Mówię wam, jestem taka durna, że aż wstyd się przyznać. Postanowiłam
spróbować swoich sił w decoupage. Uzbrojona w wasze porady zrobiłam wszystko
jak trzeba - na pierwszy ogień poszły dwie butelki, bo ryzyko duże

. Nawet
fajnie mi wyszły, byłam zadowolona jak na pierwszy raz, chociaż ciutkę było
widać brzegi serwetek. Ale pomyślałam że jak polakieruję kilka razy to to
się "zgubi". Więc podsuszyłam całość i zaczęłam lakierować. Mam lakier w
spraju, który się nakłada co ok. pół godziny kolejne warstwy. A trzeba wam
wiedzieć, że mam też złoto w spraju (tzn. złotą farbę, nie czysty kruszec
malowałam nią jedną z butelek). Kiedy nakładałam koleją warstę lakieru
zawołał mnie mąż. Szybko zamknęłam pojemnik i wyszłam z pokoju. Po
półgodzinie wróciłam "napsikać" kolejną bezbarwną warstwę.
I napsikałam.
Tylko że ona okazała się złota, a nie bezbarwna

. Założyłam złą nakrętkę na
puszkę i nie spojrzałam na napis. Zespułam sobie całą pracę, bo zamalowałam
wzory (ciekawe gdzie miałam oczy, że nie od razu to zauważyłam, może przez te
obłoki lakierowego pyłu - fatalna wada sprajów). Próbowałam coś z tym zrobić -
zmyć to złoto, nakleić nowy wzór czy coś - ale z każdą kolejną próbą było
jeszcze gorzej. Muszę to wywalić, bo teraz moje DWIE ZŁOTE butelki pokyte są
ohydnymi liszajami jak Obcy.
Kurcze, a tak dobrze szło
Ależ jestem durna

((