci z Wrześni mają do Poznania? To chyba inne miasto! A nie mówimy tu o
                                Wielkoposce a o mieście Poznań.
                                Poza tym wszystkim Wasze miasto nie było aż tak zrównane z ziemią (o ile wogóle
                                było) i nie planowali i nadzorowali odbudowę komuniści...Czego efekty w
                                Warszawie nadal widać...
                                • Gość: kolejorz Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: 10.60.1.* / *.forcom.com.pl 21.06.01, 14:50

                                  > Poza tym wszystkim Wasze miasto nie było aż tak zrównane z ziemią (o ile wogóle
                                  >
                                  > było) i nie planowali i nadzorowali odbudowę komuniści...Czego efekty w
                                  > Warszawie nadal widać...

                                  Bo My Poznaniacy, jak sie za cos bierzemy to zawsze dokanczamy, dlatego nie bylo
                                  u nas powstania w czasie drugiej wojny swiatowej, moglibysmy go nie wygrac. A
                                  porywanie sie na Niemcow i chwalenie sie tym, ze sie nie wygralo uwazam za
                                  bzdurne, zginelo wielu ludzi w Warszawie, zupelnie bez sensu, nie ma sie czym
                                  chwalic.
                                  • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: *.matrix.pl 21.06.01, 14:58
                                    Po pierwsze: nikt się tym nie chwali.
                                    Po drugie: jeśle nie wiesz dlaczego wybuchło powstanie - nie pisz głupot.
                                    Po trzecie: stojący na Pradze Rosjanie "wypięli się" na Powstańców.

                                    P.S. Powstanie wybuchło po to, aby wkraczającą Armię Czerwona powitała wolna
                                    stolica Polski. Nikt nie chciał aby stał się tak jak się stało - wyzwolenia
                                    dokonała armia komunistów, których wodzem był taki sam dyktator jak Hitler (a
                                    może nawet gorszy) - niejaki Józef Stalin. Może wtedy inaczej tez potoczyły by
                                    się losy Polski...Ale to tylko gdybanie...
                                    • Gość: kolejorz Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: 10.60.1.* / *.forcom.com.pl 21.06.01, 15:29
                                      > Po pierwsze: nikt się tym nie chwali.

                                      No jak to, w kazda rocznice dziesiatki filmow i programow jest w TVP.

                                      > Po drugie: jeśle nie wiesz dlaczego wybuchło powstanie - nie pisz głupot.
                                      > Po trzecie: stojący na Pradze Rosjanie "wypięli się" na Powstańców.

                                      Coz, to przykre, ale taka jest historia.
                                      >
                                      > P.S. Powstanie wybuchło po to, aby wkraczającą Armię Czerwona powitała wolna
                                      > stolica Polski. Nikt nie chciał aby stał się tak jak się stało - wyzwolenia
                                      > dokonała armia komunistów, których wodzem był taki sam dyktator jak Hitler (a
                                      > może nawet gorszy) - niejaki Józef Stalin. Może wtedy inaczej tez potoczyły by
                                      > się losy Polski...Ale to tylko gdybanie...

                                      I jak widac bylo tak czy siak Rosjanie was wyzwolili

                                      • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: *.matrix.pl 21.06.01, 15:38
                                        Ale przynajmniej pokazaliśmy polską dumę! I mówię tutaj o wszystkich Polakach,
                                        bo niewierzę, żeby przynajmniej część Poznaniaków sercem, duchem i myślami nie
                                        była przy walczących powstańcach...

                                        Jeszcze o powstaniach - czy jakiś sens miały "powstania" przeciw Sowietom na
                                        Węgrzech czy w Czechosłowacji?

                                        A co do filmów i audycji - w końcu to tez jest historia, szczególnie bolesna.
                                        Na darmo straciło życie wielu Warszawiaków i innych...

                                        Pora skończyc ten temat, bo tytuł wątku był chyba nieco inny i czego innego
                                        dotyczył. Na dyskusję o Powstaniu Warszawskim zapraszam na forum warszawskie...
                                        • Gość: Lechita Re: Nasza gwara /do kolejorza/ IP: *.icom.ca 21.06.01, 19:16
                                          Gość portalu: Warschau napisał(a):

                                          > Ale przynajmniej pokazaliśmy polską dumę!

                                          POkazaliscie GLUPOTE i to wszystko. Powstanie bez zadnego zaplanowania bylo
                                          skazane ne porazke.
                                          Powstanie wielkopolskie bylo swietnie organizowane i dlatego sie powiodlo.
                                          • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.matrix.pl 22.06.01, 09:33
                                            Gość portalu: Lechita napisał(a):

                                            > POkazaliscie GLUPOTE i to wszystko. Powstanie bez zadnego zaplanowania bylo
                                            > skazane ne porazke.
                                            > Powstanie wielkopolskie bylo swietnie organizowane i dlatego sie powiodlo.

                                            Głupotę pokazujesz cały czas Ty - ale to inna "para kaloszy".
                                            Nawet jeśli podjęcie decyzji o powstaniu nie było najmądrzejszym i
                                            najrozsądniejszym pomysłem nie masz PRAWA (!) mówić, ze Ci co polegli byli głupi!
                                            To Twoje stwierdzenie potwierdza fakt, że jesteś zwykłym prowokacyjno nastawionym
                                            do reszty (poza Poznaniem rzecz jasna) kraju "wieśniakiem" (bez urazy)
                                            zapatrzonym w to swoje podwórko - zaśmiecone, zagracone - bez większych
                                            perspektyw na zmianę na lepsze...Ale wychwalasz je w niebogłosy!
                                            • Gość: Lechita Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.icom.ca 22.06.01, 09:43
                                              Gość portalu: Warschau napisał(a):

                                              > Gość portalu: Lechita napisał(a):
                                              >
                                              > > POkazaliscie GLUPOTE i to wszystko. Powstanie bez zadnego zaplanowania byl
                                              > o
                                              > > skazane ne porazke.
                                              > > Powstanie wielkopolskie bylo swietnie organizowane i dlatego sie powiodlo.
                                              >
                                              > Głupotę pokazujesz cały czas Ty - ale to inna "para kaloszy".
                                              > Nawet jeśli podjęcie decyzji o powstaniu nie było najmądrzejszym i
                                              > najrozsądniejszym pomysłem nie masz PRAWA (!) mówić, ze Ci co polegli byli głup
                                              > i!
                                              > To Twoje stwierdzenie potwierdza fakt, że jesteś zwykłym prowokacyjno nastawion
                                              > ym
                                              > do reszty (poza Poznaniem rzecz jasna) kraju "wieśniakiem" (bez urazy)
                                              > zapatrzonym w to swoje podwórko - zaśmiecone, zagracone - bez większych
                                              > perspektyw na zmianę na lepsze...Ale wychwalasz je w niebogłosy!


                                              Poznan nie ma perspektyw? HAHAH. Ma wieksze niz wawka.
                                              • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.matrix.pl 22.06.01, 10:02
                                                Oj poznaniek, poznaniek "tygrys" Europy wschodniej...he, he...
                                                • Gość: Lechita Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.icom.ca 22.06.01, 10:16
                                                  Gość portalu: Warschau napisał(a):

                                                  > Oj poznaniek, poznaniek "tygrys" Europy wschodniej...he, he...

                                                  Warszawska karuzela sie kreci bo wawka to stolica w kraju w ktorym panuje
                                                  najwieksza centralizacja na zachod od Moskwy. Kiedy Polska wejdzie do Unii, ranga
                                                  wawki spadnie do stolicy mazowsza. Wtedy zobaczymy jak se poradzicie. Narazie
                                                  potrzebna jest wam potezna centralizacja, a Poznan i Wroclaw i tak was gonia.
                                                  Poznan ma juz nizsze bezrobocie niz wawka, lapie was w innych rankingach, np. w
                                                  sektorze budowlanym, bankowy a na leb was bije w roznych imprezach
                                                  miedzynarodowych. Fakty byly juz nie raz podawane na tym forum. Skonczy sie
                                                  centralizacja, skonczy sie wasza wesola karuzela. Sama Warszawa nie ma zadnych,
                                                  poza oczywiscie centralizacja, walorow ktore pozwola wam wygraz rywalizacje z
                                                  Poznaniem i Wroclawiem. Np. w Poznaniu i Wroclawiu jest zdecydowanie mniejsza
                                                  biurokracja. Wy macie tych swoich 700 bezradnych. Widziales kiedys mape?
                                                  Jestescie daleko na wschodzie. Narazie to wam nie przeszkadza bo macie swoje
                                                  lotnisko. Kiedy Unia odblokuje Lawice, straci wasze lotnisko. Straci cala wawka.
                                                  Unia zniesie tez centralizacje. Bedzie o wiele wiecej autonomii i samodzielnosci
                                                  dla Wielkopolski i Dolnego Slaska ktore beda razem wspolpracowac, a od was sie
                                                  odwroca. Zobacz gdzie lezy Poznan. Bliskosc Berlina to dla Poznania wielka
                                                  przewaga. Jest to partner ktory nie doi. Wy nas doicie ale partnerami nie
                                                  jestescie. Oto roznica. Wroclaw natomiast ma naturalnego partnera w Pradze i w
                                                  Monachium.

                                                  • Gość: Warschau Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.matrix.pl 22.06.01, 10:28
                                                    A Warszawa to drzwi na wschód Europy, na Rosję, na Ukrainę...Myślisz, że taki
                                                    Niemiec będzie handlował z Ukrainą z Poznania? Może wogóle zadufani w sobie
                                                    Poznaniacy zgłoście swój akces, żeby Wielkopolska była następnym landem w
                                                    BRD...Tak jak lubiłem do niedawna Poznaniaków, tak naprawdę (po obcowaniu z
                                                    Wami na forum) przestaję ich lubić.
                                                    I miej trochę szacunku dla mojego miasta, bo pisanie z małej litery (już nie
                                                    wspominam o pisaniu Warszawka, Wawka) wawka. To tylko świadczy o niskim
                                                    poziomie Twojej osobistej kultury.

                                                    A co do dojenia przez Warszawę "biednego" Poznania - sam wiesz, ze to
                                                    nieprawda...Żadnych dowodów na to nie przedstawiłeś!

                                                    O innych Twoich argumenta nawet się juz nie rozpisuję, bo to będzie powtórka z
                                                    rozrywki...Zaraz będzie, że Poznań jest najlepszy, największy,
                                                    najgospodarniejszy - co się tak ma do prawdy, jak piernik do wiatraka.
                                                    To jest Poznańska mitomania i megalomania!
    • Gość: lol Re: Nasza gwara IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 16.06.01, 03:37
      Rzeczywiście pomysł jest super. Starajcie się jednak pisać prawdziwą gwarą
      poznnańską a nie wymyślać. Pamiętam jak mój dziadek mówił czasami dla żartu
      gwarą (był dobrze wykształcony i zazwyczaj mówił czystą polszczyzną). Pamiętam
      jeszcze:
      - Glapa fyra i fajta girami,
      albo
      - Fyroj po wymborek świętojanek.


