clavi
24.03.06, 17:43
Wielu z nas ma dziś komórę. Przy jej pomocy w publicznych miejscach
załatwia bardzo osobiste sprawy. Wyrywa to przypadkowe osoby znajdujące
się w zasięgu tego działania z prywatnego świata ciszy czy zamyślenia
i zmusza do wysłuchiwania niechcianych pogaduszek.
Często o przysłowiowych "siedmiu zbójach".
Siedzę w poczekalni lekarskiej. Cisza. Długa i biała jak fartuch ordynatora
z TV serialu. Nagle jedna z oczekujących pań chwyta komóre.
"Córciu jadałaś już śniadanie? Nie jadłaś? W lodówce są..." tu następuje spis
wiktuałów. Z trudem powstrzymuję komentarz. Gdyby córcia to wszystko zjadła
także siedziałaby w kolejce do lekarza.
Jadę trolejbusem. Pokaźnych rozmiarów młodzian dobywa komóry:
"No, cześć. Co tam? O, k... I co ona na to. O, k...
A co ty na to? Ja pier..."
Wysiadam. Wolę spacerek od mimowolnego przysłuchiwania się sprowadzonej do
parteru kulturze rozmowy.
Ze słowem komóra rymuje mi się słowo kultura (osobista).
Gdybyż tak znalazły się one we "wzajemnym zasięgu".