      Pozdro
    • Gość: ethanol Marych zez Lazarza IP: *.coh.org 18.06.01, 22:42
      Świat idzie do przodu


      Tak doprawdy to nie jest takie pojedyńcze przypomnąć sobie, od kiedy zaczło się
      kopcić ćmiki? Bo kto to teraz pamięta, żeli było to wew trzeciej, czwartej czy
      innej klapie?


      Jedno jest pewne, że jeszczek za gzuba pod jesień, bo zimnisko było jak diaski.
      Lotali my zez Kajem (takim komplem zez lani) na onki guli kopania glizdów do
      rybaków. Sezon na rybcie jest cołki rok, no więc jak się pora na rwanie mleczu
      dla królasów skończyła, to tak my se ino dorabiali tę parę bejmów. Latali my
      zez zimna jak listko na witce, bo latem i zimą nosili my aby krótkie pory, bo
      długie to był za drogi szport, a na gierkach mieli my aby patentki i dubelt
      dynamówy pod spoćkiem. Jak my kopali, to pomimo zimniska skulywali my pończochy
      na dół aż na przegubie, żeby na kolanach się nie ubrechtać. No. Ale glizdom też
      widać było już zimno, bo prawie wogle już ich nie było. Jednego razu na onki
      przyknaił się Zdobych, też zez naszej klapy. Nie cierpieli my go, bo był taki
      więcej mamy leloś, no, ciamajda, a do tego świcibaka. On latał wew długich
      porach, bo był zez lepszejszej wiary, a matka i ojciec to się zez nim lelali
      jak nie wiem. Zez nami tam nikt za dziecioka się nie ciećkał, więc taki Zdobych
      był nam na nerwy. Nieraz guli samego szportu dawali my mu wstrząs. Z początku
      to się na nas głupio puczył, stalował, a zaś później to się ino przypochlebiał,
      bo wiedział, że jak nie będzie z nami trzymał, z największymi zyndrami w
      klapie, to nie ma co. No, wtedy przyknaił się na onkę odpicowany jak stróżaja
      wew Boże Ciało i do tego zez drachytą, taką do puszczania na sznurku. Trzyma ją
      wew pazurze, szpecuje się przed nami, a my nic, ryjemy za tymi glizdami, ale
      widzimy, że ta głupia tuleja wogle nie umie drachyty puszczać.

      Aż w końcu Kaju nie spiłował:

      - Ady zeńć mi z ócz, ty łamasie głupkowaty! Nie widzisz, że trzebno dla
      balanksy drachycie do kity kawał zielska przyczepić, inacy ptok będzie zawdy
      pikował w dół.

      Wyrwał mu szpagat zez garzci i pokazał, jak należy drachytę na wietrze
      hejbować. Zaś rżnął to wszystko Zdobychowi pod giery i poszedł nazod do
      kopania. A tamten w ryk:

      - Łejejkusie, łejejuniu! Nie utrzymam. Wiaruchna, pomóżcie, bo drachyta abo
      mnie uniesie, abo zaraz spryśnie gdzie na dół i się potrzaska. A ona jest
      kupna, nie własnej roboty i stary da mi łont!

      - Mogemy ci popuszczać trochę tego ptaka, ale nie zaraz - ja mówię - Cheba, że
      nakopiesz nam pełniutki gornyszek glizdów.

      - Ady daj mu spokój - wtrącił się Kaju - Czy ta gamuła umie odróżnić glizdę od
      chrabąszcza?

      - Wiara! - rozdarł kalafę Zdobych - Nie bydźcie wiśnie! Pokażecie mi co i jak i
      ja nakopię... i jeszczek dam wam za to, co chcecie!

      - Dobra jest - mówi Kaju - Za puszczanie drachyty nakopiesz, a za nauczenie
      kopania, dasz po ćmiku, to się ździebko ogrzejemy. No, co się tak głupio
      glapisz, ponglu jeden, przecież wiemy, że skibujesz ojcu cygarety!

      Ćmiki były jakieś z tych droższych, takie ekstra pachnące. Zdobych polubił
      kopanie, a my puszczanie drachyty i te jego ćmiki. Spotykali my się na onkach
      każdego dnia, pomimo że zimno było już coraz większe i glizdów nie tylko
      Zdobych, ale nikt już by nie najdnął. I tak właściwie zez nygustwa rozpalili my
      się zez Kajem na feste.

      Dzisiaj kopcę ćmików coraz mniej, bo mi szkodzą... zwłaszcza ceny. Rybciów wew
      Warcie też już prawie nie ma, więc roboli się na tych łąkach nie szuka, bo kto
      by je kupił, jak na faszynach ani jednego rybaka, a nawet teraz faszyn już nie
      ma. A drachytów też już gzuby nie puszczają, najwyżej latawce. Nawet ćmiki
      palić to się uczą przy telewizorze. No i niech mi kto teraz powie, że świat nie
      idzie do przodu.


      • Gość: Lechita Re: Marych zez Lazarza IP: *.icom.ca 18.06.01, 23:43
        Gość portalu: ethanol napisał(a):

        > Świat idzie do przodu
        >
        >
        > Tak doprawdy to nie jest takie pojedyńcze przypomnąć sobie, od kiedy zaczło się
        >
        > kopcić ćmiki? Bo kto to teraz pamięta, żeli było to wew trzeciej, czwartej czy
        > innej klapie?
        >
        >
        > Jedno jest pewne, że jeszczek za gzuba pod jesień, bo zimnisko było jak diaski.
        >
        > Lotali my zez Kajem (takim komplem zez lani) na onki guli kopania glizdów do
        > rybaków. Sezon na rybcie jest cołki rok, no więc jak się pora na rwanie mleczu
        > dla królasów skończyła, to tak my se ino dorabiali tę parę bejmów. Latali my
        > zez zimna jak listko na witce, bo latem i zimą nosili my aby krótkie pory, bo
        > długie to był za drogi szport, a na gierkach mieli my aby patentki i dubelt
        > dynamówy pod spoćkiem. Jak my kopali, to pomimo zimniska skulywali my pończochy
        >
        > na dół aż na przegubie, żeby na kolanach się nie ubrechtać. No. Ale glizdom też
        >
        > widać było już zimno, bo prawie wogle już ich nie było. Jednego razu na onki
        > przyknaił się Zdobych, też zez naszej klapy. Nie cierpieli my go, bo był taki
        > więcej mamy leloś, no, ciamajda, a do tego świcibaka. On latał wew długich
        > porach, bo był zez lepszejszej wiary, a matka i ojciec to się zez nim lelali
        > jak nie wiem. Zez nami tam nikt za dziecioka się nie ciećkał, więc taki Zdobych
        >
        > był nam na nerwy. Nieraz guli samego szportu dawali my mu wstrząs. Z początku
        > to się na nas głupio puczył, stalował, a zaś później to się ino przypochlebiał,
        >
        > bo wiedział, że jak nie będzie z nami trzymał, z największymi zyndrami w
        > klapie, to nie ma co. No, wtedy przyknaił się na onkę odpicowany jak stróżaja
        > wew Boże Ciało i do tego zez drachytą, taką do puszczania na sznurku. Trzyma ją
        >
        > wew pazurze, szpecuje się przed nami, a my nic, ryjemy za tymi glizdami, ale
        > widzimy, że ta głupia tuleja wogle nie umie drachyty puszczać.
        >
        > Aż w końcu Kaju nie spiłował:
        >
        > - Ady zeńć mi z ócz, ty łamasie głupkowaty! Nie widzisz, że trzebno dla
        > balanksy drachycie do kity kawał zielska przyczepić, inacy ptok będzie zawdy
        > pikował w dół.
        >
        > Wyrwał mu szpagat zez garzci i pokazał, jak należy drachytę na wietrze
        > hejbować. Zaś rżnął to wszystko Zdobychowi pod giery i poszedł nazod do
        > kopania. A tamten w ryk:
        >
        > - Łejejkusie, łejejuniu! Nie utrzymam. Wiaruchna, pomóżcie, bo drachyta abo
        > mnie uniesie, abo zaraz spryśnie gdzie na dół i się potrzaska. A ona jest
        > kupna, nie własnej roboty i stary da mi łont!
        >
        > - Mogemy ci popuszczać trochę tego ptaka, ale nie zaraz - ja mówię - Cheba, że
        > nakopiesz nam pełniutki gornyszek glizdów.
        >
        > - Ady daj mu spokój - wtrącił się Kaju - Czy ta gamuła umie odróżnić glizdę od
        > chrabąszcza?
        >
        > - Wiara! - rozdarł kalafę Zdobych - Nie bydźcie wiśnie! Pokażecie mi co i jak i
        >
        > ja nakopię... i jeszczek dam wam za to, co chcecie!
        >
        > - Dobra jest - mówi Kaju - Za puszczanie drachyty nakopiesz, a za nauczenie
        > kopania, dasz po ćmiku, to się ździebko ogrzejemy. No, co się tak głupio
        > glapisz, ponglu jeden, przecież wiemy, że skibujesz ojcu cygarety!
        >
        > Ćmiki były jakieś z tych droższych, takie ekstra pachnące. Zdobych polubił
        > kopanie, a my puszczanie drachyty i te jego ćmiki. Spotykali my się na onkach
        > każdego dnia, pomimo że zimno było już coraz większe i glizdów nie tylko
        > Zdobych, ale nikt już by nie najdnął. I tak właściwie zez nygustwa rozpalili my
        >
        > się zez Kajem na feste.
        >
        > Dzisiaj kopcę ćmików coraz mniej, bo mi szkodzą... zwłaszcza ceny. Rybciów wew
        > Warcie też już prawie nie ma, więc roboli się na tych łąkach nie szuka, bo kto
        > by je kupił, jak na faszynach ani jednego rybaka, a nawet teraz faszyn już nie
        > ma. A drachytów też już gzuby nie puszczają, najwyżej latawce. Nawet ćmiki
        > palić to się uczą przy telewizorze. No i niech mi kto teraz powie, że świat nie
        >
        > idzie do przodu.
        >
        >


        Super! Rajcowny ten tekst jest, i super sie go czyto. Pare slowkow nigdym na
        loczy nie widziol, ale po to ta rozrywka by sie ucyc troche noszej godki. Jok
        bede wew Poznaniu, to lajsne se jokis fojny slownik, chyba duzo bejmuf nie
        kosztuja. Super zesmy zoczeli pisoc troche po noszemu, a jak dalej tok bydzie to
        wiycej sie nauczymy i o to chodzi. Ino zesmy tak zaczeli, to robmy to dalej. A
        jok mw bedzie glupkowatom ryfe robil to jego problem. Nie bydzie jokis turysta
        godol co nam wolno a co nie! A tekst jest rajcowny!
        • Gość: Warschau Re: Marych zez Lazarza IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 18.06.01, 23:49
          A w sumia godosz jak Szlonzak...
        • Gość: Radost Re: Marych zez Lazarza IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 18.06.01, 23:53
          Polecom Slownik Gwary Miejskiej Poznania pod redakcja
          M. Gruchmanowej i B. Walczaka - pieknie wydony..jo tez
          lubie poplejdrac a njchetniej przty jakiejs blondce....
          • Gość: Warschau Re: Marych zez Lazarza IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 18.06.01, 23:55
            Mojo żonka to blondinka...ale mondra...
            Warschau (tym razem z domu)
            • Gość: Radost Re: Marych zez Lazarza IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 19.06.01, 00:11
              Tyle ze blondka to ornazada:) domowej roboty pozdrawiam
              • Gość: Warschau Re: Marych zez Lazarza IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 19.06.01, 00:13
                Pozdro Radoście...czasem naprawdę fajno sie z Tobą gada...
                Warschau (tym razem z domu)
    • Gość: tur Re: Nasza gwara IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl 18.06.01, 23:03
      Ja jestem wzrokowcem i po prostu tego ( gwary ) nie jestem w stanie
      przeczytać. Muszę sylabilizować jak jakiś matołek literkę po literce.
      Przykro mi .
      • Gość: Lechita Re: Nasza gwara IP: *.icom.ca 18.06.01, 23:07
        Gość portalu: tur napisał(a):

        > Ja jestem wzrokowcem i po prostu tego ( gwary ) nie jestem w stanie
        > przeczytać. Muszę sylabilizować jak jakiś matołek literkę po literce.
        > Przykro mi .


        Wlasnie. Troche szkoda za gwara zanika.
    • Gość: etahnol Re: Nasza gwara IP: *.coh.org 19.06.01, 01:52
      Jak byndziecie pyndzle jedne grzeczne na tym forum to codziennie jakis tekscik
      od Marycha zez Lazarza wam tu swigne.

      ethanol
      • Gość: Lechita Re: Nasza gwara IP: *.icom.ca 19.06.01, 04:28
        Gość portalu: etahnol napisał(a):

        > Jak byndziecie pyndzle jedne grzeczne na tym forum to codziennie jakis tekscik
        > od Marycha zez Lazarza wam tu swigne.
        >
        > ethanol


        Ady pewnie ze byndziemy. Skond mosz te teksty?
      • Gość: Jaro Re: Nasza gwara IP: 172.30.23.* / *.zgrudna.kghm.com.pl 19.06.01, 06:37
        Felietoniki są w dechę! Jakoś mi się dobrze czyta, bo chyba się osłuchałem. Moi
        czasem gadają, i to tak spontanicznie. Nie wszędzie gwara całkiem ginie.
        Trzymajcie ten kierunek!
    • Gość: Salcia Re: Nasza gwara IP: *.outland.avaya.com 19.06.01, 19:17
      I ja whycne do wos wiaruchna na te posty. Hallo,wszystkie szczuny, a nie ma zadnej meli tutej
      Ja mela z Jezyc,potem Lawica a teroz u Niemca. Godoc umiem jeszcze ale pisac to zdziebko,
      nigdy jo nie gryzdolila po poznansku.
      Salcia
    • Gość: ethanol Marych zez Lazarza - BIGOS IP: *.coh.org 19.06.01, 21:39
      Bigos


      Wew zeszły piątek raniuteńko byli my zez Frącką na lofrach na Winogradach
      szpycnąć, żeli to prawda, co wiara gada, że tam się lepiej kupuje jedzy.
      Skataili my się jak nie wiem i tak kole dziesiątej poszli my oddychnąć do
      znajomków, tu do bloku, niedaleko jak kiedyś stojała cepelinhala. Wypili my
      dobrą kawę i idymy nazod takim długolachnym korytarzem do windy, a tu Frącka
      mówi:


      - Tej, Marych, czujesz tę fecę? Coś się chebać kopci! Pociągłem kluką i
      faktycznie czuję, jakby kto wylał ślepe ryby abo ańtop na rozgrzaną blachę.

      - Chebać się komu coś zez gornyszka przekipło - powiadam.

      - Tu od tych drzwiów najbarzy ciągnie - Frącka na to i dzwoni po dzwonku.

      - Czyś ty ogłupła? - drapłem ją za pazurę. - Czego wtykasz klukę, gdzie nie
      trzeba!?

      - Ady, Marych, ja ino tak guli porządku. A jak kto źle zamknął siber od pieca,
      usnął i teraz zaczadzieje?

      - Piece? Tu wew blokach? Ty masz cheba naćpane, a nie zamojtane!

      Ale ona nic. Twardo dzwoni. Stoimy jak takie tuleje i nikt nam nie roztwiera. A
      feca coraz większa. I widzę, że szparami zaczyna się ździebko dymić. Co jest
      lołs? - myślę sobie, aż tu roztwierają się drzwi wizawis, potem następne, zaś
      później od jeszczek innych sąsiadów. Wszyscy klubrami ino tak pociągają, a
      zrobiło się nas tyle, że wyglądało to już na nielegalne zgromadzenie. A tu
      dymówa coraz większa.

      - Chebać stara Dżeżdżeska się zdrzemła, a na kuchni coś się pali. Chata jej się
      spatoni, a ona w najlepsze garuje - powiada jedna sąsiadka, a druga zaraz
      dodaje:

      - Trzebno godnie bombać do drzwiów, to się ją wyrwie ze śpiku!

      Walimy, kopiemy, szarpiemy kole klamki. Nic. Ino dymaka coraz większa. Na
      korytarzu już prawie nic nie widać. Wiara jeden o drugiego się potyka, łazi ino
      tak na macanego, nie? Myślę sobie: jak tak dalej pójdzie, to jeszczek do
      jakiego zgorszenia może dojść.

      - Trzebno wyważyć drzwi - słyszę głos Frącki. - Przeciek jak tu się tak godnie
      swędzi, to tam wew środyszku zaś dopiero musi być gora!

      - Czekaj pani! - mówi sąsiadka. - Trzebno polecieć po tę ich krewnioczkę, co
      mieszka na parterze, niech asystuje przy otwarciu!

      Krewniaczka przyszła akurat, jak my już hejbowali drzwi zez zawiasów i powiada:

      - Aby czekajcie chwilkę. Wuja Dżeżdżeski robi teraz na pół etatu, co zaraz
      powinien być nazod zez funkty. Poletę szpycnąć, żeli nie idzie.

      - Tylko - ja mówię - jakby szedł, to powiedz mu pani, co się stało, ino
      delikatnie, żeby nie zagałuszył się zez wrażenia.

      Musiał akurat się zbliżać do bloku, bo ta istna nie wytrzymała i słyszymy, jak
      drze kalafę bez otwór do zsypu:

      - Wuja, polisz się!!!

      Tak się biedak zapamiętał, że na dziesiąty kij na piechty przyleciał, bo winda
      była mu chebać za powolna. Otwieramy te jego chatę, a tu starej Dżeżdżeskiej
      nie ma, ino kartka na stole, że poszła stojeć wew kolejce, a na kuchence
      cołkiem spalony gornyszek zez zwęglonym bigosem, co się aby lekujtko miał
      pyrlić, a wygotował się na morgi. Ja tam za bardzo na bigos nie jestem, bo
      choruję ździebko na kałondek, no mam takie, jak to powiadają: restrukcje, nie?
      Ale ten istny musiał być feste żdżarty typ, bo nic ino stojał jak taka tuleja i
      brynczał:

      - Tyle bigosu w pioruny, tyle bigosu!

      Nagle wtochła do mieszkania ta jego ślubna zez siatkami w ręcach i powiada:

      - Bigos jak bigos, ale gdzie ja teraz taki gornek dostanę kupić!

      I wiecie, że zrobiło mi się jakoś lepiej na duszy. Ona żałowała gornyszka. To
      znaczy, że pomimo reformy gornyszki będą jeszczek jednakowoż do czegoś
      potrzebne.



    • Gość: Elaf Re: Nasza gwara IP: *.access.nacamar.de 20.06.01, 00:05
      Jedno mi sie u was podoba, ze nie ma u Was zlodziei tylko sami porywacze.
      Pamietam, jak pewien Poznaniak opowiadal mi, ze samochod mu porwali, co w
      pierwszej chwili odebralam to tak, ze spytalam ile chcieli okupu, na co on z
      kolei zglupial i pare chwil potrwalo zanim wyjasnilismy sobie to "drobne
      nieporozumienie".
      Pozdrawiam wszystkich Poznaniakow, ktorych (dzieki czestym kontaktom
      wakacyjnym) zaczelam wreszcie kumac.
      Rodowita Szczecinianka E.
      • Gość: Salcia Re: Nasza gwara IP: *.outland.avaya.com 20.06.01, 12:41
        Gość portalu: Elaf napisał(a):

        > Jedno mi sie u was podoba, ze nie ma u Was zlodziei tylko sami porywacze.
        > Pamietam, jak pewien Poznaniak opowiadal mi, ze samochod mu porwali, co w
        > pierwszej chwili odebralam to tak, ze spytalam ile chcieli okupu, na co on z
        > kolei zglupial i pare chwil potrwalo zanim wyjasnilismy sobie to "drobne
        > nieporozumienie".
        > Pozdrawiam wszystkich Poznaniakow, ktorych (dzieki czestym kontaktom

        Oj sa zlodzieje, sa. Mnie ukradli samochod (Mercedes, na zagranicznej rejestracji) w 1998 roku.
        Jezeli Ciebie to interesuje, to przeczytaj Haracze, okupy...... Post Pisalam jako "Ofiara".
        > wakacyjnym) zaczelam wreszcie kumac.
        > Rodowita Szczecinianka E.

        • Gość: Elaf Re: Nasza gwara IP: *.access.nacamar.de 20.06.01, 15:54
          Oj, chyba nie zrozumialysmy sie, chodzilo mi o to ze Poznaniacy zamiast mowic:
          ukradli mi cos tam, cos tam, mowia: porwali mi cos tam, cos tam.
          A zlodzieje sa wszedzie, podobny przydlad do twojego mialam w Szczecinie.
          Sle pozdrowienia.E
          • Gość: Salcia Re: Nasza gwara IP: *.outland.avaya.com 20.06.01, 19:31
            Gość portalu: Elaf napisał(a):

            > Oj, chyba nie zrozumialysmy sie, chodzilo mi o to ze Poznaniacy zamiast mowic:
            > ukradli mi cos tam, cos tam, mowia: porwali mi cos tam, cos tam.
            > A zlodzieje sa wszedzie, podobny przydlad do twojego mialam w Szczecinie.
            > Sle pozdrowienia.E

            Zgadza sie, nie zrozumialam, moze dlatego, ze ja nie uzywam porwac tylko to poprawne ukrasc.
            Prosze pozdrowic Szczecin (jestes ze Szczecina?), Mam suuuuper wspomnienia z tym miastem tak
            jak ze Swinoujsciem i Miedzyzdrojami z lat: 1969-1974. Tam byli najprzystojniejsi faceci - sa jeszcze?
            A wogole ta atmosfera tych miast jest super.
            Salcia.

            • Gość: Elaf Re: Nasza gwara IP: *.access.nacamar.de 21.06.01, 01:42
              Salcia, zgadza sie, pochodze ze Szczecina, a co do tych przystojnych
              chlopaczkow ze Swinoujscia i okolic - to chyba im sie juz pruszy siwizna na
              skroniach :)))))
              Wiecej teraz przebywam w okolicach Poznania a konkretnie Mierzyna.
              Czy wiesz gdzie to jest ? Prawie sami Poznaniacy tam wypoczywaja w lesie nad
              jeziorem, mile miejsce, za m-c prawdopodobnie tam bede.
              Pozdrowienia E
              • Gość: ethanol Re: Nasza gwara IP: *.coh.org 21.06.01, 02:46
                Mile panie Salcia i Elaf, prosze zalozyc osobny watek o przystojniakach z
                wybrzeza, a nie plaudrowac na "Nasza Gwara".
    • Gość: ethanol Marych zez Lazarza - GWAZDKA IP: *.coh.org 20.06.01, 21:04
      Aż do jasnego stojałem wew kolejce do nocnego składu na Głogowskiej. Po gierach
      ciągło jak diaski, ale przeciek na święta chociaż jedną musiałem dostać kupić,
      żeby już cołkiem od tej urzędowo zakręcanej się nie odzwyczaić, nie? Bo znowyk
      wew Wigilią, kto ma czas po kolejkach wystawać. Dostałem. Położyłem się
      ździebko nyny, a w południe w te pędy na Rynek po chojnę. Przebieram te ogigle
      i nagle słyszę głos Czecha:


      - Tej, Marych, dobrze, że cie trafiłem. U mnie na Wigilię będą wnuki. Okropnie
      chcą zobaczyć świętą osobę. Przyj-dziesz odgrywać za gwiazdora?

      - Pewnie cierpisz! - ja mu na to. - Ty wiesz, wiele ja mam jeszczek do
      zrobienia?

      - No co?

      - Tak: prezenta dla Frącki popakować, kupiłem jej od jednego grajka
      zez "Kolejorza" przechodzone getry, bo ona chce chodzić na ten cołki bajeropic
      guli schudnięcia. No, a teraz nie wiada, żeli wyschną, bo bez trzy dni wew
      mydlanej wodzie kolor odzyskiwały...

      - I co jeszczek? - pyta się mnie Czechu.

      - Mak na makocza umelić, blachy zez plackiem od pipola przynieść, suszone
      glubki na kompot namoczyć, kapuchę zez bedkami na małym ogniu myrdać. I to tak,
      żeby Frącka, jak od golorza cołka na kudloka zrobiona przyjdzie nazod, to żeby
      wszystko było gotowe.

      - Dali! - Czechu na to. - Bierz to drzywko i idymy. Razem się ruk-cuk uwinymy,
      a potem się zobaczy.

      Wlecieli my do chaty.

      - Najsampierw zatrzaśniemy karpia - powiadam. - Tam pływa wew wym-boryszku.

      - Tej! - rozdał kalafę Czechu. - To jest chebać welon abo inny jaki fikot. Co
      on taki niewyrośnięty?

      - Tyle nie gadaj, ino ryn go do umywalki na statory. Zatkaj dziurę korkiem,
      żeby nie zgolnął, i celuj młotkiem.

      Jak mu Czechu deknął, to zez nieboraka została aby pasta rybna, że nawet
      pacharzyny dla dziecioszków nie było co szukać, a co gorsza, umywalka ukrychła
      się bez pół.

      - Nic - powiadam. - Będzie Gwiazdka bez rybci. Leć teraz i ubierz chojnę. Tu
      masz bombki i szpycę, i watę jeszczek od zeszłego roku, a ja tu będę latał kole
      kuchni.

      Zrobiło się już ciemno, jak byli my już po robocie. Makocz wew bratkaście się
      przypalił, kompot zez glubek wykipiał, placek pipolowi wyszedł zez zakalcem,
      kapucha się spatoniła na czarno, chojna opadła zez igliwia, ryby nie ma, getry
      dla Frącki przy wykręcaniu się wysiepały... a tak, to wszystko mamy gotowe.
      Opłatek na stole mamy leżeć. Można zaczynać wieczerzę.

      - Czechu - mówię - póki Frącki nie ma, ja się styndy nie mogę ruszyć. Jak nie,
      to leć po te swoje ogary i przyprowadź je tu, a ja się ruk-cuk przeblekę wew
      Frącki pelisę włosiem na wierzch, zrobię głupi pysk i mogę odgrywać za
      gwiazdora.

      Jeszczek żem dobrze kalafy nie zamk-nął, jak oni są już wew antrejce. Ładne mi
      wnuczki! Robercik - łożgol na dwa metry, Waldemarek ma klatę jak ciężarowiec, a
      Dagmarka też pewnie gra gdzie w kosza, bo gilata jak nie wiem. Zagnali mnie do
      sypialni i powiadają jeden bez drugiego:

      - Jest tu gdzie jaki grzeczny gwiazdor?

      - Ja jestem - bąkłem pod kluką.

      - No, to dali, mów pacierz, stary śrupie! I ty dziadzia Czechu też!

      Uklękli my, a oni dali nam rózgami taki łont, że nie tylko jedna, ale wszystkie
      gwiazdki stanęły nam w ślypiach. A wojcowali przy tym tak, że niedługo chata
      wyglądała jak po dobrych imieninach, a ja jako główny solizjant sam już nie
      wiedziałem, żeli jestem Marych czy może Adam...

      Nagle usłyszałem słodki głos mojej Frącki:

      - Maryś, czas wstawać. Oblec się godnie. Wieczerzę już naszykowałam, to się
      przełamiemy opłatkiem.

      - Mamuchna, daj sznupki.

      To wszystko było aby wew śpiku? A gdzie się podział Czechu z wnuczętami?

      - Garowałeś po tym nocnym wystawaniu wew kolejce jak bymbas. Żeli się nie mylę,
      nawet pacierz bez sen żeś mówił. A Czechu zez cołką famułą zaraz tu będzie,
      przeciek robiemy wspólną wieczerzę, zapomniałeś? Wew antrejce wisi moja pelisa,
      weź się przeblec, to odegrasz dziecioszkom gwiazdora.

    • Gość: ethanol Blubry starego Marycha IP: *.coh.org 21.06.01, 21:26
      Gwiazdor filmowy


      JULIUSZ KUBEL


      Któregoś dnia Frącka wlatuje do chaty cała zadyszana i od drzwiów krzyczy, że
      była u Helci, tu na Matejki, i ani na mnie nie spojrzy. Kole statorów rupoce,
      motyką na prawo, wte i wewte świga, puczy się. Sam widzę, że antmosfera jest
      taka więcej nie do pojednania domowego, więc skromnie czekam, aż ślubnej
      przejdzie, a ta koniec końców powiada:


      - Marych, ady usiądź się tu kole mnie i szpycnij mi ale prościuteńko wew moje
      modre oczy, ale już!
      Ucupłem się na ryczce i się grzecznie pytam, żeli mam tak długo szpycować, bo
      mam strach, że dostanę kompletnego zyza? A ona na to:
      - Godej mi tu zaraz, wylyngo jedna, i to nie żadne tam hojdy-bojdy, ino
      caluteńką prawdę. Grałeś wew fylmie? No, czy ostatnio grałeś wew jakimsi fylmie
      za artystę?
      - Mama, czy cię rąbie? - ja mówię - Weź, jak nie, łyknij se jakie amedyny na
      łupież w oku, to ci może przejdzie!
      - Ty się nie wykręcaj! - rozwarła kalafkę. - Są dowody! Czarno na białym, a
      nawet wew kolorze. Fylm jest jeszcze na ekranach. I tak zaraz poletę do kintopu
      go obejrzeć. I pamiętaj, że jak cię rozpoznam, tak jak Helcia cię poznała, to
      ty sam siebie nie poznasz, bo zrobię ci z pomieszkania taką zeksmisję, że
      goluteńki zostaniesz na ulicy, ty rozwięzły stary śrupie!
      - Mama, ja idę zez tobą - ja mówię. - Nikt tam zaocznie nie będzie mnie
      rozpoznawał. Ale to ci powiem, że dążysz do konfrontacji.
      I my poszli.
      Więc muszę powiedzieć, że polegało to na prawdzie, co mówiła Frącka. Film
      faktycznie nie zszedł zez ekranów i nawet cieszył się u wiary godnym wzięciem.
      Mi też się nawet widział, a nazywał się tak jakoś... czekajcie no... wstyd
      powiedzieć, ale "Zeksmisja". A było to o takich dwóch. Jeden lajcha, a drugi
      szczur. Oba zyndry dobrowolnie wknaiły się do lodówki, ażeby przeczekać kryzys.
      No. Widocznie w tym jeich kryzysie nie wyłączali prądu, bo lodówka się nie
      zacięła i w chłodnej atmosferze wzajemnego zrozumienia ockli się zez śpiku, ale
      jak już minęło wiele lat. Kryzys też minął, ino że wybił wszystkich chłopów, a
      zostały się aby same kobiecka. No istna groza, co te dwa nieboraki od tych
      kobiet przeszły! Chebać jeszczek więcej jak ja od Frącki. No.
      Kryzysu, jak już mówiłem, dawno tam nie było, bo jak był tam pokazany mecz
      pomiędzy dwoma manami samych salach, to mogły na końcu wymieniać się
      koszulkami. Znaczy się, na następny mecz widać miały nowe, a te, co w nich
      grały, to były aby takie jednorazówki. No, sami powiedzcie, kto to widział,
      żeby "Kolejorz" zaminiał się z kim na jaczki po normalnej kopaninie w lidze?
      Abo, słuchajcie, jak te dwa męskie bohatery fylmu jechali se windą, to musiało
      być, ino słuchajcie, musiało być włączone ogrzewanie! Tak! Bo jedna taka, co
      jechała zez nimi, to przy nich z gorączki zeblekła wszystkie dyrdoki i
      goluteńka spytała się ino, żeli wolą górę, czy też dół. No, mówię wam, cołki
      czas szport jak nie wiem co.
      W jednym aby momencie to się nawet wzruszyłem jak stary stróżok. Wiecie kiedy?
      Wtedy, jak te dwa parzygnoty szły bez taką do cna zrujnowaną okolicę i ni
      styndy, ni z owyndy nojdli butelkę po jabolu. Od razu se pomyślałem, że w tym
      miejscu to jak nic raz kiedyś musiał być Rynek Łazarski. Ale oni się nie kapli.
      Może byli z Warszawy, abo co?
      No, można powiedzieć, że dużo było szportu na tym fylmie. A jak taka jedna
      kobieta wew sztucznej peruce odepła se sztuczną klatkę zez piersiami, to cołkie
      kino chichrało się jak na jakiej komedii. Aby moja Frącka nic. Ani nie bąknie.
      Myślałem już, że się zdrzemła i garuje w najlepsze, ale nie! Widzę kantem oka,
      że szpycuje cołki czas na ekran, a jak pokazali tą ostatnią scenę z tymi
      goluteńkimi bymbasami rodzaju męskiego zez szparagami na wierzchu, to ona aż
      się uniesła zez emocji. Ale zaraz potem oklapła.
      Do samej chaty, jak my wracali, nie odezwała się do mnie ani jednym słowem.
      Naszykowałem więc sznytki na kolację, zrobiłem arbaty, siadam se wizawis Frącki
      i się pytam:
      - I co, rozpoznałaś mnie? Grałem gdzieś za artystę w tym fylmie?
      - Wiesz Maryś - powiedziała cicho Frącka - ja już sama zez tego wszystkiego
      jestem cołkiem gupkowata. Patrzałam się, patrzałam się, ale sama już nie wiem.
      Może faktycznie niesprawiedliwie cię posądziłam?
      - Co ty nie powiesz? - ja jej na to - A wew której niby scenie miałem się
      pokazać?
      - No, Helcia cię rozpoznała w tej ostatniej, jak te bymbasy leżą goluteńkie zez
      szparagam


      i na wierzchu. Ten jeden, ten zaraz od lewej, jak patrzysz z prawej strony od
      dołu, ten to niby jesteś wykapany cołki ty.
      - A podobny chociaż do onego jestem? - spytałem się.
      - Ciężko powiedzieć. Ale mnie się osobiście wydaje, że nawet żeli to jesteś ty,
      i to zwłaszcza w szczegółach, to chebać wew chorobnym pomniejszeniu!
      I tu Frącka lujnęła się z płaczem na mnie i dali mnie przepraszać, a wiukać, a
      stękać, a tę Helcię wyzywać...
      Koniec końców położyłem ją nyny, a sam też poszłem na garę, ale przed
      zaśnięciem jeszcze długo se tak na leżance o tym wszystkim rozmyślałem. I
      wiecie, że do tej Helci, co napuściła na mnie Frąckę, to ja nie mam wew wogle
      żalu?! Ona nic nie jest winna!
      Bo powiedzcie sami, żeli to ona jest jedna jedynąca, co jej ekran wszystko
      wyolbrzymia?



      Felieton pochodzi z lat 80.


    • Gość: ethanol Bluby Marycha cd. IP: *.coh.org 23.06.01, 00:00
      Zapuszkowana Frącka


      JULIUSZ KUBEL


      Tak jakoś na początku kwietnia Frącka zaczła się zachowywać jakby jej coś
      pstykło pod ciemieniem, ale tak feste. No bo tak: po cołkich dniach ino gdzieś
      lofruje jak jaka powsigiera, nieraz aż do ciemnego. A jak już jest nazod, to
      jeszcze barzy skatajona, niż wtedy, co latała na kursa bajeropicu (no, tego
      nowomodnego dylania aby wew samych gajdach i szkarpytkach). Jak się przyknai na
      górę, to nic, aby ino ździebko się opłechta, tak z grubszego, i ryn do wyra. A
      w chacie bajzel, że aż się lepi! No. A ona do tego w śpiku coś tam brawyndzi,
      coś tam mamroce... I nie żeby aby pod kluczką, ale zaś drze kalafę na cołkie
      garło. Nic, ino coś tam o "wciskaniu" i "wyciskaniu", a to: "przed sie", a
      to "nazod", a to znowyk "trójka" abo "czwórka". No, mówię wam, że czuję się,
      jakbym słuchał radiową transmisję zez jakiego seks-party, abo co. A najgorsze,
      że cołki czas Frącka świga się jak bymbas, gierkami przebiera, pazurami po mnie
      gmera, że spiłować tego już nie idzie. Już do spania przeniosłem się na
      amerykankę, ale nawet koryszki w uszach nie pomogły, bo ta tak chrabęści,
      stęka, tak sapie i wzdycha jak jaka lekomotywa.


      Koniec końców się jej pytam:
      - Co ci jest, mamuchna? Mora cię dusi, abo motylice masz, czy jak?
      A ona nic, ino że ja jestem stary śrup i na niczym się nie znam, a ona jest za
      nowoczesnością i żebym nie wtykał kluki, gdzie nie mam wtykać.
      I tak bez trzy, śtyry tygodnie.
      Pod koniec miesiąca trafiłem Binia i godom mu, co się święci, a on mi na to:
      - Nie chcę cię martwić, Marych, ale tak na moje, to wszystko jest jasne jak
      klara wew południe. Frącka na stare lata dostała kudlatych myśli i ma jakiegoś
      gacha.
      - Ty pewnie cierpisz! - ja mówię. - Kto by tam leciał na takiego, mówma,
      starego hoka? I do tego taką kloftę, meter pięćdziesiąt w kubiku? Ani żywić,
      ani ubierać!
      - Tam, masz ptapty i tyle! - on mi na to - Co z tego, że klofta? A może ten
      istny też jest bulaj? A może jest ich więcej? No, ze trzy, śtyry kakaludki? Co
      ty tam wiesz, jak teraz nowoczesna wiara żyje?
      Poczułem, że kałondek podchodzi mi do garła. Ino jeszcze nie wiada, żeli z
      zawiści, czy z radochy. Bo po prawdzie to ona cołki czas w śpiku gada o
      jakisi "trójce" albo "czwórce"... i że jest za nowoczesnością. A że ja jestem
      stary śrup, to też na jawie powiedziała.
      Koniec miesiąca przyszedł, a ja dali nie wiem, co mam robić. Przeciek nie pójdę
      se poruty zez czterema sisiokami robić. Niech se do nich lata. Sama koniec
      końców nazod przyjdzie.
      Ostatniego kwietnia wieczorem Frącka przyszła do chaty obleczona jak do ośpic
      (trzewiki wywiksowane do glancu, ondul na kudloka, nowa jaczka, luźne pory na
      tę grubą motyczkę), więc ja się jej pytam:
      - Tej, a ty co jesteś taka zadowolona? Na próbie pochodu byłaś, czy jak?
      - O nic się nie pytaj. I tak niczego nie kapniesz, bo jesteś na to za chudy w
      krzyżu. Tyle ci tylko powiem, że jak wszystko dobrze pójdzie, to jutro, tu na
      małym rynku, gdzie kwiaty, kole dziewiątej możesz se szpycnąć na małą
      niespodziankę.
      - Na wiele osób? - ja się onej pytam.
      - Czteroosobową - odbąkła i poszła spać.
      Miał rację widać Biniu, że dostała lekujtkiego pomojtania na tle seksu, ale
      żeby mi tych czterech gachów demonstrowała publicznie na rynku, to ja nie
      spiłuję. Niech mnie szkieły zamkną, że robię nielegalne zbiegowisko i wiarę od
      pochodu odciągam, ale tą razą już nie popuszczę. Żeby mi moja osobista małżonka
      publicznie porutę robiła? O, nie-ma-da!
      Naszykowałem se kawał godnej loli i rano letę na ten rynek. A tu zbiegowisko
      jak diaski. Pochód się już rozpoczął i teraz tędy, bocznymi ulicami ciągnie,
      czy co.
      Patrzę. A po środyszku, pomiędzy wiarą stoi czerwony maluch zez czerwoną Frącką
      w środku.
      No, faktycznie - myślę sobie - "mała" niespodzianka jest! I że na cztery osoby,
      to też prawda. Ino, że nie na takie, jak moja Frącka. Ona jest taki rozmiar, że
      wygląda, jakby ten nasz małolitrażowy cud motoryzacyjny zawdziała na się, jak
      jaką opiętą jaczkę i bez gwałt dopięła guziki.
      A teraz siedzi w środyszku i ani "jedynki", ani "dwójki", ani innego
      biegu "wcisnąć" nie może i ani "przed sie", ani też "nazod" ruszyć nie umie. A
      to tego drze jadaczkę:
      - Marych, Marych! Tu do mnie, tu do mnie! Łe, jak to dobrze, że jesteś. Ady
      pójdź tu do mnie i zdejmij ze mnie to diabelstwo.
      - Zaraz, zaraz - ja mówię. - Ja tam podobno jestem przeciek stary śrup i kaker,
      co się nie zna na nowoczesności! A swoją drogą to ładnie ci w tej blaszannej
      jaczce. Kolor też taki więcej świąteczny. Mogę ci szpycnąć pod to, co masz na
      sie? - mówię w końcu i spokojnie podnoszę dekiel od motoru.
      Frącka dostała teraz koloru denaturalnego i tak zaczła latać z tym autkiem,
      jakby motor chodził. Ale widać paliwo w sobie miała aby zez reglamentacji, bo
      ruk-cuk cołka energia z niej wyszła i zaczła dudlać:
      - Tata, rozwal te kastę, bo ja za placek wew foremce dłużej już być nie chcę!
      Miałam ci zrobić niespodziankę. Wczoraj zdałam egzamin na prawo jazdy, a
      dzisiaj wsiadłam do tej biksy na kółkach, co mi ją niespodziewanie zapisała w
      spadku nieboszczyca ciotka Pela... i mieli my dzisiaj jechać razem na
      majówkę...


      raz na to, że jestem zapuszkowana. I to wew święto. No, przeciek nie będę tu
      czekała na schudnięcie, żeby dopasować się do auta!
      - Nie bój nic! - ja mówię. - Jakoś z tego dołka się wytośtamy. Ino, tak mi się
      wydaje, trzebno będzie zdjąć prawie całą górę.
      I zaczłem piłować blachę doobkoła, żeby zrobić z malucha taki więcej kabriolet.
      A przy tym wszystkim se myślałem: jakie to swoją drogą dziwne, że jak już kto
      nie pasuje do tego auta, co nam nie chce jechać, to nie daje mu się żadnej
      innej szansy, ino musi się dopasować, żeby był, mówma, taki akurat w sam raz,
      jak projektanci se życzą.
      A przeciek łatwiej chebać zmienić auto, niż Frąckę, szak nie?



      Felieton pochodzi z lat 80.


    • Gość: ethanol Marych blubra dalyj IP: *.coh.org 26.06.01, 00:00


      Lepiej na siłę niczego nie robić


      Zginął Amiś. Nikt nie wie, gdzie się zadział. A jeszczek w zeszłą niedzielę
      spokojnie se nynał na deczce w antrejce i nic poza dobrym żarciem go nie
      interesowało. Cienką kitą zawdy ładnie machał na powitanie, na podwyrek zez
      małą i zez dużą potrzebą dawał się grzecznie i skromnie prowadzić, na kaszoka,
      pomimo że teraz taki wodnity, długich kieloszków nie miał. No, można
      powiedzieć, że jeszczek te parę dni temu nazod był jak na imię.


      JULIUSZ KUBEL
      A teraz we wtorek, przychodzę do chaty i własnym, osobistym oczom nie wierzę.
      To komu teraz wierzyć, ja się pytam?
      Amiś był zawdy ładnym kejterkiem. Takie więcej skrzyżowanie skulniętej
      wycieraczki zez kokotem. Ale teraz, tej! Stoi na stole cołki mokry i wew
      papilotach. Ma na sztram umączkowane uszy, a do tego moja Frącka robi mu
      pedicure, a ciotka Pela zez Świerzbięcic dopiero co skończyła mu robić manicure
      i bierze się teraz do prostowania, znaczy się Amisiowi, tego... no, ogona!
      Na psa urok - se pomyślałem. Ale widzę, że w odróżnieniu od kejterka obie
      kobiecka są ze siebie bardzo zadowolone, bo mają kalafki rozpromienione, jakby
      trafiły ze skutkiem w totko-lotko, abo w jaki inny system. Widzę też, że mój
      głos tu też nie będzie miał żadnego znaczenia, więc idę se do sypialki kropnąć
      się szczypę i szpycnąć, co też dzisiaj stoi napisane wew gazecie. Ale obie
      sadystki widać skończyły już zabiegi, bo letą za mną.
      - Gnije se na leżance! Klukę wetknął ino wew te gazetę i nic onego wew wogle
      nie obchodzi! - rozpoczęła trzeszczeć Frącka.
      - Komplet nic go nie rusza! - dołączyła się Pela. - A czytałeś, że znowyk
      będzie zjazd?
      - Się głupio pytasz! - odpowiedziałem skromnie. - Przeciek, że ja czytanie
      rozpoczynam od wiadomości szportowych. A teraz latem o zjeździe nic nie piszą.
      - Tu, w środku czytaj. Tu gdzie ogłoszenia! - dali pieje na mnie Frącka. - Sam
      se zobacz, żeli nie stoi jak byk napisane, że będzie zjazd, a zaraz potem
      wybory?
      - Czy cię rąbie, mamuchna? - ja mówię. - Przeciek dopiero co jedne już były!
      - Wew sobotę i niedzielę na targach będzie zjazd kole trzy i pół tysiąca
      kejtrów 140 ras zez 12 krajów obcych i zaprzyjaźnionych, tuku jeden! -
      wyjaśniła mi uprzejmie ciotka Pela.
      - A do tego odbędą się wybory na najurodniejszego pieska! - dodała Frącka. - I
      my z Pelą właśnie pomyślały o tym naszym stworze. Jak go lekujtko
      podsztafirujemy, to ma duże szanse!
      - Wy macie chebać myk-myk - ja mówię. - Przeciek on zez swoją urodą barzy się
      nadaje na wystawę drobiarską!
      Ale gdzie tam. Wogle nie chciały mnie słuchać, że niby Amiś ma sam jeden w
      sobię więcej ras, aniżeli trzebno na dwie takie wystawy z wyborami, a do tego
      ma ekstra szansę jako jedyny szczekający kokot w Europie.
      Na razie Amiś miał się suszyć na linie od prania na balkonie, przypięty
      klamerkami za uszy, żeby na powietrzu trwała ondulacja mu się usztywniła. Ale
      widać z tego szczęścia wszystko się nieborakowi pomyrdało, bo bez cołką noc
      zamiast szczekać, zaczął gdakać. A nad ranem piać na pobudkę.
      Za jasnego, nie wiada, żeli Frącka sama go odpięła i zabrała na jaki obóz
      kondycyjny, abo spotkanie zez innymi kandydatami, abo też Amiś sam uciekł przed
      szczęściem, bo zesmyknął się z tych klamerek i poprosił o azyl dla piesków tu
      na Junikowie... dosyć, że ani Frącki, ani tego niedojdy do tej pory nie ma.
      Ja tak se myślę, że najważniejsze, żeby piesek się odnojdnął. I lepiej, żeby
      niczego na siłę nie wygrywał...
      Nawet jakby w tej sprawie był oficjalny komunikat jakiego niedorzecznika.


    • Gość: ethi Re: Nasza gwara IP: *.coh.org 02.07.01, 23:41
      Wielokrotny morderca


      Tak prawdę powiedzieć, nie skłamać, pierwszy raz to my się zez moją Frącką na
      feste pokrychali gdzieś puro rok zaraz po ochajtnięciu, żeli się nie mylę.
      Przychodzę do chaty skatajony prosto zez fuszery, opłechtałem się aby ździebko
      i patrzę, co by tu ześrutować. Podnoszę dekielek od garnyszka, co stojał na
      angielce. Myślałem, że będzie do spucnięcia jaki luńt kichy do zgrzania, a tu
      nic... ino nudle. I do tego ślabrowate jak diaski. Letę do sypialki. Patrzę, a
      Frącka w najlepsze gnije na leżance i czyta se książkę.

      - Co to ja jestem pasikonik abo jaka lebioda, ażeby nudle wcinać? - mówię. -
      Wstawaj, nygusie jeden i rób mi coś konkretnego do zjedzenia!

      - Ja się tam nigdzie nie ruszam! - ona na to. - Cołki dzień byłam okropnie
      zaharana, nawet nie ucupłam na chwiłkę. A teraz mi się namknij od światła.
      Wiesz, co czytam? "Wielokrotnego mordercę"! Zastaw te nudle na ogień, bo ja
      chcę teraz skończyć ten kawałek.

      Zamachła mi kartami przed kluką i obróciła się na drugi bok. Myślała, że mnie
      ocygani, a ja into raz szpycłem na opypłaną nudlami obwijkę tej knipy i od razu
      wiedziałem, po czemu sztuka, niby, czym ta gelejza była tak bez cołki boży
      dzień zajęta.

      - Ty mi pierdołami się nie zajmuj - powiedziałem głośno. - Tych głupot o
      hrabiniach, baronach i innych zboczeńcach, co się dają na każdego, nie czytaj,
      bo ci się na głowę śwignie, a ja bez to tak schudnę, że niedługo będę miał
      szyjkę jak mandolinkę, a pyszczek jak taruszkę!

      - Tam ty masz rozum po równo z kozą! - odbekła mi napuszona czytelniczka. - To
      jest najlepsza lektura dla młodych mężatek, aleć ty się znasz na tym jak kokot
      na pieprzu!

      Dostała takich muków, że wiedziałem, że nie wygram ażeby. Więc się zamkłem i
      poszłem do kuchni podgrzać te fafoły zez mąki. A tu nagle wparowuje nasza
      stróżka, co żyje na kocią łapę zez takim jednym, co robi na kolei. Sama, widzę,
      dycha jak lekomotywa pod górkę, mało się nie zagałuszy i w końcu krzyczy:

      - Panie Marych, ten galon, co puro miesiąc mieszka wew oficynie, wyćpił dzisiaj
      na gemylę ludzką rękę i chebać głowę, sama widziałam, bo się papiór lekujtko
      odwinął!!!

      Najadła się stara baba torków i beble - pomyślałem sobie, a tu moja Frącka
      wlatuje zez pokoju i spokojnie mówi:

      - To będzie wielokrotny morderca. Podobny przypadek jest wew tym kawałku, co ja
      teraz czytam. Nie wiada, żeli to nie jest ten sam zbrodniarz, co jego tam
      opisali. Muszymy, tata, zbadać, co on tam wew tej swojej oficynie wystworzo,
      nie? Może jaką starą pukwę pośrutował na kawałyszki i teraz do gemyli wynosi
      to, co mu się nie chciało spatonić wew bratkaście!

      - Ty jesteś chebać głupkowata na plecach! - powiadam. - Ja tam nie będę kluki
      wtykać wew obskie sprawy, najwyżej mogę zawezwać tych szpeców zez szkiełowni.

      - Ady chodź pani! - zwróciła się Frącka do stróżki.

      - Bo jak zostane z tym moim brawyndą, to jak nic go zatrzasnę, a nie wiada,
      żeli w naszej angielce pójdzie spalić ciało!

      Wyprysły. Ja za nimi. Wew gemyli wew pergaminowym papierze nojdli my ludzkie
      szczątki. No, szak. Polegało na prawdzie to, co nam stróżka godała. Fefry
      miałem jak nie wiem. Ale nic, jadymy dali! Wytrychem otwarli my drzwi do
      oficyny tego galona. Patrzymy, a tu bajzel jak po wojnie. Chociaż mocno
      zalatuje gutaliną, podłogi nie bolerowane do glancu chebać od pół roku.
      Barchanowe story na oknach wiszą jak ubogiemu portki, a na środyszku stoi
      drabka zez przewieszoną przez nią kataną uślabraną cołką taką, chebać wew krwi.
      Na stole puszki, a w każdej abo gosztka jakiegoś proszku, abo takie kawały jak
      rąbane klymy. Na wyżkach pełno jakichś sideł i klamotów, zaś przy ścianie piec
      z wielgachną bratkastą, a pod łóżkiem drzewnianne kisty, a w nich coś tam
      pomojtane zez sianem.

      - Co tak stoisz jak torba dziadoska! - wrzasła Frącka. - Szukajmy!




      Stróżka nie ruszyła się z miejsca, aby zaczła się nerwowo szudrać po cołkim
      ciele i szpycować wew stronę drzwiów. Ja wziąłem lolę do ręki i idę do tych
      skrzyń. Podnoszę siano wew jednej - a tu ludzkie giery, trzy sztuki! Podnoszę
      wew drugiej - a tu krybony, wew trzeciej bebechy, dali - ręce, głow... Frącka
      zbladła jak babusi prześcieradło, a we mnie wszystko ino tak latało. Już sam
      nie wiedziałem, żeli stróżka brykła, czy jeszcze nie. Nagle... poczułem za
      plecami ciepły chuch i dotknięcie ręki. Zyzolę za się, a tu stoi i kielczy się:
      ha, ha, ha... - ten galon - morderca! Koniec!!! Hycłem na drabkę i czekam na
      pewną śmierć!

      Jak my się zez Frącką ockli, pokazało się, że ten galon to nie był żaden
      zbrodniarz, ino artysta. Rzeźbił takie figury wew częściach. Udane miał leżeć
      wew kistach, a sknocone abo ukrychniynte wyćpywał na gemylę.

      - Widzisz - powiedziała Frącka - żeby nie to moje czytanie, nigdy by my nie
      zobaczyli z bliska artysty.

      Przyznałem jej rację. Na kolację były nudle.


    • Gość: ethanol Re: Nasza gwara IP: *.coh.org 06.07.01, 23:40
      Targowy Gość


      Zeszłego roku zaraz przed targami przyleciała do nas ciotka Bogucha (ta od wuja
      zez Mosiny), usiadła się i wew wogle jadaki nie roztwiera.

      - Co zaś ale się stało, ciotka? - spytałem się w końcu.

      - Też cołki czas mówię. Wyprawiamy bal! - wypaliła.

      - A czemu? - wtrąciła się Frącka.

      - Helcia, nasza najmłodsza, chce się ochrympać!

      - Wej, za tego lekujtko zyzowatego istnego, co ma własne pateractwo kole
      Komornik? No, co ty liczysz, już prawie rok jak ze sobą kramują, żeli się nie
      mylę.

      - Ady nie za tego! Helci się cołkiem pomyrdało i chce ślubować z takim Hirkiem
      z Czapur, co robi gdzieś w brygadzie hoł-ruk, no w takiej "kolunie Rosia", jak
      powiadają, nie. No, mówię wam, bieda z nędzą. A do tego taki sztychlas, że przy
      tej naszej małej pyrdzie to wygląda jak jaka szparaga. Nie wiada, żeli się ruk-
      cuk nie rozletą...

      - No, zaś ale wesele musi być jak się należy - przerwała jej Frącka - inacy
      poruta będzie na cołką Mosinę.

      Zaczli my radzić. Zatrzaśnie się proszczoka i z pół kórnika kokotków. Pan młody
      nazorguje berbeluchy, zaprosi się famułę i jakoś to pójdzie.

      Wesele miało się rozpocząć rychtyk w dzień otwarcia targów. Rano Frącka zrobiła
      se fryzyur na kudloka i dali do domu weselnego pomagać przy jedzy. A ja wew
      taryfę i na Ławicę na lotnisko odebrać honorowego gościa, znaczy się ciotkę
      Maniuchę, co teraz mieszka wew Warszawie. Samolot przyleciał punktualnie.
      Czekam, a tu wychodzi sama lepsza wiara, nie. Wszystko wysieknięte wew
      świąteczne lompy. Co to ma być? Wszyscy na wesele, czy jak? Ale nic. Czekam
      dali. Po paru minutach wszyscy se już poszli precz, a ja ciotki nie widzę. Na
      chodniku został się aby jakiś (widać, że nie sa styndy) odtrzaśnięty jak diaski
      szpagat i kuka jak taka tuleja na prawo i lewo. Z kalafki był lekujtko podany
      na wuja Ignaca, bo też miał kluberek ździebko modrakowy, tak jakby od zimnych
      zakąsek. No i stoi jak taka kalika, gierkami obutymi wew takie madaiczne halbki
      przebiera, plaskatą tekę do się przyciska... No, żal mi się onego zrobiło.

      - Panie - mówię - ady choć pan. Ciotka nie przyleciała. Mam tu stojeć wolną
      dryndę, to pojadymy do miasta, nie?

      Coś tam zagdakał, pazurkami zamachał...

      "Niemota, czy jak?" - myślę sobie, ale widzę, że się knai za mną.

      - Aj łont tu hotel - nagle on mówi do mnie i kantuje się na siedzenie.

      Ździebko mnie ruszyło, no bo powiedzcie sami, nie może się sor jeden po ludzku
      odezwać? Fiźnięty, czy co?

      - Łont ci tutaj nikt nie da, a do hotelu mogymy pojechać - mówię, a tu taksiarz
      się obraca i cicho powiada:

      - Po co do hotelu? Po co do hotelu? Weź pan papudroka na kwaterę. Widać, że
      zagramaniczny Amerykon, to się panu jeszcze godnie skapnie.

      "Na kwaterę - myślę sobie - to nie, ale zabiorę go na wesele".

      - Dali, jadymy do Mosiny. Płacone dubelt, za powrót też!

      Za niedługo byli my na miejscu. Amerykon lekujtko spłoszony szpycnął na nie
      opucowany dom weselny i jeszcze nie zdążył się wysmyknąć z auta, a już ciotka
      Bogucha leci:

      - Kogoś tu przywiózł ze sobą, szplinie jeden? Gadaj zaraz, gdzie jest ciotka
      Maniucha z Warszawy?

      - Maniucha nie przyleciała - ja mówię. - A to jest Amerykon.

      Też się na weselu przyda, nie?

      - Prawdziwy?

      - No to się spytaj onego o co. Nic nie rozumie, ażeby.

      Amerykon stanął kole drzwiów w antrejce, a my, chłopy, zaczli nosić rozmaite
      ciężary. A to szafonierkę do ogrodu, bo przeszkadza. A to naszykowane jedzy ze
      sklepu do kuchni. A to stróżoki do góry na spanie dla gości. Ja knaję akurat
      ryczki i wołam:

      - Uwaga, bo jedzie rolwaga! - bo nie wiem, gdzie mają przyjść?

      A tu wuja Czechu jak nie beknie na honorowego gościa z Ameryki:

      - Co tak stoisz, religo jedna! Pomagaj, abo się namknij!

      Ten, niby taki sztywny ułan, ale nie można powiedzieć, żeby nie był do roboty.
      Tekę rnął do kąta, rozpiął ślypsa pod garłem i dali tachać krzynki z lemunadą.
      Ino tak się uwijał. Ale zaraz też, ciamajda jedna, tak się umęczył, że dostali
      my strach, żeli nam nie kipnie.




      - Daj mu, jak nie, naposztek berbeli - powiedział Czechu. - My też glugniemy po
      jednym dla szportu.

      - Chyba aby na spróbę, bo inacy nasze ślubne poślą nas na chirurgię szczękową u
      Diakonysek - odbąkłem, ale bez przekonania.

      Łykli my. Amerykon też. I od razu ślypska wyszły mu na wierzch jak ślimakowi.
      No, chyba się zagłuszył, bo zaraz nam klapnął na ziemię.

      - Szybko po pogotowie! - wrzasłem.

      - Wolno z plackiem, wesele trzy dni! - wtochła pomiędzy nas ciotka Bogucha -
      Bierzcie go na stróżok i w krzaki. I pilnujcie, żeby gdzie nie zgolnął, abo
      żeby nam go kto nie głabnął. Na weselu gość honorowy musi być!

      Jak tylko ciotka poszła precz, Czechu powiada:

      - Nalej mu drugiego, bo mu cheba wew niemiecką dziurkę poszło.

      A Amerykon nic ino pazurkami wywija, ryfkę robi, jakby spucnął helę pyrów zez
      gzikiem bez popicia i beble pod kluberkiem:

      - Noł, plis! Noł, plis!

      - A skyndy my ci teraz weźmiemy pliskę, waryjocie?! - się onego pytam. - Pliska
      na weselu, no kto to widział? Dali, nie rób głupich muków, ino jak chcesz
      wyzdrowieć, bierz, co ci dajemy.

      On znowyk coś tam zagdakał po swojemu, coś o sodzie, żeli się nie mylę.

      - Damy mu sodki, jak chce, niech mu się wiuknie - powiedział Czechu, a ja zaraz
      dodałem:

      - Schowiemy go na razie w kieretyny kole domu. A potem mu się przyniesie skibkę
      chleba do powąchania, to może przyjdzie do się.

      Za jakiś czas byłem u nieboraka szpycnąć, co z nim jest. Obudził się. Więc się
      onego spytałem:

      - Przynieś ci blachę placka zez kruszanką? A może chcesz letkie na kwaśno-
      słodko, abo kaszoka własnej roboty?

      Nic nie chciał, ino głową kręcił i po ichniemu blubrał. Ale zaś kto by tam się
      kapnął, o co mu loto? Taki to byle co zje, więc i byle co gada, nie. Dali my mu
      z Czechem jeszcze jednego i położyli nyny pod krzakiem.

      Wesele trwało trzy dni. Amerykon co jakiś czas się budził, ale nawet dylać nie
      chciał. Jak się ocknął, to my mu znowyk jednego i dali na garę. Tak my się
      musieli z nim cołki czas męczyć. A ciotka Bogucha to nawet była zadowolona, bo
      niby cołka famuła widziała honorowego gościa zez Ameryki, no nikt nie powie, że
      na balu nie był, a ona sama nie musiała za dużo kole niego skakać, jak on sam
      ledwo się ruszał.

      Jak już się ten cały jubel skończył, goście się rozjechali do dom (było nas z
      pięćdziesiąt i parę maluśkich) - wziąłem Amerykona za chachoł i odwiozłem tam,
      skędy przyszedł. Znaczy się na lotnisko. A on tam na Ławicy gapił się na mnie,
      jakby chciał po pazurach całować. A wyglądał istna ostatnia parzynga. Na
      kalafce aż zielony. A kluft oświktany i pognieciony, jakby wew rurach spał, a
      nie na stróżoku. Dobrze, że mu chociaż ciotka Bogucha na drogę wysiepany rękaw
      twystem na grzybku zacerowała. No, nic nie umieją się bawić ta wiara zez
      zagramanicy.

      W ostatni dzień targów poszedłem na wystawę do mojej krześniaczki Danuchy od
      Książkiewiczki, tu z Dębca. Robiła za biurową w Biurze Poszukiwań, tu kole
      dwunastki. (Teraz tam robi taki brodziorz ze skrzeczącym głosem). No a od niej
      chciałem się dowiedzieć, żeli warto co zwiedzać? Patrzę, tej, a ona za
      okienkiem ma leżeć zdjęcie tego naszego honorowego gościa, co był na weselu w
      Mosinie.

      - Słuchaj no, dziewcze - mówię. - Ty znasz tego ciamajdę? Bo mi jest dziwnie
      znajomy.

      - Ten? Tu nikt o nikim innym bez cołkie targi nie gadał!

      - Co ty powiesz? A to się ciotka Bogucha ucieszy, że aż taki sławny. Bo
      widzisz, on na weselu Helci w Mosinie występował, no, można powiedzieć,
      odgrywał za wuja zez Ameryki, takiego honorowego gościa.

      - Łe wuja! - rozchichrała się ta Danucha - A co my tu z nim mieli?! To nie jest
      żaden Amerykon, ino prosto zez Londynu przyleciał tu podpisać jakąś ważną
      umowę. I zez lotniska na Ławicy gdzieś zginął. Co my go naszukali. Że też nie
      mogliście się onego spytać, skędy jest i gdzie się chce dostać?

      - Nie bydź taka mądra! - przerwałem. - Lepiej
    • Gość: ethanol Re: Nasza gwara IP: *.coh.org 10.07.01, 02:17
      Imieniny


      A na komisję czeka Frącka. Ona da sobie z nimi radę. Wew sobotę wieczorem mieli
      my iść na minięte imieniny do sąsiada, co po prawdzie ma na imię Ludwik, ale
      pozywają go "Eda Katana", bo nosi ino szerokie jaki, a wew nerwach ciągiem
      podciąga pory i wiywo kataną. Wew piątek już Frącka nakręciła sobie głowę na
      kudloka, a teraz wysiekła się wew dychtowną suknią koloru kawa zez mlekiem. Aby
      na nogach miała paputki, bo do Edy aby po schodach, więc po co się darmo
      wyćwierzać i wew trzewikach umęczyć. Jażem się oblek wew kluft taki więcej
      pieprz i sól, co żem se go lajsnął niedawno, no, najwyżej 10 lat temu. Dobra
      materia, bigiel jeszczek od pierwszego prasowania trzymie, a mole aby ino przy
      obrębie lewej nogawki naczły pory japać. Trzewiki zawdziałem trzy razy szyte,
      co żem je zaraz po wojnie wymarał zez UNRRY. Aby raz je miałem na się, a drugie
      takie same mam jeszczek stojeć. Prezent dla Edy też my już mieli: szklanną rybę
      do postawienia kole innych szkarupów.


      Już od godziny byli my uszykowani. Kolacji nie jemy, bo kto to widział przed
      imieninami, nie? Siedzymy po ciemku, bo szkoda darmo świecić. Telewizora też my
      nie knypsli, bo i tak pewno znowyk dają mydło. Czekamy. Było jeszczek puro trzy
      kwadranse do zamówionej pory, jak przyknaił się solizjant Eda i powiada:

      - Frącka, Marych, dali, chodźcie do góry.

      - Ale po co tyle zachodu? - Frącka grzecznie na to.

      - Te ździebko czasu jeszczek bez jedzy spiłujemy, nie Marych?

      - Się głupio nie stalujcie, ino dali do góry - uparł się Eda. - Marych mi
      pomoże zez grotami, bo trzebno szczypę poprzestawiać, a jedzenie i tak już
      odżałowane.

      - Skorno tak - mówi w końcu Frącka - to pójdźcie sąsiedzie, dajcie sznupki i
      wszystkiego dobrego na imieniny. A tu macie szklanną rybę na prezent.

      Poszli my. Ślubna Edy tetrała coś wew kuchni, Frącka uczapiła się na ryczuszce,
      a my z Edą rozciągali okrągły stół, przykryli my go obrusem (takim zez firany)
      i zaczli my nosić krzesołka zgromadzone wew sypialce, ażeby zdążyć przed
      przyjściem famuły i znajomków. Jak już wszystko było gotowe, Eda jeszczek raz
      ciągnie mnie do sypialki i pokazuje na nowiuteńką witrynkę, co ją miał tam
      stojeć.

      No, grot był elegancki, na wysoki połysk, półyszki ze szkła były jeszczek puste
      bez żadnych szkarupów, ale na wierzchu stojał zez lekujtko hejbniętą do góry
      głową porcynelowy rogacz.

      - No? - mówi Eda.

      - No, może być - ja na to. - Ujdzie wew tłoku. Poustawiaj jeszczek ździebko
      ustroitków na półki i już. Na początek tę szklaną rybę.

      - No, zgadnij Marych, dość za to dałem?

      - Za rogacza, czy za witrynkę?

      - Razem zez rogaczem.

      - Ja wiem...

      - No, ale tak zgadnij, ile?

      - Zez trzydzieści?

      - Ady tam! Pięćdziesiąt bez trzystu złotych, ale zez dowozem prościutenko zez
      Swarzędza. Szkoda ino, że nie wejdzie do jadalki, bo goście by zobaczyli.

      - Sama nie wejdzie, cheba, żeby my ją wnieśli - bąkałem, a tu słyszymy
      dzwonienie po dzwonku.

      Wali famuła! Pokazało się, że już pół godziny czekali na schodach, ażeby nie
      przyjść przed czasem. Teraz dali Edy prezenta wew pudełkach i chwaszczących
      papierach i zaczeli patrzeć za jedzą. Akurat spucli cołkie słodkie, jak Eda
      woła mnie do sypialki, nalewa mi naposztek (zez tej schowanej przed wiarą) i
      powiada:

      - Zobacz.

      A na witrynce, nie wiem, żeli zaczło mi się już dwoić i troić, ale przy tej
      naszej stojało kole szóściu, siódmiu szklanych ryb. Widać cołka famuła kupowała
      prezenta wew tym samym składzie co ja. No, mówię wam, mebel wyglądał jak istna
      akwaria, ino ten rogacz u góry.

      Minęło trochę czasu. Imieniny rozwijają się normalnie. Wszystko jak się należy.
      Ślubna Edy wuchty jedzy ino nosi, wiara pierdoły opowiada, męska część famuły
      berbelę pociąga, wszyscy się wygodnie porozpinali, ino Eda został się we
      westce, że niby gospodarz. Nagle solizjant szczypie mnie wew mankiet:

      - Marych, jak nie, wtośtomy tę witrynkę do jadalki. Niech se wiara obglądnie.

      - Pewnie cierpicie! - rozwarła na nas kalafę Frącka.

      - Usiądźcie się ochlapusy jedne zez nami! Marych, ja ci powiadam, nigdzie nie
      idziesz!

      - Ady mi tam pobryncz! - ja jej na to odważnie, żeby se poruty przed wiarą nie
      robić. I idę za Edą.

      Ździebko my się przy tej robocie skatali, nie powiem, że nie. Bo też i grot
      ciężki jak diaski, a balankse trzebno było trzymać, bo ryby szklanne na półkach
      i rogacz u góry ino tak się rylotają. Koniec końców przytośtali my witrynkę nad
      gierami gości i już my chcieli postawić ją pomału na podłogę, jak rogacz
      przekipnął się i sprys na dół. Jak my roztwarli oczy, Frącka, aż modrakowała na
      kalafie, postawiała źwierza na swoje miejsce. Był cołki i nie napęknięty, ino
      że bez rogów.

      - Eda, ty się nie martw - bąkłem. - Teraz będziesz wiarze mówił, że to jest
      łania i nikt się nie kapnie nawet, że po wypadku. Wszyscy zaczli się chichrać,
      aby ta moja od drzwiów zaskrzeczała:

      - Marych, do domu! Ale w ty chwili! - i wyszła. Bawili my się do białego.
      Berbeli poszło, że szkoden goden. A jak wychodziłem, na schodach Eda się pyta:




      - Masz strach iść do chaty?

      Ja, strach? Czy cie rąbie? - bąkałem niepewnie. - Zresztą mam dla niej prezent
      na przeprosiny. Też szklanną rybę. Dobrze, że wczoraj kupiłem dwie, że niby ta
      druga się przyda na jakieś inne imieniny.

  • Gość: Lechita Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.icom.ca 22.06.01, 00:00
    Gość portalu: Warschau napisał(a):

    > A Warszawa to drzwi na wschód Europy, na Rosję, na Ukrainę

    HAHAHA. Sorry koles, ale drzwi na Rosje to Wilno, Ryga a nie wawka, a dzrwi na
    Ukraine to raczej Budapeszt.

    ...Myślisz, że taki
    > Niemiec będzie handlował z Ukrainą z Poznania?

    Mysle ze Niuemiec bedzie handlowal z Poznaniem w Poznaniu wreszcie, a nie w
    Warszawie z Poznaniem, albo w Warszawie z Wroclawiem, etc etc tak jak jest teraz,
    a to jest bardzo duzy odsetek waszych dochodow. Wreszcie jak ktos bedzie chcial
    robic cos w Poznaniu to bedzie mogl olac wawke. Nawet nie bedzie musial do was
    latac a poptem jechac do Poznania.

    Może wogóle zadufani w sobie
    > Poznaniacy zgłoście swój akces, żeby Wielkopolska była następnym landem w
    > BRD...

    A po co mamy byc czyims landem? Wielkopolska to Wielkopolska a do BRD raczej nie
    wejdziemy bo nie po to walczylismy z germanami zeby teraz sie tam pchac. Ale
    MOZEMY, i BEDZIEMY z nimi handlowac, i nawet wiecej niz z wami bo to jest
    zdecydowanie lepsze rozwiaanie nic obecne. Oni nas doic nie beda a beda
    partnerami w handlu i biznesie. Autistrada i odblokowana Lawica w tym bardzo
    pomoze. Wy nam nie pomagacie wogole, tylko bierzecie co nasze. Dzieki za
    takich "partnerow". A Poznan nie jest sam, tak samo mysla Wroclawianie, tak samo
    mysli sie na gornym Slasku, tak samo mysli sie w Szczecinie. Jesli wejdziemy do
    Unii wszyscy sie od was odwroca. A wtedy u was bedzie sie handlowac z ruskimi i
    Ukraina ale nie z reszta Polski. OBY tak bylo.

    Tak jak lubiłem do niedawna Poznaniaków, tak naprawdę (po obcowaniu z
    > Wami na forum) przestaję ich lubić.

    Mam sie poplakac ze smutku? Frechowny worszowioku, nikogo nie obchodzi kogo
    lubicie a kogo nie.

    > I miej trochę szacunku dla mojego miasta, bo pisanie z małej litery (już nie
    > wspominam o pisaniu Warszawka, Wawka) wawka. To tylko świadczy o niskim
    > poziomie Twojej osobistej kultury.
    >

    Bede pisal jak chce.

    > A co do dojenia przez Warszawę "biednego" Poznania - sam wiesz, ze to
    > nieprawda...Żadnych dowodów na to nie przedstawiłeś!
    >

    Byly przedstawione dowody. Wielkopolska daje trzecie co do wielkosci dochody do
    skarbu Panstwa a pieniedzy od wawki dostaje najmniej, albo jest przedostatnia. To
    sie nazywa dojenie.

    > O innych Twoich argumenta nawet się juz nie rozpisuję, bo to będzie powtórka z
    > rozrywki...Zaraz będzie, że Poznań jest najlepszy, największy,
    > najgospodarniejszy - co się tak ma do prawdy, jak piernik do wiatraka.
    > To jest Poznańska mitomania i megalomania!

    Jestesmy o wiele wiecej gospodarni niz wy. Centralizaja raczej WAM pomaga a nie
    nam. Czym byla wawka bez stolecznosci? Wiocha. I tyle.
    • Gość: mw Re: Nasza gwara /do Lechity/ IP: *.poznan.dialup.inetia.pl 22.06.01, 00:00
      Drodzy Lechito i Warschau! Wasze polemiki na temat wyższości Poznania nad
      Warszawą i odwrotnie, stają się pomału pośmiewiskiem na forach w innych
      miastach. Robicie swoim miastom kiepska opinię.
      Dajcie sobie wreszcie luz i pogadajcie wreszcie o czymś konstruktywnym. Do tego
      jeszcze nie potraficie wyhamować i wasza, z początku normalna rozmowa,
      przechodzi w beznadziejną pyskówkę. Obydwaj macie dużo do powiedzenia, ale
      róbcie to kulturalnie i bez zacietrzewienia. Jesteście więcej warci, niż wynika
      to z waszych zapiekłych polemik, a każdy z przyjemnością wysłucha Waszych
      argumentów. Pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka