Szarzy wędrowcy

04.02.03, 12:55
Utrudzeni długą drogą przystajemy na kilka chwil lub kilka lat na tym oto,
gościnnym jak śmiemy mniemać, Forum, by kontynuować na nim nasze poszukiwania.
Jesteśmy bowiem Tymi, Którzy Wędrują W Poszukiwaniu Sensu. Czy znajdziemy Go
u Was?
    • ziedrzec Re: Szarzy wędrowcy 04.02.03, 13:01
      greywanderers napisał:

      > Utrudzeni długą drogą przystajemy na kilka chwil lub kilka lat na tym oto,
      > gościnnym jak śmiemy mniemać, Forum, by kontynuować na nim nasze poszukiwania.
      > Jesteśmy bowiem Tymi, Którzy Wędrują W Poszukiwaniu Sensu. Czy znajdziemy Go
      > u Was?


      Szukajta a znajdzieta, prośta a się oprosita :-)))
      Przystańta zatem... skończta wędrówkie, kapotę zdejmijta.
      piwa się napijta...
      • greywanderers Z wyrazami dziekczynnosci 04.02.03, 13:42
        Się do Was zwracamy. Jakem Szarzy Wędrowcy jesteśmy, wespół usiądziemy i piwa
        kufel wychylimy. Widzę, że goscina u Was tęga, więc braci naszych zwołamy,
        rozesłanych w pięć stron kraju tego i zostaniemy na czas jakiś by cieszyć się
        zacnym towarzystwem wszelakim.
        • vanilja Re: Z wyrazami dziekczynnosci 04.02.03, 15:07
          greywanderers napisał:

          > Się do Was zwracamy. Jakem Szarzy Wędrowcy jesteśmy, wespół usiądziemy i piwa
          > kufel wychylimy. Widzę, że goscina u Was tęga, więc braci naszych zwołamy,
          > rozesłanych w pięć stron kraju tego i zostaniemy na czas jakiś by cieszyć się
          > zacnym towarzystwem wszelakim.

          My, vanilja, zapraszamy, tylko nie hałasujcie, bo mie dziś łeb nap.......bo mam
          migrenę.
          • greywanderers Z wyrazami dziekczynnosci 04.02.03, 15:11
            My ciche ludzie z natury jestesmy. Chałasować nam nie godzi. Moje imie to Fuar
            Callag. A bracia moi gdy dotrą sami się przedstawią. Jednak gdy zajdzie
            potrzeba stawimy czoło złu które czai się na prawych obywateli.
            • vanilja Re: Z wyrazami dziekczynnosci 04.02.03, 15:20
              greywanderers napisał:

              > My ciche ludzie z natury jestesmy. Chałasować nam nie godzi. Moje imie to
              Fuar
              > Callag. A bracia moi gdy dotrą sami się przedstawią. Jednak gdy zajdzie
              > potrzeba stawimy czoło złu które czai się na prawych obywateli.

              Chwała Bogu! Takich ludzi trzeba nam na forum.
              Na potęgę Posępnego Czerepu!
              Od razu widać, jak Złe Moce przybladły i siedzą cichutko jak trusia.
              • greywanderers Z wyrazami dziekczynnosci 04.02.03, 15:36
                Piekne twe słowa zaiste są. Jakem Fuar nie skalam się zą energią. Co
                powrabiacie w waszym miescie Lublinie zacnym, bym mógł rozkoszować się
                atmosferą tutejszego klimatu. Niniejszym muszę braci swych ściągnąć, bo chyba
                me wieści staneły gdzieś w drodze ku nim.
                • ziedrzec Re: Z wyrazami dziekczynnosci 04.02.03, 15:47
                  Przybądźta zatem na harce wszeteczne gwoli trzydziestotysięcznego jubileuszu
                  uświęcenia rychtowane.
              • pepperoni78 Re: Z wyrazami dziekczynnosci 04.02.03, 18:52
                vanilja napisała:

                > Od razu widać, jak Złe Moce przybladły i siedzą cichutko jak trusia.
                >

                Ciekawe kogo Vanilka miała na myśli i dlaczego to ja?? ;D
    • greywanderers Veni 04.02.03, 15:51
      Ja, Broc as Lachduinn witam Was, czcigodni mieszkańcy Koziego Grodu i Ciebie,
      Bracie mój Fuarze Callag.
      Utrudzonym wielce jest, przeto usiądę sobie i odpocznę nieco przy ogniu jakomś,
      jeślić przeciw nic nie macie.
      A szklenicą piwa może i zdrożonego poratujecie?
      • greywanderers Veni 04.02.03, 15:55
        Witaj, jam już ugoszczon został, mili ludzie tutaj żyją. Dobre to ziemie, dobre
        i przyjazne szarym braciom. Czy aby osiąść na dłuzej nie byśmy mogli?
        • ronja Re: Veni 04.02.03, 15:59
          Moglibyście jak najbardziej, mali lub duzi rycerze:)
          W zasadzie to nic innego tu nie robimy niż picie piwa i swawolne lub
          sentymentalne (zależnie od nastroju) gawędzenie przy kominku... Kilka sztuk
          więcej - nam w to graj:)
          • ziedrzec Re: Veni 04.02.03, 16:05
            A historyj, facecyj i dziwów wszelakich z wielkiego świata łacno z ust Waszech
            słuchać bedziem.
            • greywanderers Ja Fuar Callag 04.02.03, 16:12
              Wdzieczny jestem, że tak zacni państwo tutaj się znajdują. Ja niestety na
              spoczynek się udaję, podróż swoje znamie wyciska. Ale mój brat Shirragh Peccah
              wam towarzystwa dotrzyma mam nadzieję. Jutro też będzie dzień, i czas opowieści
              wszelakich z krain dalekich, które nawiedzały moce złe, a przez które wędrować
              musieliśmy.
              • greywanderers Veni 04.02.03, 16:36
                Coz wam to graj nam tym bardziej jam jest Shirragh Peccah. Cieszy mnie ta
                goscina jak miod z waszych ust plynaca. Jest ona niczym kojacy zimny buklak na
                nasze zmeczon wedrowka konczyny, wiec jesli pozwolicie przysiade sie do stolu
                waszego i cieszyc sie bede goscina wasza, az odpoczne i gotow bede znow w
                wedrowke swa wyruszyc.
                Coz witajcie moj Bracie Szary!!! Fuar ty tutaj!!! niezmierzona jest radosc ma
                widzac was tu wszystkich coz to za ciepla goscina tego dokonala ze znow przy
                jednym stole zasiedlim. Serce roscie
                • eor A ja Eor 04.02.03, 16:52
                  Tez szary jestem. Malo jednak wedruje. Raz mi sie zdarzylo, jak ogonek mi
                  ukradli.... Ale nie o tym chcialem. Na przekaske strudzonych wedrowcow zaprosic
                  chcialem - mam swietne osty i nalewke z pokrzywy.
                  • greywanderers Witaj szary druchu 04.02.03, 17:16
                    Radzi my z tego wielce jestesmy ze tak jakze szczerze i dostatkiem uraczyc nas
                    raczysz. Niestety nie strawa to dla nas gdyz po niej nie w stanie bedziem
                    opowiadac z wami dalej. Nie wzgardzamy nia bynajmniej tylko pozostawim ja na
                    droge, gdy mowa i gietkosc jezyka niepotrzebna bedzie, lecz zdrowie i
                    krzepkosc. Teraz jednak z przyjemnoscia przechylim miodu dzbaniec i wipijem
                    wasze i twe Eorze zdrowie.
                    • silverstone sens sensow wszelaki 04.02.03, 19:12
                      czy sensownie jest widziec sens w bezmiarze bezsensu?
                      i kto tak naprawde potrafi ocenic czy to, co widzimy ma
                      sens czy tez nie ma?
                      i czy dobre w tym przypadku jest stosowanie subiektywnych
                      kategorii sensu i bezsensu? w ten sposob nic nigdy nie
                      zobaczymy, a te wielgachne i nudne slowniki beda albo
                      puste alebo pelne sprzecznosci? no i jak tu rozdzielic
                      sprzecznosc od bezsprzecznosci? a moze bezsprzecznie
                      nalezaloby przestac gonic za tym sensem i bezsensownie
                      pograzyc sie w otchlani czegos mniej definiowalnego? albo
                      latwiej definiowalnego? tak bezsprzecznie? tylko co to
                      jest definicja? moze to tylko kolejne litery bez wyrazu?
                      moze wlasnie sens jest bez wyrazu wiec dlatego nie mozna
                      go znalezc? moze tylko bezsens jest dostrzegalny dlatego
                      wszyscy naraz go widzimy?

                      no sama nie wiem zupelnie juz i bez sensu...

                      jesc!
                      • greywanderers Re: sens sensow wszelaki 04.02.03, 22:07
                        Z pewnoscia jedno co ma sens niebagatelny to "jesc" jakze uryte wacpanno w nim
                        roskosze panuja. Sam podczas wedrowek moich wielu za Sensem podarzajac nieraz
                        cierpialem na niedostatek jego dobr i jakim ono zbawiennym bylo gdy moglem
                        wkoncu zatopic swe osuszone wiatrem siekacze w miesiwie w jakiejs przydrorznej
                        gospodzie. tak "jesc" to ma sens
                        • eor Re: sens sensow wszelaki 05.02.03, 10:01
                          Wedrowcy - dziekuje. Poczulem sie wypity zdrowie za (ze uzyje mojej ulubionej
                          kalki) i niniejszym zdrowie rowniez wypijam, dzban w rece dalsze przekazujac.
                          Rankiem zbyt wiele pic nie nalezy - moze wiec zamiast alkoholizowac sie,
                          wedrowcy, opowiedzcie o swoich wedrowkach - gdzie bywaliscie, jakie przygody
                          przezyliscie, z kim biesiadowaliscie. Nastawiam swoich klapciatych uszu.
                          • aric Czas na opowieść 05.02.03, 10:23
                            Opowieść powiadsz... Hmm... No może ta, która zdarzyła się czas jakiś temu gdy
                            we troje braci zmierzalismy w kierunku wzgórz, które w tutejszej mowie Alpami
                            się zwą. Więc byłem ja Fuar Callag, był zacny brat Broc As Lachduinn i był
                            brat, który dołączył do nas niedawno Shirragh Peccah. Podróż była długa, a my
                            szlismy już czas jakiś. Jadła było mało, a my jeść lubimy, więc wspólnie
                            postanowić było trzeba, cóż nam dalej robić. I gdy przysiedliśmy na kamieniach,
                            niopodal traktu stało się dziwnego coś, a jednak nie zaskakujacego, gdyż my
                            przywyknieci do rzeczy dziwnych nie lekamy się ich i zaskoczenia jako takiego
                            nieuswiadczyliśmy.
                            Z nagła wyłonił się jeździec na koniu białym, odzian w srebro i czerń, a życie
                            z niego uchodziło. Opadł z konia tuż u stóp naszych i podnieść się nie mogąć
                            jęczał jedynie. Kim był, tego wiedzieć nie mogliśmy. Ale niebawem dowiedzieć
                            się mieliśmy...

                            A mości Eor, powiadaliście, że macie co nie co do spożycia, nieprawdaż?
                            • greywanderers Tożsamość moja 05.02.03, 10:40
                              Ujawniona została. A matka mówiła, żeby strzec się pokus i do braterstwa
                              Szarych Wędrowców nie przystawać, nieposłuchałem jej. Źle się stało, a ja, brat
                              Fuar będę przeklety na wieki... A reszta niech pozostanie milczeniem...
                              • eor Re: Tożsamość moja 05.02.03, 10:57
                                Alez naturalnie drodzy wedrowcy, ze mamy cos do jedzenia. Posilcie sie,
                                zapraszamy. U mnie co prawda tylko osty i pokrzywy, ale za orientalnie, badz po
                                latynoksu przyrzadzone. Jesli to nie odpowiada, to Ryza chetnie cos
                                srodziemnomorskiego upichci (jak mniemam), Lucy jakis bigosik, albo kluseczki
                                strzeli, a Ronja troche owsa Wam podpypie :))

                                Snujcie dalej opowiesc. A jako, ze Wy i bardy jestescie - mozecie wesprzec ja
                                jakas mala wstawka muzyczna.
                                • greywanderers Opowieść snując dalej 05.02.03, 12:23
                                  Jako że bracia Szrzy zezwolili na dalsze pisanie, więc opowieść kontynuować
                                  będę...

                                  Wszyscy nachylilismy sie wraz nad leżącym i słowa dwa z jego ust usłyszelismy
                                  zanim przytomnośc stracił. A słowa brzmiały: pomocy i poscig, a przynajmniej
                                  tak je usłyszelismy. Twarz człowieka leżącego widać raniona była, a i długa
                                  jazda za nim. Niestety na rozmslania na temat sytuacji obecnej czasu nie było
                                  zbyt wiele, bo po chwili usłyszelismy znany nam odgłos kopyt końskich w
                                  galopie. Ukrycie nieszczęsnika w rachube nie wchodziło, więc stanelismy w
                                  szeregu niewielkim osłaniając leżącego na ziemi biedaka. A że przyżekalismy
                                  strzec i pomagać słabym i rannym, zostawić go nie moglismy, nawet za cenę
                                  niesłusznie krwi przelanej.
                                  Jeźdzców było około dziesiątek dwóch, a gdy staneli wraz wszyscy, jeden górował
                                  nad innymi, zarówno wzrostem jak i autorytetem. Czuło się, że dzień ten nie
                                  bedzie zwyczajny, że krew nie jedna zostanie przelana. A perswazja na wiele się
                                  nie zda. W ich twarzach widzielismy złość ogromną.
                                  Ich dowódca, bo tak odczytalismy jego zachowanie i wygląd zsiadł z wierzchowca
                                  i ruszył ku nam wołając:
                                  - Wydajcie go, to zdrajca!
                                  Wtedy Broc, brat z nas w mowie najświatlejszy postapił ktok do przodu i rzekł:
                                  - Niestety panie, wydać go nie możemy. Przysiagalismy chronić słabszych, a
                                  naszego ślubu dotrzymac musimy. A ty, panie, jak mniemam szlachetnie urodzony,
                                  powstrzymaj swą pochopnośc, bo ona zgubą byc twoją może. Czy zanim zrobisz coś
                                  czego byś nie chciał uświadomic nas mógłbyć, w czym jego zdrada sie objawiła, i
                                  dlaczego w twoich oczach widzę złość i chęć zrobienia nam krzywdy, chociaż
                                  wiem, że krzywdy zrobic nam nie możesz, za mała potega jest w tobie, jak i z
                                  tobą.
                                  Patrzylismy na twarz mężczyzny, która naprzemian łagodniała i stawała się
                                  złowieszcza, nie obyty był w takich mowach słuchaniu.
                                  - Nie czas mi z wami gadać, odstapcie, albo umrzecie, rozkazy musimy wykonywać,
                                  a wy nam przszkodzić w tym nie możecie.
                                  - A więc wybierasz panie nieznajomy siłowe rozwiazanie?
                                  - Tak własnie. - Rzekł szybko i miecza dobył.

                                  Oj, zaschło mi w gardle, musze je przepłukać, zanim dalej mówic będe...
                                  • Gość: Ronja Dajcie gościom browaraaaaaaaaa! bo ustaną w IP: *.internetdsl.tpnet.pl 05.02.03, 13:04
                                    opowieściach...:)
                                    • greywanderers Ooo. browar... 05.02.03, 14:36
                                      Stare słowo, znamy je, piwo znaczy się, cudny trunek, gorzkawy i chłodzący
                                      ciało przemile.
                                      Oj musze dalej opowiadać...

                                      Zaraz po wyciagnieciu miecza, jego kompanija zeskoczyła z koni i stanęła obok,
                                      nie mieli zamiaru odpuscić nawet nie znając nas, a wiedzielismy, że działaja
                                      pochopnie. Wedrując po róznych krainach, przez wiele stuleci, doskonalilismy
                                      swoje umiejetnosci, zarówno duchowe jak i te fizyczne. Daleki Wschód naszym
                                      domem był przez wiele zim i wiosen, a młodzych braci szkoliliśmy w tajemnych
                                      sztukach medytacji i unieszkodliwiania przeciwnika.
                                      Gdy tylko dowódca wydał rozkaz by zabić nas i pojmac rannego, nie tracilismy
                                      czasu na zbedne dyskusje, i choć zabijac na nie wolno było, bez wyraźnej
                                      przyczyny, a teraz przyczyna była wyraźna, postanowilismy nie zabijać, jeżeli
                                      nie będzie innej możliwosci.
                                      Ja Fuar Callag zostałem na miejscu, a moi bracia szlachetni i zwinni jak koty
                                      egipskie odeszli lekko na stronę. Takiego czegoś z pewnością wojsko się nie
                                      spodziewało, a ja ostatni raz podjąłem próbę medniacji:
                                      - Odstepcie panowie, wasza pewność siebie was zgubi, nie wiecie z kim macie do
                                      czyninia. Odstąp nalegam, albo wszyscy stracicie przynajmniej przytomność.
                                      Jenakże dowódca wydał przeraźliwy wrzask i ruszyli by zasiec naszą trójkę
                                      Szarych braci. Niestety nie mieli szans, nie był to ich szczęśliwy dzień.
                                      Broc wykonał serie niesamowitych uników, okręcając się dokoła i schodząc co
                                      chwilę w pozycje skłonu, udeżał tak szybko, że napastniecy pojecia mieć nie
                                      mogli cos się dzieje wokół nich. Shirragh, najbardziej waleczny i
                                      bezinteresowny z nas przeszedł od razu do zadawania ciosów obezwładniających.
                                      Treningi doskonalące sztukę obezwładniania były jego pasją niesłychaną, on to
                                      nauczał nas wszystkich tych ciosów, na tentnicę, na sploty nerwów. Ja
                                      wyznawałem zawsze prostą filozofie wlaki, unik, cios. Tak, aby przeciwnik
                                      powstać nie mógł.

                                      ojjjj. Ale się zagadałem, a piwa łyczek czas pociagnąć. No i może jakąś fajke
                                      zakurzyć, tytoń jakowyś macię w tej ostoi przyjaznej, ludzie dobrzy?
                                      • lodbrok Re: Ooo. browar... 05.02.03, 14:47
                                        Towarzystwo ci na ogół u nas niepalące albo walczące usilnie z tymże zacnym
                                        nałogiem, ale znajdą się tacy co zacną machorka poczęstują i z lubością gorzkim
                                        dymem w dobrej kompaniji zaciągną
                                        • greywanderers Oooo, w głowie kręci... 05.02.03, 16:05
                                          A opowieści jeszcze tyle się ostało... hep...
                                          Mój brat, który przybędzie niedługo, Shirragh Peccah opowie dalej, ja Fuar
                                          chyba padnę w siano... hep...
                                          • greywanderers juz nadchodze bracie z pomoca bys mogl odpoczac 06.02.03, 02:05
                                            oj bracie drogi, ty az nadto ma role w waszej edukacji w obezwladnianiu
                                            przeciwnika przedsawilem jam tylko nauczyl was podstaw jedank to wasza
                                            inwencja, spryt i ten zmysl ktorego wszakze kazdy wojownik pozazdroscic
                                            powinien, przyczynil sie do tego, iz wasze ciosy byly niemozliwymi do
                                            odparcia. Sam musze przyznac, iz wiele przy was nauk pobralem, za co wdzieczon
                                            jestem.
                                            Coz, ale pozwolisz, ze kontynuowac bede te opowiesc, ktora jakze nie maly
                                            wplyw na nasze losy miala. Pozwol jeno mi takze lyk trojniaczka skosztowac i
                                            juz zaczynam. ehh...
                                            Bylo zawzdy tak, jak brat Fuar moj mowi bylismy w trzech, pozwolcie, ze imiona
                                            mych braci przytocze, gdyz po tysiac slawion powinny byc Broc As Lachduinn,
                                            Fuar Callag i ja Shirragh Peccah. Znalezlismy sie jakze nieoczekiwanie wrecz w
                                            samym srodku walki jakze przez nas nie szukanej. Byla to zdecydowanie walka
                                            obrona zwana. Zawzdy najlepsza obrona jest atak, wiec majac to na uwadze
                                            atakowalismy z impetem. Podziwialem moich braci w ich kunszcie, ich finezji w
                                            zadawaniu ciosow ja ograniczylem sie jedynie do jak najrychlejszego
                                            obezwladnianie przciwnikow przez pozbawainie ich tomnosci, chcac jak najdluzej
                                            napawac sie widokiem poczynan moich braci i teraz moc opowiedzic wam
                                            skrupulatnie jak dzialo sie to. Broc jakze sprawny we wladaniu bronia
                                            drzewcowa, jaka sie okazal kij jednego z napastnikow, ktoremu juz nietomnemu,
                                            lezacacemu wsrod reszty glupcow, ktorzy porwali sie na mego brata miast
                                            posluchac jego pokojowego rozwiazania, napewno sie by juz niewprzydal. Brat
                                            moj w przeciwienstwie do poprzedniego wlasciciela pojecie posiadajac w jak
                                            najbardziej uzyterczny sposob mozna korzystac z wolorow tego jakby sie
                                            wydawalo do niczego potrzebnego kija, zadawal ciosy tak trafne i uniki czynil
                                            tak sprawne przed mieczem, ze kurazu zaczelo brakowac zoldakom.
                                            przeniesli oni wiec swoje zainteresowanie ne mego brata nie wiedzac co czynia.
                                            Fuar niczym koguar rzucil sie w ich kierunku ze zdwojona sila uderzajac,
                                            jednak wciaz z uwaga na zycie ludzkie, ktore jakby nie bylo, cennym jest nam
                                            zbyt bysmy mogli pozwolic sobie na jego odbieranie. Wrogowie okrazyli go
                                            pierscieniem myslac iz sposobem to bedzie na przelamanie jego obrony i
                                            zlamanie jego ducha walki. Nie wiedzieli jak on sila wlada. Pozwolil im
                                            wszystkim sie pochwycic, obwiesili go swymi cielskami niczem te ciemne,
                                            owlosione stworzenia, malpami zwane, ktore widzialem nie raz podczas podroz
                                            przez kontynent Afryka zwion, drzewo, chcac go z nog jego powalic
                                            glupcy!!!!..... ehh...

                                            dajcie trojniaczka bo jezyk cierpnie na sama mysl co sie pozniej stalo.....
                                            • greywanderers Widzę, że miód tu u was przedni 06.02.03, 09:44
                                              Bo brat mój dał się fantazji wodzom ponieść. Opisał to pieknie, ale tak po
                                              prostu, jakby nie patrząc, to łupnia tym osobnikom sprawilismy, a co było
                                              dalej, za kilka chwil opowiem, bo tak na głodnego, to ciężko się mówi, a mysli
                                              tymbardziej.
                                              • Gość: Ronja Z siana, bracia, z siana - do opowieści! IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.02.03, 09:55
                                                Miód pitny z naszego grodu najlepszy na świecie, albowiem pszczoły na
                                                najpiękniej pachnących kwiatach i najzieleńszych stokach wzgórz nektar mogą
                                                zbierać...
                                                Walka walką, ale co dalej? Że daliście im, bracia, łupnia, to się zorientowałam
                                                na samym początku; czekam natomiast z zapartym tchem, czy ten co go
                                                uratowaliście już umarł leząc pod płotem w ciągu tych ciężkich godzin alibo i
                                                dni walk, czy też wyjaśni, o co biega...:)))))
                                                • greywanderers Z siana powiadasz... 06.02.03, 11:03
                                                  No dobrze, ja Fuar pełem brzuch posiadam więc co dalej się stało opowiadam...

                                                  Miecze krzywdy wielkiej nam nie zrobiły, a my otrzepując sie z kurzu dwie
                                                  dziesiatki leżących na ziemi chłopa zobaczyliśmy. Cóżbyło robić, kilku na pewno
                                                  zaraz ocknąć się mogło, więc rannego pod ramiona wzięliśmy, a brat Bloc
                                                  wierzchowca za uzdę przyciagnął, który lekko spłoszony oddalił się nieznacznie.
                                                  Wsadzilismy więc nieprzytomnego na konia i ruszylismy pośpiesznie szukając
                                                  kryjówki nieopodal, by zbadać czy ów młodzieniec wyjść ze swych ran może.
                                                  Szliśmy tak z godzinę, bacząc czy dycha na koniu przewieszony, ale duch jego
                                                  silny nad podziw był, bo oddech nawet na chwilę nie przycichł, ani w
                                                  nieregularnośc nie popadł. To znak dobry był, a że medycyna nam nie obca więc
                                                  wiadomym dla nas było, że to kwestia czasu niedługiego, jak z nim pogawedkę
                                                  sobie urzadzimy, pytając czemu wdać się w tą awanturę musielismy.
                                                  Wreszcie po czasie jakimś grotę za dzrzewami ukrytą brat Shirragh znalazł, bo
                                                  na czele szedł lustując drogę przed nami.
                                                  NIe minęło minut dwa kwadranse jak ogień płonął, a my noc postanowilismy
                                                  przeczekać, bo zimno o tej porze roku juz było. Tam gdzie zmierzalismy z
                                                  zamiaru, przezimować mieliśmy i nauk kilka pobrać od brata naszego, który
                                                  zielarstwem się trudni i lasem opiekuje, ale brat bedzie poczekać musiał, bo
                                                  długa jeszcze droga przed nami a ten wypadek nas z pewnoscią na dni kilka miał
                                                  zatrzymać. Ale jednak na spotkanie z bratem Seansaoi as Coill, cieszylismy się
                                                  niezmiernie.
                                                  Radząc co robić dalej, brat Bloc zadecydował, a my z radoscią go poparliśmy, że
                                                  sprawdzenie wszystkich okoliczności, da nam lekcję i poznanie stosunków
                                                  międzyludzkich tutaj panujących.
                                                  Gawędząc tak, opatrzylismy rannego sporządzając miksturę z podrecznych zasobów,
                                                  powodującą ran zasklepienie i stwierdziliśmy, że on jednak bardziej umęczon był
                                                  niż ranny, a co do jego głowy, to krwią zalana była, ale krew ta z niegroźnej
                                                  rany pochodziła.

                                                  Oj, muszę przerwać, znów mi w gardle zaschło... A i fajkę mozna by zakurzyć.
                                                  • ziedrzec Re: Z siana powiadasz... 06.02.03, 14:09
                                                    Hej, karczmarzu, a przynieśże garniec Perły i wina Nadwiślańskiego stągiew dla
                                                    strudzonych gości naszych!
                                                    A tę golonkę, dwa tygodnie w ziołach marynowaną, do pieca czas wrzucać, by
                                                    łacno urychtowaną była, gdy naszym Szarym braciom kiszki grać poczną!

                                                    Wasze zdrowie, Szarzy Bracia!!!
                                                  • Gość: Ciupazka Re: Z siana powiadasz... IP: 212.182.27.* 06.02.03, 14:34
                                                    ziedrzec napisał:

                                                    > Hej, karczmarzu, a przynieśże garniec Perły i wina Nadwiślańskiego stągiew
                                                    dla
                                                    > strudzonych gości naszych!
                                                    > A tę golonkę, dwa tygodnie w ziołach marynowaną, do pieca czas wrzucać, by
                                                    > łacno urychtowaną była, gdy naszym Szarym braciom kiszki grać poczną!
                                                    >
                                                    > Wasze zdrowie, Szarzy Bracia!!!

                                                    A ty Ziedrzce myślisz, że naszych utrudzonych wędrówką długą braci jedną
                                                    goloneczką nakarmisz, tać im tylko smak zaostrzysz, rychtuje ja swińskie
                                                    ryje w kapuście po polsku, po których Wać Panowie i Panie oblizywać sie
                                                    przeto będziecie. Najlepsze takowe podają w Jeleśni , na któreć Wać Państwo
                                                    zapraszam , do tego beczułke piwa Żywiec ze szpuntem i garnce napełniać
                                                    będziecie . Po dobrym i obfitym posiłku harce możecie wyprawiać na Pilsku,
                                                    zjeżdzając na wiadomej części ciała do samej Jeleśni. Udanej wedrówki
                                                    życzę.Duch się uspokoi, a ciało nabierze wigoru, czego wszystkim zyczy jakże
                                                    utrudzona c......a
                                                  • greywanderers I wasze... 06.02.03, 14:49
                                                    Dobrzy ludzi z miasta Lublina, gdzie ja Fuar Callag cieszę się niezmiernie
                                                    goscina waszą. A w racając do opowieści...

                                                    Młodzienic ów ocknął się jakiś czas później, gdy my naszą naradę już
                                                    porzucilismy i do spraw uczonych przeszlismy.
                                                    - Gdzie ja jestem? I kim wy jesteście? - Zapytał podnosząc głową i patrząc na
                                                    nas odzianych wszarość braci. Jakże tajemniczy zapewne był to dla niego widok.
                                                    - Ocalilismy cie z rąk sigającego cie wojska. - Odpowiedział Shirragh podnosząc
                                                    się z ziemi. - Dobrze się czujesz przyjacielu, bo wygladem nie najlepsze dajesz
                                                    świadectwo?
                                                    Młodzieniec nim usiadł dotknął swej głowy w miejscu gdzie ranion został, a
                                                    teraz opatrunek tkwił.
                                                    - Jesteśmy braterstwem Szarych Wedrowców i stanelismy w twojej obronie nie
                                                    bacząc kogo ochraniamy. - Odezwał się Broc. - Ale czas bysmy się dowiedzieli.
                                                    Jakież intrygi sie kryją za tym, że ów oddział baczył na twoje życie.
                                                    - Na wstępie podziękować wam muszę, bo ocaliliscie nie tylko mnie, ale i ojca
                                                    mego, na krórego nastaje życie czyha niebezpieczeństwo, a przynajmniej w tej
                                                    chwili czychać przestało, skoro usiklisci Hurona, dowódcę oddziału.
                                                    - Oj młodzieńcze, nie zabijamy bez konieczności, a w tym wypadku konieczności
                                                    nie było, pewnie już do swojej kwatery powrócił. Ale niepokój w naszych sercach
                                                    zasiałeś tymi słowami, gdyż ojciec twój dalej w niebezpieczeństwie byc może,
                                                    opowiedz proszę co cie nęka, a obiecuję, że wesprzemy twe działania zarówno w
                                                    radzie jak i w czynie. Jak cię zwą?
                                                    Młodzieniec posmutniał tedy strasznie, jakby nadzieje tracą na ratunek. Ale nie
                                                    był człekiem pochopnym, więc spokojnie to przyjął, jakby nie widząc celu w
                                                    szybkim reagowaniu.
                                                    I tak siedząc i rozmawiając dowiedziliśmy się wszystkiego i działać
                                                    postanowilismy, wspierając Mertza, bo tak miał na imie syn własciciela ziem
                                                    tych, stawić czoło wyzwaniu, które los na nas zesłał.

                                                    No czas na łyczka, opowiadanie to cieżka praca, ale w takim towarzystwie czas
                                                    płynie szybko, rzekłbym za szybko. Więc czasem warto sie na chwile zatrzymać,
                                                    aby napięcie wzrosnąć mogło, a chwila trwała długo, dając roskosz naszym
                                                    umysłom i bytowaniu w nirwanie.
                                                  • greywanderers Opowieść ciągnąć pora 07.02.03, 10:30
                                                    Jam jest Broc as Lachduinn i powiem Wam, drodzy lubelscy mieszczanie, co się
                                                    później zdarzyć miało.
                                                    Późna noc już była, kiedy wraz z Mertzem wyruszyliśmy na zachód w kierunku
                                                    kasztelu ojca jego, wielce o los tegoż zaniepokojeni. Mertz i Shirragh Peccah
                                                    (któren spośród nas najlżejszym jest) dosiedli wierzchowca, co nam Szarym
                                                    Braciom, niezwykle rzadko i tylko w pilnych sprawach się przydarza i popędzili
                                                    w noc, a Fuar Callag i ja mieliśmy wyciągać nogi by dotrzeć na miejsce przed
                                                    świtem. Gościniec był pusty i niebo nad nami bezchmurne, więc idąc
                                                    wymienialiśmy uwagi o czekającym nas zadaniu. Niełatwym się ono rysowało, jako
                                                    że wróg potężny siłą i znaczeniem się być wydawał. Jednak jako żeśmy zawsze w
                                                    obronie słabszego i niesłusznie pokrzywdzonego stawać zwykli, tedy nie bacząc
                                                    na niebezpieczeństwo zdążaliśmy naprzciw naszemu przeznaczeniu.

                                                    Świtało już, kiedy gościniec do niewielkiego grodu nas doprowaził. W karczmie
                                                    na przedmurzu wciąż zabawa wesoła trwała, więc weszliśmy by nieco języka o
                                                    sytuacji lokalnej zasięgnąć i naprędce gardło nieco złocistym trunkiem
                                                    przepłukać.

                                                    Ech, i mnie drodzy Przyjaciele w gardzieli zaschło, nie macie tam jeszcze
                                                    kwaterki jakowejś?
                                                  • greywanderers Juz! Juz! opowiesc ciagnac racze 11.02.03, 02:59
                                                    Bannaghey Braaraghyn!

                                                    Coz widzac wasze jakze wielkie zniecierpliwienie brakiem ciagu dalszego
                                                    przygody naszej, juz do swej powinnosci zasiadam i wnet me slowa niech stana
                                                    przed wami jakoby zywymi obazami byly. Jeno niech jeszcze chwile skupie mysli
                                                    me w tym dzbanie co pelen jeszcze trojniaka stoi. Acz zwazcie czy tak lakiem
                                                    opatrzon powinien tak stac i czekac??? ehh...

                                                    Jakem Shirragh Peccah powiadam wam dzialo sie tak, wnet jak z mymi bracmi
                                                    zegnac skonczylem ruszylem u boku Mertza co kon wyskoczy na odsiecz, badz na
                                                    pohybel, bom nie wiedzial co czekac mnie bedzie. Mimo poznej pory noc ciepla
                                                    byla i konie nasze wnet okryly sie piana, bo o wytchnieniu dla nich mowy byc
                                                    nie moglo. Trakt byl rowny, szeroki, dobrze ubita ziemia dawala oznake juz
                                                    niejednego na swym karbie ciezaru noszon, wiec mimo mroku Mertz'owi latwym
                                                    bylo odnalezc szlak odpowiedni prowadzacy jak najrychlej ku domostwu jego i
                                                    rodziciela jego. Zaledwie zaczelo szarzec, a naszym oczom ukazal sie,
                                                    ogrodzony ostrokolem dom. Przypuszczalnie niegdys ostoja wilu gosci jak i rodu
                                                    Mertza, zawzdy nie moznym bylo podziwiac piekna domu gdyz zastalimy zgliszcza
                                                    same. Oznaki walki dawaly znac, iz sila ludu walczyla, a kurchany wielkie
                                                    utwierdily mnie w tym przekonaniu. Mertz spiesznie skoczyl z ledwo lapiacego
                                                    dech w pluca wierzchowca i doskoczyl do pala przy ostokole, na ktorym ,gdym
                                                    uwazniej sie przyjrzal dojrzalem, wiszaca postac powieszona za nogi w dol
                                                    glowa. Do rak ow czlowiek przywiazan mial glaz, o nie malej wartosci wagi
                                                    swej. Nieszczesnik pozostawion zostal na smierc w meczarniach. Co rychlej jam
                                                    takze doskoczyl do Mertza z pomoca mu idac gdyz z glazem niedawal rady sobie.
                                                    Nie pytajac podnioslem glaz przez co towarzysz moj mogl oswobodzic rece
                                                    wisielca. Odrzuciwszy glaz na bok, podtrzymujac bezwladnie zwisajace cialo
                                                    Mertz obcial postronek, ktorym ow nieszesnik mial zwiazane nogi. Gdysmy tylko
                                                    jego cialo zdarzyli polozyc, swist strzly przeszyl cisze nocna, wiec co
                                                    rychlej trzymajac pod rece wisielca pognalismy za sciane ostokolu, gdzie przed
                                                    strzalami ochonieni bylimy i moglismy przygotowac sie na blizsze spotkanie z
                                                    nieznajomym, miotajacym z luku w ciemnosciach. Nie dlugo zesmy czekac musieli,
                                                    po chwili, gdyz posyszlismy kroki skradajacego sie ku nam lucznika. Gdym tylko
                                                    ujrzal cien sylwetki jego wylaniajacy tuz obok skoczylem i obezwladnilem
                                                    nieznajomego. Mertz doskoczyl do mnie pomagajac mi petac przybysza co by mogl
                                                    nam wytlumaczyc ta jakze niepokojaca nas wielce obecna sytuacyje. Gdym tylko
                                                    przewrocli spetanego, jak szyneczka ktora z dzika juz nie jedna jadlem w
                                                    podrozy bedac ehh..., Mertz az podskorzyl wykrzykujac
                                                    - Hatrenz coz to?!to ty??
                                                    - Mertz!!! -wykrzyknal nieznajomy- Mertz!!! -powtorzyl usmiechajac sie z
                                                    grymasem ktory mu peta na twarzy nadaly- niestety spozniles sie nadeszli
                                                    wczoraj z wieczora, jam jedyny uciekl i zem kryl sie po lesie pilnujac tego co
                                                    zostalo przed lupiezcami, ktorzy jak hieny czychaja na latwa zdobycz. Alem ja
                                                    im nie dal widzisz tamtych -wskazal twarza w kieruku ciemnosci,ktora juz mimo
                                                    rychlo zblizajacego sie poranka jeszcze nie odchodzila- hehe zdziwli sie co
                                                    nie miara, hehe, alem ja ojca twego zem opuscic nie mogl. On chyba najwiecej
                                                    wycierpion jest z nas wszystkich, zdziw mnie wezmie jak jeszcze dychac moze -
                                                    mowiac to spojrzal na lezacego przy ostrokole wisialca- Mertz rozwiazac mnie
                                                    kaz swemu kompanowi, gdyz peta krew mi odbieraja z konczyn, nie karz cierpiec.
                                                    Mertz kiwnal glowa i zwolnilem strnoki z jego konczyn, choc do konca nieufnym
                                                    bylem, bo czemu sam nie uratowal ojca Mertza, lecz wnet mi dal on odpowiedz,
                                                    iz bal on sie, iz jezeli wojsko powrocic zechce to on sam ojca obronic nie
                                                    zdola jedno co mogl to wody podawal cierpiacemu, by ten jak najdluzej ducha
                                                    swego nosil w sym ciele.
                                                    Uporawszy sie z petami Hatrenza doskoczylismy do ciala lezacego. Przystawilem
                                                    lico do ust jego i czekalem na choc drobny dech, i jakiez szczesciem mi bylo
                                                    gdym poczul ow na swym poliku, a jeszcze wiekszym dla Mertza i jak sie pozniej
                                                    okazalo slugi jego Hatrenza.
                                                    wnet zabralem sie do przywracania ojca towarzysza mego swiatu zywych i tak oto
                                                    nad miseczka z zielami i tluczkiem warzac je na ogniu, ktory rozpalili na
                                                    predce syn i sluga nieprzytomnego spedzilem dnia reszte. Na szczescie oprocz
                                                    mych braci nikt inny nie odwiedzil tych stron, a warta ktora pelnili na zmiane
                                                    Mertz wraz z Hatrenzem okazala sie zbyteczna.

                                                    ehh, gdziez jest trojniak bo nie sposob jest inaczej opowiadac...
                                                  • greywanderers Ja cię zastąpie 11.02.03, 14:14
                                                    Brat Shirragh chrapaniem swym mnie zbudził z drzemki więc ciagnąć mogę opowieść
                                                    dalej, jeszcze tylko łyczek, gul, gul, eeeeeeeeee... Dobre piwo tu dajecie.

                                                    Długie opóźnienie mielismy, ja i brat Broc. Mrok zapadał szybko w tych
                                                    stronach, a podnóża gór dodatkowo ciemności światu nadawały. Gawędzić więc
                                                    zaczęlismy, aby pośpiech i niecierpliwość zniweczyć. Gdy rozmową się bowiem
                                                    człek zajmie, to mu czas od razu szybciej mija. I tekeśmy uczynili. Pierwszym
                                                    tematem do omówienia był prawa naszego udziału w aferze owej, trzeba było
                                                    rozwżyć argumetny ze stony za i strony przeciw. Jako, że równowaga byc powinna
                                                    zachowana, a argumentów tyleż samo było tych i tych, postanowilismy, że dalej
                                                    ścieżka tą podażymy. Jak nam życie i los każe, to nie należy zbaczać i naginać
                                                    ścieżki do potrzeb własnych. Wielkie konsekwencje ponieść można, gdy sprzeciwsz
                                                    się losowi. Wtedy Broc powiedział:
                                                    - Jakeśmy już w tej kabele utknęli, to dlaczego by naszych okolicznych braci
                                                    nie sciagnąć do pomocy. Seansaoi zna te okolice jak nikt inny przecież. Nasz
                                                    szary brat, Opiekunem Drzew zwany przyjdzie nam z pomocą bez słowa zapytania.
                                                    - Jest jeszcze ktoś, kto przecież zmierza w tym samym kierunku, w którym myśmy
                                                    zmierzali.
                                                    - Tak bracie Fuar, czas wezwać przyjaciół, po tym cośmy przeszli w dniu
                                                    poprzednim możemy się tego spodziewać z pewnością w dniach nastepnych. Nie
                                                    będzie to łatwa sprawa. Tym bardziej, że moje przeczucie podpowiada, że
                                                    niedługo juz ujrzymy to czego obaj się obawiamy. Owoc naszego miosierdzia,
                                                    naszych zasad. Tego, żeśmy oszczędzili tych zołnieży, nie chcą łamac zakazów
                                                    naszych. Teraz przyjdzie nam wybierać, czy słusznie postapilismy, czy niewiedza
                                                    nasza na ich temat nas usprawiedliwia?
                                                    Posmutniałem wyraźnie, a na moim licu chmurny nastrój zawitał. Nie byłem
                                                    szczęśliwy, też wiedziałem, że nasze zasady złamać bedziemy musieli, a skutki
                                                    dnia wczorajszego z wielka siłą odczujemy.
                                                    - Nie teraz o tym nam dykutować. Skontaktuj się z Seansaoi, a ja z naszą
                                                    siostrą Keshaghagh Eangach, która własnie teraz pewnie do niego zmierza. Nie
                                                    wiem tylko, czy zdążymy, nigdy nie wiemy przecież, jak oddaleni sa od nas nasi
                                                    bracia podczas nawiazywania komunikacji eterycznej.
                                                    Któż to wiedzieć może, gdzie przebywają, nasz sposób porozumiewania się nie
                                                    jest doskonały, choc udoskonalalismy go przez wieki. Umysł ludzki siłą jest
                                                    potężną, jednak do zbadania go jest nam jeszcze bardzo daleko. Nasi bracia
                                                    odebrac mogą sygnął jedynie i dowiedzieć się, że ktos potrzebuje pomocy. Mogą
                                                    poznać kierunek, w którym udać się muszą, jednak jak długo iść i dlaczego muszą
                                                    iść nie wiedzą. Ale na tyle intuicja w nas wypracowana została, że znaleźć się
                                                    potrafimy, zawsze zmierzamy w kierunku, w którym wzywający się znajduje, nawet
                                                    gdy on w ruchu jest, albo położenie swe zmienił od czasu sygnału wysłania.
                                                    Jakby niewidzialna nić między nami istniała. Niewidzialna siła, łącząca umysły
                                                    nasze.
                                                    - Bracie, zobacz. - Wywołał mnie Broc z letargu, zaraz po tym jak moja
                                                    podświadomośc wysłała impuls w świat, który miał odnaleź naszą siostrę.
                                                    Przed nami, za rzeką, gruzy ino zobaczyliśmy. Jakże wielka armia musiała tego
                                                    dokonać. Jaka niszczycielska siła pchała tych oprawców by zgładzic ten gród i
                                                    jego mieszkańców unicestwic. Ale o tym dowiedzić się mielismy za czas jakiś.

                                                    A tymczasem, czas na spożycie trunków... gul, gul, eeeeeeeeee...
                                                  • greywanderers Nie czas na opowieść radosną... 11.02.03, 23:26
                                                    Ja Keshaghagh Eangach przybyłam na Ziemie Wasze radosną opowieść snuć, lecz
                                                    widzę nie czas po temu...

                                                    Bracia Moi Zacni z mrocznych zakątków historyję naszą niedawną wydobyli. Jako,
                                                    że mężni są i waleczni, co trunkiem się złocistym wzmocniwszy, w słowach
                                                    poprzednich ukazać już zdążyli, tako też losy ich w wędrówce onej łatwymi nie
                                                    były a i wiatry przychylności omijały ich z daleka.
                                                    Wśród Braci naszej każdy wędrówkę żywota swego samotnie toczy, lecz raz
                                                    przyrzekłszy pomagać słabym, pokrzywdzonym i rannym, cel ten jako pierwszy nade
                                                    wszystko stawiamy i stawiać zawsze zamiarujemy. Takoż i ja posłyszawszy w
                                                    dalekich stronach moich o haniebnym występku Hurona i oddziału jego a także o
                                                    szlachetnym i zacnym czynie Trzech z naszych Braci, nie bacząc na dusze
                                                    strapione i udręczone myślami swymi zgubnymi i maści magicznych oraz eliksirów
                                                    tajemnych u mnie szukających, pośpieszyłam ku prawdziwie szukającym ukojenia w
                                                    cierpieniu i opieki potrzebującym duszom zranionym a takoż Braci moich zacnych
                                                    w wędrówce umocnić. Jako strażniczka umysłu światłego i serca czystego
                                                    zatrwożona lękami Braci, na trakt ich wędrówki pośpieszyć postanowiłam
                                                    niezwłocznie podówczas.
                                                    Zbudzona w nocy ciemnej nagłym i przenikającym ciało i myśli moje impulsem
                                                    pomknęłam swym rumakiem niczym po nici tajemnej, która zaprowadzić mnie miała
                                                    do Braci mych w rozterkach bolejących. Trwoga w sercu mym tym większą się
                                                    jawiła, iż wszelakie wątpliwości w walce zbrojnej zrodzone tym większe rany
                                                    duszy zadają. Nie wątpiąc w męstwo i siłę Braci mych zacnych, swą troską
                                                    otoczyć chciałam ocalałych ale zagubionych i po krainie tej mrocznej
                                                    rozproszonych mieszkańców grodu Mertza i ojca jego. Z siłą niewidzialną gnając
                                                    pod wiatr, w blasku gwiazd nocy tej bezchmurnej ku Braciom moim zmierzałam.
                                                    O świcie konia u wodopoju zatrzymałam a i ja strudzona wielce wędrówką
                                                    odpoczynku chwilę zyskałam...
                                                    To, co ukazać się miało oczom moim za kilka staj drogi, obwieszczała jedynie
                                                    szara łuna dymu w oddali i złowroga, drażniąca nozdrza rumaka woń spalenizny.
                                                    Widok ten smutny już bliższym mi się stawał, gdy nagle ujrzałam zza drzew
                                                    wychodzących Braci Fuara Callaga i Broca as Lachduinn. Zmartwienie i trud
                                                    wielki w ich spojrzeniu przeniknęły do bólu me serce niewieście, czułe i
                                                    wrażliwe na cierpienie współtowarzyszy...
                                                    Lecz jeszcze promyki słońca dobrą nadzieję wywróżyć nam miały, czego jednakże
                                                    Bracia moi walką minioną i niedawną wciąż zasmuceni, widzieć nie mogli.
                                                    Wkrótce też ujrzałam w oddali innego Brata mego zacnego i dzielnie swą służbę
                                                    pełniącego, którego imię głośnym echem w krainie mej się niesie. Był to
                                                    Shirragh Peccah, który wraz z Mertzem, ojcem Mertza i sługą ich wiernym
                                                    Hatrenzem przy ogniu rozważali w cichej rozmowie minione dni...

                                                    Tak też rozpocząć się miała od tej chwili dalsza wędrówka nasza wspólna. Lecz
                                                    wszyscy z niepokojem oczekiwaliśmy jeszcze Brata Seansaoi as Coill, który nie
                                                    tylko Drzew Opiekunem jest wielkim, ale jak później historyja nasza pokaże
                                                    niezwykłe rzeczy czynić potrafi.


                                                    -Utrudzona wspomnieniami, które jako żywe powróciły i wędrówką długą w zakątek
                                                    ten wielce gościnny Krainy Waszej na spoczynek zasłużony się udaję. A że
                                                    karczmę przytulną widzę na dróg rozstaju, tam zapewne kielich miodu delikatnego
                                                    wzmocni mnie... by dalsze koleje opowieści naszej snuć.
                                                  • greywanderers Czas na spójność 12.02.03, 15:44
                                                    Oj siostra moja pieknie swoją wydarzeń wersję opisała, ale tak się nam to
                                                    pogmatwało, że sprostować tą opowieść troszke trzeba.

                                                    Wedrując z bratem Brockiem, siostrę naszą ujrzelismy w moment po wysłaniu
                                                    impulsu, a czemu się tak stało, tegoz opacznośc wyżasza wyjaśnić nie zdoła.
                                                    Musiała byc blisko, a nawet bardzo blisko, gdy przygody początek naszej nastał,
                                                    ale nigdybysmy nie spodziewali sie tak rychło ja ujrzeć.
                                                    - Witajcie. - Zakrzyknęła Keshaghagh z konia zsiadając. A my stalismy i
                                                    patrzylismy jak na zjawę, mysląc, że jej magia pozwala się z miejsca na miejsce
                                                    przenosić.
                                                    - Skążeś się tu wzięła? Choc nie powiem, żem nie zdziwiony, to powiem, że miło
                                                    cie widzieć. - Zakrzyknął Broc, nie wiedząc czy bardziej się zdziwił czy
                                                    ucieszył.
                                                    - Oj bracia moi drodzy, niedoceniacie potęgi kobiecej intuicji. Ja już od
                                                    wczoraj wiem co się zdarzyło i wam i ludziom z tego grodu spalonego. A
                                                    skojarzenia to domena mojego umysłu przecież. - Jej usmiech był niczym zwiastun
                                                    świtu, nadzieji na lepsze jutro. - A gnałam niczym wicher przez trakt do grodu
                                                    prowadzący, gdy już widząc dym z oddali wołanie twe bracie Fuarze odebrałam.
                                                    Mam nadzieję, że brat Seasaoi też do nas dołączy, bo z tego co po drodze
                                                    słyszałam, ciężka nas bedzie czekała wyprawa. - Brock kiwnął potwierdzająco
                                                    głową.
                                                    Usmiechnąłem się tylko pod nosem, wspominając stare sprawy, jak to
                                                    niedocenialismy naszej siostry, gdy ona nam wędrówki kierunek wskazywała,
                                                    kierując się przeczuciami i snami, które nawiedzały ją nader często, ale zawsze
                                                    z tego co mnie pamięć nie myli, pomagały nam w opresjach.
                                                    - Czy sny dalej mówią przez ciebie? - Zapytałem.
                                                    Keshaghagh podeszła i wzieła mnie za rekę.
                                                    - Poczuj. - Szepnęła i na chwilę znalazłem się w miejsu, którego nie znałem,
                                                    widok był straszny, ale dziwne uczucie nadchodzącej nadziei jednocześnie mnie
                                                    ogarnęło.
                                                    Nagle Broc zerwał tą wizję ociągając Keshaghagh ode mnie. Znów byłem na swoim
                                                    miejscu. Nie lubił gdy to robiła, karcił ją za to, ale tym razem tylko
                                                    powiedział.
                                                    - Nie chcemy znać wizji twoich, wiemy, że dla ciebie są ciężarem, ale nas
                                                    mogłyby zbytnio przytłoczyć. Musimy ruszać. Brat Shirragh nam o wszystki
                                                    opowie. Teraz jedyna sprawą, którą trzeba omówic jest to jak daleko posunąć się
                                                    możemy, by w słusznej sprawie niszczyć.
                                                    Nikt z nas nie powiedział ani słowa wiecej. Keshaghagh wzięła konie masci siwej
                                                    za uzdę i poszliśmy w kierunku trzech postaci stojących na tle wschodzącego
                                                    własnie słońca. Dwie zniech znalismy, trzeciej nie, a o istnieniu czwartej
                                                    dowiedzieliśmy się kilkanascie minut później.

                                                    Ja już chyba sobie odpocznę. I przekąsze co nieco, bo obiadu późna pora się
                                                    zbliża.
                                                  • greywanderers Powróciłem, siadam i opowiadam 19.02.03, 12:14
                                                    W centrum kraju waszego przez chwilę bywałem, i tam swój slad jako Fuar Callag
                                                    zostawiłem. A tu czas powrócic do opowieści, moi bracia chyba się rozpierzchli,
                                                    ale odebrałem sygnał z oddali, że nasza siostra, które nam widziec dane nie
                                                    było lat wiele, Laair Gyn Streeaney nawiedziła ta strony. Jej opowieści sa
                                                    dopiero nieamowite. Przyjdzie czas, że na pewno się tu pojawi. A tymczasem
                                                    łyknę sobie z lekka i juz opowieść snuję dalej.

                                                    Zaraz po tym jak w trójke ruszylismy w strone zgliszcz przypomniało mi się, że
                                                    jeszcze jedna z sióstr naszych, Laair Gyn Streeaney znajdowała się w pewnym
                                                    miejscu, o którym wiedziałem tylko ja, a na samą mysl o tym miejscu smiać mi
                                                    sie chciało, więc parsknąłem cicho. Brock i Keshagagh popatrzyli na mnie, ale
                                                    tylko siostra moja się do mnie usmiechnęła, jakby w myslach moich czytała. Na
                                                    razie postanowiłem przemilczeć ta kwestię i braci swoich nie powiadamiać. Nie
                                                    wiadomo w jakim stanie się nasza towarzyszka teraz znajdowała, a wiadomym mi
                                                    było, że balowała z przyjaciółmi spoza bractwa. Balowała tak jak nikt inny nie
                                                    potrafił i niewielu chłopa jej równych było pod wzgledem zabawy. Nie mniej
                                                    jednak, potrzebna być mogła, by pomóc naw w starciu z siłą, której jeszcze nie
                                                    znalismy.
                                                    - Braciaaa! - Nagle okrzyk radości do naszych uszu doleciał. To Shirragh
                                                    krzyczał z oddali, ale krzyk jego też pomocy się dopominał. Czym prędzej kroku
                                                    przyspieszylismy, a Keshaghagh popędziła wierzchem niczym ptak najszybszy. Ona
                                                    bowiem, prócz swych wizji, dar jeszcze jeden posiadała w sobie. Sztukę leczenia
                                                    opanowała do perfekcji prawie, a i potrafiła bez medykamentów na nogi rannych
                                                    stawiać. Gdy dobieglismy do pogorzeliska, gdzie ni jeden dom sie nie ostał,
                                                    jeno kamień na kamieniu i krwi jezioro spopielonej, klęczała nad człowiekiem,
                                                    który oczami mrugał i z bólu twarz miał wykrzywioną.
                                                    - Shirragh, bracie, co tu zaszło?
                                                    - Niestety za późno przybylismy, wszystko w ruinę zamieniono. To nasza wina, że
                                                    przy zyciu oprawców tych zostawiliśmy i nie zamiaruję więcej tegoż błędu
                                                    popełnić.
                                                    Połozyłem mu ręke na ramieniu i pokiwałem głową na znak poparcie.
                                                    - Widziałeś kogo wiatry przygnały? - Zapytałem wskazując na naszą siostrę
                                                    nachyloną nad rannym. Przytaknął głową, usmiechając się, jakby wstapiła w niego
                                                    iskra radości. - A komże są ci dwoje tutaj?
                                                    - To jest Hartenz, sługa Mertza, a to ojciec, ten, który przed spiskiem nie
                                                    został ostrzeżony i który na katusze przed śmiercią skazan, wisząc głową w dół,
                                                    w ostatniej chwili przez nas uratowany został.
                                                    Pokiwałem głową, popatrzyłem na Brocka. Był strasznie poważny. Nie odzywał się
                                                    tylko myslał. Widać było, że walka wewnętrzna w nim się straszliwa toczy. Trwał
                                                    tak przez chwil kilka. Jakby czas się w miejscu zatrzymał, a my wraz znim.
                                                    Wreszcie przemówił:
                                                    - Niestety los zgotował na taką niespodziankę, a my musimy losu słuchać.
                                                    Hartenzie, pozostaniesz z rannym, uprzednio od siostry naszej istukcje opieki
                                                    otrzymawszy i zabierzesz rannego w miejsce, gdzie bezpieczny będzie. Znasz
                                                    takowe? - Młodzieniec skinął głową. - Dobrze, a my i ty Mertzu z nami, w dalszą
                                                    droge ruszymy. Konie zostawimy, przydadzą się tym dwojgu biedakom, których kto
                                                    zaskoczyć gdzieś po drodze może. Ty Mertzie wkarzesz, gdzie udać sie powinnismy.
                                                    I tyle powiedział. Nie mineły dwa kwadranse, jak osłabiony upadły władca konia
                                                    dosiadł i w towarzystwie Hartenza odjechał, zamieniwszy z synem słów kilka.
                                                    Nie czekalismy długo. Ruszylismy w momencie, jak jeźdzcy znikneli za lasem.
                                                    Pozostawilismy za soba zgliszcza nie grzebiąc zmarłych. Sensu i czasu nie było.
                                                    Sensu bo wszystko spopielone, a czasu bo na spotkanie z przeznaczeniem śpieszyć
                                                    się musielismi. Czworo odzianych w szarość i młodzieniec w czerni. Już niedługo
                                                    miało byc nas piecioro, a później sześcioro, tylko, że nikt poza mną o tym nie
                                                    wiedział, a Keshaghagh milczała, więc tylko przypuszczać mogłem, że wiedziała
                                                    co zrobiłem.

                                                    A teraz sobie zjem coś i fajkę przypalę...
                                                  • greywanderers No, proszę kogo moje oczy widzą w tej karczmie?:) 20.02.03, 16:13
                                                    Hmmmmmmmmm, wiem, wiem, drogi bracie Fuar Callag, skąd ta szlachetna
                                                    ironija w Twych słowach... I z opuszczoną głową przyjmuję portret mój przez Twą
                                                    osobę zarysowany...;) Nie będę musiała przynajmniej sama w oględnych słowach
                                                    miłym słuchaczom ucztującym z nami przy jednej ławie ostatnich miesięcy mojego
                                                    żywota w bawełnę owijać...;) Ale to parskanie to sobie zapamiętam, Braciszku!:)
                                                    Wiem, wiem, ja, Laair Gyn Streaney, jeden z Szarych Wędrowców tajemnej a
                                                    miłosierdzie lubiącej kompaniji, opuściłam Wasze towarzystwo równo rok temu i
                                                    mimo próśb Waszych usilnych, odłączyłam się od Was i ruszyłam na spotkanie swej
                                                    przeszłości – kamratów, wśród których młodość ma upłynęła, zanim, Szarzy
                                                    Wędrowcy, przygarnęliście mnie do swego grona, duszę mą zbłąkaną z piekieł
                                                    niemal wydzierając i wlewając weń samą dobroć i maleńki skrawek Waszej wielkiej
                                                    mądrości... Serce rwało mi się w piersi ku Wam, gdy Was opuszczałam, ale ten
                                                    głos dziko wyjący w duszy, by korzeni swych poszukać, był silniejszy i ku niemu
                                                    swe oczy kierowałam... Lecz szczerze się przyznaję, noc w noc łzy za Wami
                                                    roniłam... Współbiesiadnicy mogą poświadczyć...:)
                                                    Przygód niemało przez ten rok przeżyłam, wiele się miodu z antałów
                                                    przelało, gdy przeszłość ma, w postaci kilku miłych mym wspomnieniom niewiast i
                                                    mężów przed me oczy raczyła się stawić... I wbrew opiniom i pogłoskom nie tylko
                                                    winom i miodom a nocom nieprzespanym poświęciłam ten czas... Choć niewątpliwie
                                                    zamczysko grafa Purpaidh Screodantoradh powinno być szeroko sławione z racji na
                                                    niezwykły korzenny aromat trunków tam pijanych:)))) Wplątałam się również w
                                                    historyję ponurą i mroczną obecnością dzikiej bestii i jego ułomnego
                                                    właściciela naznaczoną. Dziś jeszcze drżę, gdy sobie przypomnę ten ciemny wąwóz
                                                    o nowiu, gdy w mroku nagle ślepia bestii zabłysły i wizg okrutny dało się
                                                    słyszeć...

                                                    Ale nie o tym gadać miałam, tyle że jedną z moich głównych wad grzech
                                                    gadulstwa jest, ale łacno można mu zaradzić, pyszne miody podając w ilościach
                                                    skłaniających raczej człowieka pod ławę niż ku słowotokom...)
                                                  • greywanderers Dość zbędnych słów! 20.02.03, 16:23
                                                    Przysiadam się więc, ja, Laair Gyn Streaney, jeden z Szarych Wędrowców,
                                                    ludzi żyjących w ciszy (generalnie, bo wyrodne wyjątki się zdarzają...) i
                                                    zapomnieniu a w potrzebie i niebezpieczeństwie na miejscu się stawiających w
                                                    cieniu szarych płaszczy twarze skrywając i bez słów porozumienia niepotrzebnych
                                                    dobroć i sprawiedliwość zaprowadzających, ja, Laair Gyn Streaney, siostrze
                                                    swej, Keshaghagh Eangach, w mądrości łagodnej i biegłości słowa pisanego
                                                    ustępująca, a braciom we wstrzemięźliwości roztropnej wszelakiej też...
                                                    - Auuu, kto mnie pod stołem kopnął? Dobra, dobra, uśmiechnę się jeszcze
                                                    czarująco do mieszkańców Lublina, którzy z nami zasiedli i przyłączam się do
                                                    opowieści tamtych ponurych jesiennych miesięcy, gdy krwawe łuny nieszczęścia
                                                    nader często przepowiadały a lelki kozodoje śmierć niewinnym wróżyły...
                                                  • greywanderers Zaczynam, bo mnie stąd jeszcze wyrzucą:) 20.02.03, 17:05
                                                    W czas ów nieszczęsny, gdy Bracia moi i Siostra opuszczali spopielone
                                                    miasto zagładą dotknięte wysławszy wprzód rannego ze sługą w bezpieczne
                                                    miejsce, wracałam już ze spotkania z moją przeszłością. Dzikie wycie w duszy
                                                    umilkło zaspokojone, „przeszłość” rozjaśniła mi (wbrew pozorom...) umysł, więc
                                                    nie pozostało mi nic innego, jak zadość uczynić swej tęsknocie za Braćmi mymi i
                                                    Siostrą Szarością okrytymi ruszając z dalekich krain ku nim. Jakkolwiek z lekka
                                                    już zatracona (od nieużywania zapewne...) ma zdolność myślami odbierania
                                                    wzburzeń i niepokojów Siostry mej i Braci nie byłaby skłonna ku zarejestrowaniu
                                                    dalekiego eterycznego przesłania, to jednak sercem swym lekką acz męczącą
                                                    boleść odczuwałam i tym bólem się kierując na pomoc Wam bieżyłam ukoić przy tym
                                                    tę okrutną tęsknotę pełna nadziei. Prowadziłam przy tym za sobą gniadego
                                                    rumaka, którego kulbakę obciążyłam bagażem, by nie spowalniał mych kroków i by
                                                    równiny bezkresne pokonywać cwałem. Tak tygodniami przemierzając całe połacie
                                                    ziem, dotarłam w końcu do krainy, w której Wy wówczas, Siostro i Bracie
                                                    bawiliście, że użyję tego eufemizmu...

                                                    Surowa to i górzysta była kraina, przeorana wąwozami, nastroszona nagimi
                                                    skałami chylącymi się nad małymi spłachetkami równin i samotnymi, wielkimi,
                                                    poskręcanymi starością drzewami osłaniającymi wbijające się w lessy drogi.
                                                    Dzień wstał już dawno, lecz mroczno było, bo niskie chmury ocierały się o
                                                    najwyższe gałęzie drzew grożąc dżdżem, a ptactwo wszelakie umilkło spłoszone
                                                    ciężką mgłą spowijającą wszystko.

                                                    Szłam tak okryta mokrym od mgły płaszczem, a obok mnie szedł zagłębiając
                                                    się w miękką nasiąkniętą deszczem ziemię mój koń, gdy na rozstajach wrytych w
                                                    wąwozy usłyszałam głosy zbliżające się ku mnie. Zadrżałam w płochliwym
                                                    zastanowieniu, czy zdołam przed nadejściem tych kilku ludzi pomóc koniowi
                                                    podejść pod ścianę wąwozu, by tam ukryć się w mokrym listowiu. Lecz nagle zdało
                                                    mi się, że poznaję te głosy, że to do nich szłam tak przez wiele mil i do nich
                                                    tak gnałam konia cwałem przez stepy i prerie. Radość zdołałam powstrzymać
                                                    jedynie do chwili, gdy szare postaci wyłoniły się zza zakrętu, potem odrzuciłam
                                                    kaptur z włosów i otwarłam ramiona ich powitanie. Chwil ładnych trochę trwało
                                                    to powitanie z Siostra moją z dawien dawna nie widzianą i Braćmi (muszę
                                                    przyznać, że poskromili swe uwagi na temat mojego opuszczenia ich i na temat
                                                    tego, co pewnie porabiałam przez ten rok...:), lecz później mój wzrok
                                                    przyciągnął młodzieniec w czerń okryty stojący dotąd z boku.

                                                    - Proszę, proszę, jakiś nowy braciszek? – zażartowałam uśmiechem jednak witając
                                                    się z młodzieńcem.
                                                    - Widzisz, Laair, to dłuższa historia. To Mertz, syn właściciela tych ziem,
                                                    potrzebuje naszej pomocy. – wtrącił Sharrigh delikatnie wskazując skrwawioną
                                                    tkaninę owiniętą wokół głowy skrytej czarnym kapturem – Złe nastały czasy dla
                                                    tej krainy i my, Szarzy Wędrowcy, musieliśmy mieczy dobyć w jej obronie, lecz
                                                    rzecz okazała się trudniejsza i postanowiliśmy porzucić obraną drogę, by
                                                    uczynić zadość sprawiedliwości.
                                                    - Ruszajmy tymczasem w drogę – powiedziała z łagodną perswazją Keshaghagh – po
                                                    drodze opowiemy naszej siostrze, co na razie postanowiliśmy począć i nad czym
                                                    dalej musimy myśleć.

                                                    Ruszyliśmy tedy w sześcioro drogą, która mi wskazali, lecz mimo zmęczenia i
                                                    emocji, które dane im było przeżyć opowiedzieli mi straszną historię potyczki z
                                                    dwoma dziesiątkami okrutników, miasta płynącego krwią i ojca Mertza wiszącego z
                                                    głazem głową w dół. Zatrzęsło mnie na te słowy z lęku przed okrucieństwem, z
                                                    jakim przyszło tym ludziom się zetknąć.
                                                    - Straszną historię opowiedzieliście mi, Bracia i Ty, Keshaghagh. Nie można
                                                    obok niej przejść obojętnym. Lecz jak chcecie pokonać to Zło? Dokąd zmierzamy?
                                                    - Mertz nie chciał dopuścić, byśmy samoczwór stanęli naprzeciw tej
                                                    przerażającej sile, która uparła się zniszczyć te ziemie i pomordować ich
                                                    mieszkańców i nalega, byśmy udali się z nim do sąsiedniego grodu prosić o
                                                    pomoc. – odparł Fuar Callag. – Lecz niebezpieczna to misja i wątpliwa w
                                                    rezultacie, gdyż dziwni mieszkańcy ten gród zamieszkują, acz waleczni i
                                                    posiadający liczne oddziały, lecz nigdy sprzymierzać się nie chcieli i wręcz
                                                    pogardzali grodem Mertza, choć gwałtu mu nie zadawali...
                                                  • greywanderers Re: Zaczynam, bo mnie stąd jeszcze wyrzucą:) 20.02.03, 17:06
                                                    Uffff, piffffa!:)))) Idę na pifffffo, gardło zeschnięte od opowieści ukoić...
                                                    Czołem, Siostrzyczki i Braciszkowie!:)))
                                                  • greywanderers Łowy na grubego zwierza... 20.02.03, 23:57
                                                    Witaj Siostro moja droga, Laair Gyn Streaney. Dawnośmy się nie widziały, wiele
                                                    mamy sobie do opowiedzenia zapewne, jednak spotkania nasze zawsze wspomnienia
                                                    bolesne rodzić będą i muszą przypominać historię, którą razem przeżyłyśmy, wraz
                                                    i z Braćmi naszymi Szarymi.
                                                    Ach moi mili słuchacze. Długo mnie tu nie było, bo też ważne sprawy zatrzymały
                                                    mnie w podróży. Ale jakem obiecała, do powieści naszej powracam...

                                                    Posiliłam się z lekka, jak niewiaście przystoi, popiwszy najdelikatniejszego
                                                    miodu, jakie kiedykolwiek usta me pić okazję miały, więc teraz opowiadam...

                                                    Dziś będzie o kolejnych przygodach w naszej wędrówce... jako, że ustaliliśmy
                                                    po długich rozmowach i rozmyślaniach udać się w dalszą drogę, by w krainach
                                                    sąsiednich szukać wsparcia życzliwych i walecznych mieszkańców owej ziemi, tak
                                                    niesprawiedliwie nękanej okrutnymi najazdami złoczyńców i mękami. Za radą
                                                    Mertza i Brata Fuara Callaga postanowiliśmy jednak podwoić nasze siły, poprzez
                                                    podział. Brzmi to nader tajemniczo, ale śpieszę wyjaśnić szybko i klarownie,
                                                    tak klarownie, jak miód płynący w przydrożnych karczmach krainy Waszej. Ja
                                                    Keshaghagh Eangach wraz z Mertzem i Bratem Schirraghiem Peccah udaliśmy się w
                                                    kierunku grodu bliższego, a po drodze tez zwiady jakowe poczynić, pozostała
                                                    trójka zaś, Siostra Laair Gyn Streaney , Fuar Callag oraz Broc as Lachduinn
                                                    udała się do grodu dalej położonego, bowiem dryżyna ta wytrawniejsza w długich
                                                    wędrówkach była a i sprawy swoje prywatne do omówienia między sobą miała.
                                                    Przygody ich niezwykłe musiały być, ale o tym sami oni niech opowiedzą.
                                                    Ja zaś naszą wędrówkę powspominam. Gród, do którego zmierzaliśmy był oddalony o
                                                    pięć dni drogi. Już pierwszego dnia jednak odczuliśmy zmęczenie wydarzeniami
                                                    dni minionych, więc na leśnej polanie zdecydowaliśmy odpocząć i wzmocnić się
                                                    strawą. Tu jednak pojawił się problem i to nie byle jaki. Już ogień buchał z
                                                    ogniska, woda bulgotała w kociołku, a ciągle nie było co do niego dorzucić.
                                                    Zapasy nasze skromne skończyły się już dawno, a o nowych nie było sposobności
                                                    pomyśleć. Cóż było robić. Ja niewiasta, nie władająca bronią, Mertz osłabiony,
                                                    jedynym więc, który mógł nas ocalić był nasz Brat Shirragh Peccah. Wiedział on
                                                    o tym doskonale, więc też bez słowa i z dumnym spojrzeniem ruszył do lasu. My
                                                    tymczasem z Mertzem udaliśmy się jego śladami, bynajmniej nie po to by płoszyć
                                                    zwierzynę, ale by z niespodziewanej opresji Brata ratować.
                                                    Oto jaki polowanie owo przebieg miało... Shirragh Peccah umyślił zwierza
                                                    grubego złowić, mając na uwadze dalszą naszą wędrówkę i potrzeby. A że kraina
                                                    ta ze zwierza łownego słynęła, nie przyszło mu czekać długo. Naraz wychylił się
                                                    zza gęstwiny drzew byk rogaty i ogromny. W tym też momencie zaczaił się
                                                    Shirragh Peccah z bronią sobie tylko znaną w rodzaju i obsłudze i ... jak się
                                                    nie zamachnie, jak nie grzmotnie, jak nie świstnie – zafurczało, zakotłowało
                                                    się, zakłębiło... aż w tumanie kurzu i liści trudno było cokolwiek ujrzeć. Ja
                                                    i Mertz z bezpiecznej odległości obserwowaliśmy całe zdarzenie, jednak
                                                    szczegóły jakoweś trudno było rozpoznać. Trwało to chwilę krótką lecz odgłosy
                                                    tej walki niosły się po lesie szerokim i głębokim echem. Z trwogą ale też i
                                                    niecierpliwością oczekiwaliśmy łupu, o czym coraz głośniej donosiły też nasze
                                                    żołądki...
                                                    Nagle nastała cisza, jakby makiem zasiał, lekkim tylko gałęzi trzaskaniem
                                                    zmącona. W tej to chwili ukazał się nam Brat nasz Shirragh Peccah,
                                                    biedaczyna.... w koszulinie podartej, z włosami zmierzwionymi, umorusany w
                                                    błocie. Mina jego mówiła wszystko, więc bez słów powróciliśmy razem do
                                                    paleniska.

                                                    Tego wieczoru zadowolić musieliśmy swoje podniebienia suszonymi jagodami i
                                                    malinami. Ale jak sie później okazało Brat nasz niestrudzony miał jednak dla
                                                    nas niespodziankę. O tym jednak opowiemy następnym razem, Przyjaciele... bo jak
                                                    wiecie wędrówka nasza trwać miała dni kilka, nim do celu przybyliśmy.

                                                    Tymczasem pora na jadło i spoczynek nastała.
                                                    Bywajcie w zdrowi i pomyślności!
                                                  • greywanderers przedziwne wyznanie 28.02.03, 08:08
                                                    Siostra moja i Bracia moi świętują ostatnio widzę.
                                                    Ja jednak opowieść naszą snuć będę dalej... bo wierzę, że słuchaczy wiernych tu
                                                    niemało.

                                                    Po lekkiej ale smakowitej kolacji owego pamiętnego dnia sny mieliśmy sielskie i
                                                    anielskie. Do tego radość naszą wzmogła wiadomość i niespodzianka Brata
                                                    Shirragha Peccah, który upolował jak się okazało zwierza, ale nieco
                                                    drobniejszego niż zamierzał. W całej tej kotłowaninie zdołał wypatrzeć inny
                                                    smakowity bardzo kąsek, a mianowicie zajączka.... i oto w dalszą wędrówkę
                                                    wyruszyliśmy z dobrymi humorami i zapasami.
                                                    Niestety zaledwie kilka staj drogi uszliśmy, a nagle Shirragh Peccah zachwiał
                                                    się i upadł. Myśleliśmy, że to tylko lekkie potknięcie, ale okazało się że to
                                                    dawna rana, zadana w boju a naruszona podczas walki ze zwierzam, zaczęła
                                                    krwawić. Nie było innej rady, jak przerwać wędrówkę i opatrzyć ją.
                                                    Równocześnie wysłałam też Mertza, w poszukiwaniu leczniczego ziela, a jako że
                                                    były to jego ziemie, znał on leśne zakamarki i ostępy i większe miał ku temu
                                                    sposobności w jego odnalezieniu. Ja pozostałam natomiast i czuwałam nad Bratem
                                                    naszym zranionym. Zatrzymaliśmy się w leśnym szałasie. Nieoczekiwanie
                                                    wystąpiły mu na czoło krople potu, drżeć zaczęło jego ciało... Przerażona
                                                    okryłam go swoim płaszczem, lecz on wyciągnął ręce w geście, wskazującym, bym
                                                    przysunęła się bliżej. Schyliłam się więc ku niemu i nadstawiłam ucha, gdyż
                                                    dosłyszałam zaledwie jego ciche słowa. A słów takich z ust jego, ani innych
                                                    Braci nigdy nie słyszałam. Mówił do mnie bowiem Shirragh Peccah tymi słowy:
                                                    - Najdroższa Keshaghagh Eangach, ty jesteś najcudniejsza i najmilejsza spośród
                                                    żywych istot, jakie znam, nie tylko w tej ale we wszystkich krainach, gdzie
                                                    dane mi było wędrować...
                                                    Zmieszałam się na te słowa, lekko zaczerwieniłam, ale słuchałam dalej.
                                                    Zrzuciłam to też na karb gorączki i wycieńczenia, jednak mile połechtało to
                                                    moje niewieście serce.
                                                    Shirragh Peccah mówił jednak dalej...
                                                    - Gdyby nie przyrzeczenia, którem składał zabrałbym Cię najdroższa do krainy
                                                    najpiękniejszej, ale i tak w urodzie tobie miejsca ustępującej. Zabrałabym Cię
                                                    tam i mówił takie słowa całe dnie...
                                                    Nagle westchnął, przymknął oczy i zasnął snem lekkim ale niepełnym, gdyż
                                                    przebudzał się co chwilę i ciężko wzdychał. Posmutniałam, gdyż wyznanie jego
                                                    tak piękne i szczere zdawać by się mogło prawdziwe, z innej zaś strony mogło
                                                    być przecież jedynie majaczeniem. Kto jednak miał zagadkę tę rozstrzygnąć?
                                                    Ja, samotna wędrowniczka, lecząca ludzkie ciała i dusze nie znałam wówczas
                                                    jeszcze odpowiedzi.... i rozważałam tylko to com usłyszała. Ale jak potem
                                                    opowieść pokaże zapowiadała ona burzliwe i piękne przygody.
                                                    Brat Shirragh Peccah ozdrowiał po dwóch dniach na tyle, że mogliśmy ruszyć
                                                    dalej. Był jednak nadal osłabiony. Wówczas tez nie wróciliśmy do owego
                                                    wyznania, bo też okoliczności były nie po temu. Mertz w tym czasie uzupełnił
                                                    jeszcze nasze zapasy i tak pełni nadziei wróciliśmy na trakt, wiodący nas do
                                                    grodu. Szliśmy, by szukać tam rady i wsparcia dla pokrzywdzonych ludzi taj
                                                    krainy.
                                                    Ja szłam jednak z jeszcze jedną nadzieją, której powodzenie nie zależeć miało
                                                    tylko ode mnie.
                                                  • greywanderers Jak pogodzic czas... 28.02.03, 09:56
                                                    Tyleż wersji co Wędrowców Szarych. Każdy chce przygodę naszą na własna nutę
                                                    opowiedzieć, i to jest dobra, a mówię to ja, Fuar Callag.

                                                    Dwie doby wędrowalismy we troje, Laair, Broc i ja, nie wiedzielismy wtedy
                                                    jeszcze, że Shirragh ranion został, a brat Seansaoi płynie posród sztormów na
                                                    spotkanie z nami, jednak z nim spotkać się mielismy dopiero za czas jakiś. A
                                                    dokładnie za dni pięć. W czasie gdy Keshaghagh wraz Mertzem wspomagali
                                                    osłanionego Barta i lada chwila dotrzeć mieli do siedziby jednego z władców
                                                    ziemskich, by o pomoc prosić, my na horyzoncie jakieś zabudowania dojrzelismy.
                                                    Wiedzieliśmy, że spotkanie z wrogiem tutaj nas czeka, to też przystanelismy by
                                                    plan działania obmyslić. Chociaż plan mógł byc tylko jeden.
                                                    - W Tobie nadzieja Siostro, bo o Tobie wieść na pewno się nie rozeszła. Chociaż
                                                    przeciwny byłem twojej obecności tutaj... - Broc zatrzymał się na chwile, widać
                                                    było, że przez gardło słowa mu przejśc nie chcą. - To jednak tobie zawirzeyć
                                                    musimy tą małą misję.
                                                    Laair usmiechnęła się do mnie, widać było, że duma wstapiła w jej drobne,
                                                    aczkolwiek niezwykłą siłą obdarzone ciało. Nastepnie spojrzała na Brata Broca i
                                                    rzekła:
                                                    - Nie winie Cie Bracie za tak krytyczną ocenę osoby mojej. Grzechów na mym
                                                    sumieniu i praw złamanych wiele. Ale gdy moi bracia w potrzebie są, umiem
                                                    zaniechac swoich swawolnych obyczajów i stawić czoła największemu z wyzwań.
                                                    Broc połozył dłon na jej ramieniu i usmiechnął się.
                                                    - Nie wątpię Siostro. Czas na Ciebie, tylko pamietaj. Żadnych zbytecznych
                                                    zabaw, wywiedz się o sytuację polityczną tych ziem, a bedziemy wiedzieć co
                                                    dalej czynić.
                                                    Laair usmiechnęła się szyderczo.
                                                    - Co do zbytecznych zabaw to obiecać nie mogę, ale nie znam nikogo lepszego ode
                                                    mnie jeżeli chodzi o informacji zbieranie. Głowe mam mocną, a ludzie przy
                                                    mocniejszych trunkach uwielbiają mówić. Nim swit nadejdzie, bede wiedziała kto
                                                    kogo chce zgładzić, kto kogo z kim zdradza, a nawet jak wabi się ten kulawy
                                                    pies, który właśnie w naszą strone zmierza.
                                                    I wskazała palcem, odwrócilismy głowy, ale żadnego psa nie zobaczyliśmy. Gdy na
                                                    powrót zwrócilismy się w strone Siostry naszej, jej nie było, jeno z krzewów
                                                    dobiegł nas cichy głos:
                                                    - Wracam z pierwszym słoneczkiem.
                                                    I zostaliśmy się we dwóch, a czas mijał nam nie najszybciej. Trochę mi żal
                                                    było, że poswawolic nie mogłem wraz z Siostra moją, ale z pewnoscią wiedzieli
                                                    jak wyglądam i niepostrzeżony wejśc do grodku nie mogłem. Pozostało mi jedynie
                                                    wyciagnąć fajkę, co i Broc uczynił i upajać się gwiaździstym niebem, które się
                                                    coraz czarniejsze stawało. Z czasem zasnęlismy, ale Siostrze naszej spać tej
                                                    nocy nie bylo dane.
                                                  • greywanderers Sami tego chcieliście czyli tasiemiec o Laair:) 01.03.03, 10:29
                                                    Natomiast poor little Laair powstrzymała tymczasem przemożną chęć ukrycia
                                                    się w owych krzewach na noc całą, a rankiem udawania, że się noc na zasięganiu
                                                    informacyj spędziło i połaskotana niemile przez Broca we własne poczucie
                                                    wartości (kto zgadnie, gdzie się ono fizycznie znajduje, hehe...;) ruszyła w
                                                    stronę grodu.

                                                    Po ciężkim zamglonym duszącym tchnienie w krtani dniu noc nastała wyjątkowo
                                                    piękna i spokojna. Mgła uniosła się wysoko i rozpostarła po niebie drobnymi
                                                    obłokami, spomiędzy których błyszczały gwiazdy, a jarzący się jak plaster miodu
                                                    księżyc obwieszczał mający nadejść słoneczny dzień. Mimo że noc cicha i
                                                    bezwietrzna była, to opuszczona przez braci nie czułam się wcale spokojna.
                                                    Każdy trzask gałązki zdeptanej przez zwierzynę, każdy szelest zeschłego liścia
                                                    obsuwającego się z krzaków po strąceniu wywoływał drżenie w sercu i sprawiał,
                                                    ze oczy miałam z każdej strony.
                                                    - Fajnie, wysłali mnie chłopaki do jaskini lwa, a sami będą sobie fajki palić i
                                                    gadać przy ogniu... – mówiłam szeptem do siebie rozżalona tym niespodziewanym
                                                    osamotnieniem zaraz po znalezieniu Siostry i Braci napotkanym. Najsłabszą jak
                                                    widać jestem duchem ze wszystkich Szarości poświęconych Wędrowców, byle lęk
                                                    wahać mi się każe i byle drgnienie serca w myślach tysiące wątpliwości snuje,
                                                    mimo, że ciało posłuszne rozkazom bestii prosto w paszczę się rzuca, a dusza
                                                    dobro czynić każe wbrew wszelkim złym nałogom i zwyczajom.

                                                    Mówiąc tak sama do siebie, stanęłam na głównym trakcie do bram wiodącym.
                                                    Zwinęłam więc czym prędzej włosy w węzeł na karku i kurzem przydrożnym głowę i
                                                    twarz ubrudziłam, by ani włosy blaskiem, ani lico czystością uwagi nadmiernej
                                                    nie zwróciły i nie zastanowiły ewentualnych rozmówców, czy ja aby na pewno
                                                    facetem jestem... Bo też za męża zamierzałam się podawać. Gród wcinał się
                                                    południowo-wschodnim krańcem w strzeliste skały wyrastające nader często w tej
                                                    niegościnnej krainie. Ze skał tych wynurzały się, zaokrąglały i spotykały
                                                    potężną bramą długie kamienne mury zakończone ostrą pochyle ku ziemi słaniająca
                                                    się palisadą. Na murach w regularnych odstępach umieszczone były wieżyce
                                                    strażnicze, do bramy zaś most zwodzony nad fosą biegł, jeszcze otwarty, lecz
                                                    zapewne na noc późną podnoszony. Im bliżej byłam, tym coraz mniej mogłam
                                                    podziwiać zasłaniane murem chaty na tarasach łagodnie wspinających się ku górze
                                                    pobudowane; od wewnątrz grodu bowiem zbocza stopniowo ku szczytowi się
                                                    wznosiły, od zewnątrz tylko będąc niedostępnymi kilkusetmetrowymi ścianami.
                                                    Niedostępny był to gród i dobrze chroniony przez prastare moce natury i ludzkie
                                                    siły.
                                                    Zbliżyłam się do bramy głębiej kaptur na głowę nasuwając i starając się
                                                    ciężej na kosturze oprzeć. Dwaj strażnicy skrzyżowali przede mną włócznie i o
                                                    cel przybycia do miasta spytali. Rozsunęli przy tym poły mojego szarego
                                                    płaszcza sprawdzając, czy broni nie mam tam ukrytej i przyjrzeli bliżej
                                                    srebrnej klamrze go spinającej, wilka na galopującym rumaku przedstawiającej.
                                                    Zadowoliła ich moja prośba o schronienie się w jednej z karczm na noc, bym rano
                                                    znów mogła ruszyć dalej.
                                                    Obawiałam się, że im dalej w miasto się zagłębię i gospodę bliższą dworu
                                                    wybiorę, tym mniej prawdy mogę usłyszeć, więc nie bacząc na odgłosy pijatyki
                                                    stamtąd się dobywającej, skręciłam do najbliższej bramie karczmy.
                                                  • greywanderers Opowieści o zaciąganiu języka by Laair c.d. 01.03.03, 10:32
                                                    Niska to była izba jadalna, pełna ław zatłuszczonych przy ogromnym palenisku
                                                    stłoczonych. Wokół ognia uwijał się kucharz gary pełne dymiących potraw z
                                                    kamieni przy ogniu odsuwając i piekące się prosięta nad płomieniami na rożnach
                                                    obracając. Wrzawa ogólna tam była, przyśpiewki nieprzystojne, a i zgiełk
                                                    bijących się wedle lokalnego kolorytu dzbanami po łbach nie zgadzających się co
                                                    do swego zdania dyskutantów. Fala zaduchu na wpół strawionego piwa i ciężkiego
                                                    tłustego mięsiwa z cebulą i miejscowymi przyprawami podawanego omal mnie z nóg
                                                    nie zwaliła, ale strzymałam, zacisnęłam zęby i do ławy przez kilku ludzi
                                                    zajętej się przysiadłam. Uchyliłam przy tym nieco kaptura, wiedząc, ze z
                                                    zakapturzonym obcym wędrowcem miejscowi gadać nie zechcą.

                                                    Podano mi miodu i zaczęłam tu i ówdzie spojrzenia po izbie rzucać. Przy mojej
                                                    ławie usłyszałam ledwie zrozumiały dla mnie miejscowy dialekt, mówiło nim dwóch
                                                    najbliżej siedzących mężczyzn z długimi zmierzwionymi ciemnymi włosami z
                                                    dziwnie splecionymi warkoczami przy lewej skroni; z warkoczy tych zwisał
                                                    rzemień w niespotykany sposób rzeźbionym kamieniem zakończony. Zastanawiając
                                                    się, czy też panowie owi po klatach się tymi kamieniami w ferworze gestykulacji
                                                    nie walili, przyjrzałam się ich płowym kaftanom, ściągniętym pięknej roboty
                                                    pasami z klamrami rozpostarte na wietrze kruki przedstawiającymi.
                                                    Długo się nie naprzyglądałam...

                                                    - Niektórzy wędrowcy nie wiedzą, że niegrzecznie jest miejscowym natrętnie się
                                                    przyglądać! – powiedział z naciskiem siedzący bliżej, zwany przez drugiego
                                                    Sigridem. Podskoczyłam na ławie.
                                                    - Daruj, panie, natrętny wzrok, lecz pierwszy raz w tych stronach jestem i
                                                    przyjrzeć chcę się miejscowym mężom, by w swojej krainie mieć co opowiadać. –
                                                    zagaiłam starając się powstrzymać trzepot rzęs i wdzięczny uśmiech.
                                                    - A mnie się wydaje, żeś ty tu węszyć przyszedł, a nie folklorem się
                                                    zachwycać! – odezwał się w zamyśleniu drugi, Kahlebem zwany, bawiąc się
                                                    rzeźbioną rękojeścią miecza. – I czego to zamierzasz się dowiadywać? – zwrócił
                                                    w moja stronę zaczerwienione od trunków oczy. Postanowiłam wszystko postawić na
                                                    jedną kartę przeczuwając, że i tak długo w tym przybytku nie zabawię i opuszczę
                                                    go nie dość, że w przyspieszonym tempie, to jeszcze może nie w jednym kawałku...
                                                    - Przejrzeliście mnie, panowie, na wylot. Ciekawi mnie, czy tak waleczny lud
                                                    zamieszkujący tę piękną warownię ruszyłby na pomoc sąsiadom w pożodze wojennej
                                                    czy też dalej bawiłby się przy trunkach i pląsach nie widząc łuny z północy... –
                                                    powiedziałam podnosząc na nich spojrzenie.
                                                    - No, proszę, nie tylko sępy ociekające krwią znad Ingebaardu w te strony
                                                    przylatują, ale i chłystki, co ledwo od ziemi odrosły te same nowiny przynoszą.
                                                    - Jak to???? – uniosłam się z oburzenia – To wiecie, że sąsiedni gród został
                                                    zmieciony z powierzchni ziemi, że wroga armia jak cień przesunęła się po nim i
                                                    odeszła dalej siać zbrodnie i siedzicie tu przy miodzie??? Kim jest wasz pan,
                                                    że larum nie kazał grać, wici rozsyłać i pomsty po zabitych szukać? –
                                                    przeholowałam w swej dyplomacji, sama to wiedziałam, lecz los chciał mi to
                                                    jeszcze wybitniej uświadomić. Sigrid zerwał się nagle zza ławy wywracając ją
                                                    przy tym. Wszyscy uskoczyli, ja nie zdążyłam, bo schwycił mnie za fraki pod
                                                    szyją, wyciągnął jak piórko zza ławy i trzasnął mną o ścianę.
                                                    - Nie zdzierżę, gdy byle pętak włóczący się bez celu po bezdrożach złe słowo na
                                                    miłościwie panującego nam Arnego powie! Stawaj, młodzieńcze do walki ze mną, a
                                                    mieczem wyłuszczę ci, że pan nasz wielki i nieustraszony jest i nie musi się
                                                    troszczyć o sąsiadów, którzy głupotą swą nieszczęścia na krainę naszą ściągają,
                                                    nie wydając mu tego, co on chce i oczy złego w tę stronę zwracają! Arne
                                                    Wspaniały zastanawia się jeszcze, ale słudzy jego już znają jego decyzję! – tu
                                                    olbrzym dobył miecza i skierował jego błyszczące ostrze w moją stronę.
                                                  • greywanderers Kto biedną Laair wyratował z opresji (c.d.) 01.03.03, 10:35
                                                    Porządnie wyrżnęłam głową o kamienny mur, nie straciłam jednak tomności,
                                                    podniosłam się trzymając za potylicę i mitygować zaczęłam porywczego pana.
                                                    - Spokojnie, panie, przejazdem tu jestem i informacji zasięgam jeno, czy ludzie
                                                    tu żyjący chętnie by pomoc nieśli, gdybym się o nią w imieniu sąsiedniego grodu
                                                    zwrócił, nie chciałam...eeeee... nie chciałem nikogo czci uwłaczać ani słowa
                                                    złego na nikogo wypowiadać...
                                                    - Nie gdacz tyle, jeno dobądź broni i walcz ze mną, gdyż władcę tego miasta
                                                    obra... – tu zamilkł wpatrzywszy się we mnie z otwartą gębą. Nie wiedziałam
                                                    jeszcze, że kaptur opadł mi z głowy, a włosy rozsypały się po ramionach. – Toż
                                                    to dziewka jest... – powiedział powoli napastnik. – Komu służysz, kobieto? Kto
                                                    ci kazał bluźnić w tym grodzie? Nie widzisz, ze omal życia nie postradałaś?
                                                    - No proszę – zbliżył się do mnie jego kompan – Dziewka nas prawie w pole
                                                    wywiodła, ciekawe kto za nią stoi i czy się bardzo zmartwi jak mu na noc do
                                                    domu nie wróci... – tu chwyciwszy mnie za ramię spojrzał porozumiewawczo na
                                                    przyjaciela.

                                                    Sięgnęłam szybko po sztylet za pas na plecach wetknięty i pod szarym płaszczem
                                                    skryty i do miejsca czułego napastnika ostrzem przytknęłam
                                                    - Zważ, człowieku, od kogo wzrok odwracasz, bo nagle mężczyzną możesz przestać
                                                    być – warknęłam.
                                                    - Spokojnie, panienko – uniósł ręce w górę na znak, że żartował – Na żartach
                                                    się nie znasz?
                                                    - My również się nie znamy, Kahlebie – rzekł pierwszy i w tym momencie poczułam
                                                    ukłucie jego miecza na szyi i strużkę krwi ściekającą po obojczyku. – Nie
                                                    ujdziesz stąd żywa...

                                                    W tym momencie ktoś z boku silnym kopnięciem zwalił go z nóg a ledwie
                                                    draśnięcie na mej szyi w ten sposób powodując. Był to samotny mąż siedzący przy
                                                    naszej ławie nieco dalej z krótko ściętymi ciemnymi włosami i tatuażem na czole
                                                    podobnym do rysunku z twarzy Mertza. Kahleb złapał mnie za ramię i odepchnął na
                                                    ścianę bieżąc kompanowi na pomoc. Uderzyłam głową o wystający kamień i ostatnią
                                                    rzeczą, jaką dostrzegłam, był widok owego człowieka z tatuażem dobywającego
                                                    dwóch mieczy w stronę rozjuszonych napastników i zrywających się od innych ław
                                                    ludzi.
                                                    Bannaght lhiat!
                                                  • greywanderers I ku ogólnemu zadowoleniu kończę opowieść:) 01.03.03, 10:40
                                                    Ocknęłam się w ciemnościach. Była to jakaś izba na poddaszu, bo rozgwieżdżone
                                                    niebo prześwitywało przez szpary w dachu. Dźwignęłam się z jękiem dotykając
                                                    głowy (o, dawno mnie tak głowa nie bolała, nawet po niedawnych spotkaniach z
                                                    przyjaciółmi...:) i usłyszałam z boku ruch. Zerwałam się na równe nogi
                                                    ustawiając plecami pod ścianą i sięgając po sztylet, którego nie było...

                                                    - Nie bój się, Laair gyn Streeaney... – powiedział moim imieniem w ciemnościach
                                                    męski głos – Zagasiłem płomień świecy jak tylko cię opatrzyłem; lepiej bowiem
                                                    światłem uwagi na tę izbę nie zwracać.
                                                    - Kim jesteś i co ja tu robię? – wyjąkałam starając się opanować drżenie głosu,
                                                    bo jakkolwiek po ucztach na zamkach rozmaitych różnie się świętowanie kończyło,
                                                    to nigdy tak groźnie...;)
                                                    - Nie bój się, jestem tym, który uratował cię w karczmie z rąk dwóch
                                                    miejscowych łajdaków. Jestem Ehrmanh z Ingebaardu. Tak również zwą ów gród, dla
                                                    którego ratunku szukałaś. Jestem sługą władcy tamtego grodu i z posłania
                                                    właśnie wracałem do domu, gdy spalony i spływający krwią go znalazłem, więc
                                                    udałem się tu właśnie po kryjomu, by samemu w zasadzkę nie wpaść i wybadać, czy
                                                    ktoś tu skłonny jest pomsty szukać wraz ze mną dla mojego miasta. Czy
                                                    uspokoiłem cię już, o szlachetna?

                                                    Opadłam na posłanie gorączkowo targając zbrudzone krwią włosy i odpychając od
                                                    siebie tysiące wątpliwości.

                                                    - Nie powiem, Ehrmanie, żebym była teraz ostoją spokoju, ale niewątpliwie
                                                    nabrałam pewnego zaufania do sytuacji. Zatem z tym samym posłaniem w tym
                                                    nieprzyjaznym grodzie się zjawiliśmy. Przez Siostrę moją i Braci w Bractwie
                                                    Szarych Wędrowców wsparcie i współczucie w potrzebie przynoszącym, którzy
                                                    spieszyć postanowili z pomocą twojemu miastu, wysłana zostałam tu, by języka
                                                    zasięgnąć, czy władca tutejszy ruszy z pomocą. Ale czy wiesz dokładnie kto
                                                    ściągnął nieszczęście na twój gród?
                                                    - Wiem, Laair, wiem, opowiadać by można dniami całymi, ale świt się zbliża, a
                                                    przede mną pracowity dzień, więc w skrócie wielkim nakreślę ci sytuacyję. Pan
                                                    nasz miłościwie nam panujący dwoje dzieci ma, Mertza, następcę jego i córkę
                                                    Diomeedhę, przepowiedzianą przez starożytne księgi jako Światło Wschodu. Ona
                                                    jest przyczyną rzezi i drżę, co by było, gdyby ją porwano... Na cóż by była
                                                    śmierć pana naszego i Mertza...
                                                    - Oni żyją! Pan wasz wprawdzie ranny ciężko, ale żyje i w bezpiecznym miejscu,
                                                    a Mertz z moimi przyjaciółmi pomocy szukać wyruszył!
                                                    - Laair! Nigdy bym nie przypuszczał, że ta wczorajsza awanturnica tak wielce
                                                    radosną nowinę mi przyniesie!
                                                    - Awanturnica? No wiesz! – obruszyłam się - Pomocy szukałam!
                                                    - Pomocy!!! – wykrzyknął Ehrmanh - Gdy straciłaś przytomność, musiałem pobić
                                                    tych dwóch durniów, a karczmarzowi i nacierającej tłuszczy machnąć przed nosem
                                                    listem z pieczęcią Arnego, który od niego dostałem. Bo widzisz, tutejszy władca
                                                    przyjął mnie wprawdzie surowo, ale udzielił noclegu i zwołał radę starszych na
                                                    jutro. Mają radzić, czy ruszać razem ze mną przeciw Księciu Ciemności...
                                                    - Słuchaj, my już nie mamy w takim razie po co tu przyjeżdżać!
                                                    - To już od Waszej mądrości, Szarzy Wędrowcy, zależy, nie przeczę, że
                                                    przydałoby mi się jutro na radzie wsparcie w przekonywaniu rady... Jutro? –
                                                    zerwał się w półmroku wstającego dnia. Nawet nie zauważyłam, jak rozjaśniło się
                                                    w izbie i od kiedy rozróżniałam rysy mojego rozmówcy z tatuażem na czole.-
                                                    Wstawaj, dziewczyno, wyprowadzę cię z miasta i wracam na radę.- podniosłam się,
                                                    i upadłabym porażona pulsowaniem w obolałej uderzeniami głowy, gdyby nie ramię
                                                    nieznajomego.

                                                    Pół godziny później Ehrmanh osadził galopującego konia na rozdrożu niedaleko
                                                    miejsca, gdzie opuściłam Braci.

                                                    - Bywaj, Laair, do zobaczenia na radzie lub w ostatecznym starciu z Władcą
                                                    Ciemności. Masz tu swój sztylet pięknej roboty z imieniem twym wykutym. Dojdź
                                                    tylko do przyjaciół i nie zgiń gdzie, zanim nie spotkamy się w walce przeciw
                                                    Złu! – pchnął mnie do przodu, a ja zatoczyłam się, zatoczyłam... i padłam
                                                    prosto pod nogi Fuara Callaga. Jedyne, co zdołałam powiedzieć przy cieknącej z
                                                    na nowo otwartej na głowie rany krwi, to: „I nawet piwa ani kropli się nie
                                                    napiłam...”

                                                    I odpłynęłam gdzieś w ciemność zostawiając braci mych ukochanych Broca i Fuara
                                                    kiwających z politowaniem głowami nade mną. Tak to kończą się historie, gdy
                                                    Szarzy Wędrowcy zamiast użyć swych niezwykłych zdolności, chcą zwykłymi
                                                    sposobami cel osiagnąć...
                                                  • Gość: hm` Re: I ku ogólnemu zadowoleniu kończę opowieść:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.03.03, 10:41
                                                    Hm, dlaczego ku ogolnemu zadowoleniu???? ;]]]
                                                    pozdr. hm`
                                                  • greywanderers Re: I ku ogólnemu zadowoleniu kończę opowieść:) 01.03.03, 11:11
                                                    Bo przydługie mi to wyszło (4 posty!) - oj będa bracia psami szczuć i do miodu
                                                    nie dopuszczą!:)
                                                  • Gość: Izis Re: I ku ogólnemu zadowoleniu kończę opowieść:) IP: *.resetnet.pl 11.03.03, 00:26
                                                    Ech jejmośc pani zapomniała że braciszków ma o gołebim sercu i wybaczą jej
                                                    wszystko... A może oni tak specjalnie kazali Wam o przeszlachetna pani rzec
                                                    swoją opowieść by łatwiej im było przyjemnosci w naszym grodzie zażywac i bysmy
                                                    ich nieobecnosci nie zauwazyli? :))))))))
                                                  • greywanderers Tak, trochę nas wywiało... 11.03.03, 09:15
                                                    Faktem jest, że pisac ostatnio nam dane nie było. Co smutkiem serce moje
                                                    wypełnia, bo przecież w takim towarzystwie nie powinno się przerywać snutych
                                                    opowieść. Ale ja Fuar Callag pozwole się o usprawiedliwić moich braci i
                                                    siostry, którzy rozpierzchli się po tej kraine tak nagle. Ja ciężką chorobą
                                                    byłem zmożony, dopiero do siebie dochodzić zaczynam, odwiedziłem brata
                                                    Seansaoi, który na Śląsku Górnym, jak tę krainę bogatą w czarne złoto zwiecie,
                                                    osiadł by tam pomagać naturze walczyć z dziełem człowieka. On to mnie do stanu
                                                    równowagi doprowadził, różniste zioła podając.
                                                    Nasza siostra Keshaghagh natomiast odkryła jak piekne góry w tym kraju macie i
                                                    w nie się udała nikomu nic nie mówiąc, ale wybaczyc jej trzeba, bo to mistrzyni
                                                    w poruszaniu się na dwóch deskach, nartami tutaj zwanymi.
                                                    Brat Shirragh natomiast zaszył się w miejscu pewnym, które kształcić w pewnej
                                                    dziedzinie mu się pomaga. On, gdy pierwszy raz ujrzał kiedyś maszyny latające,
                                                    zapragnął sie w powietrzu unosić. Teraz własnie lata w przstworzach, ale
                                                    niebawem na ziemie zejdzie, by powrócic do stołu tak bogato, przez was
                                                    zastawianego, za każdym razem gdy do niego zasiadam.
                                                    Najdziwniejsze zniknięcie natomiast odnotowałem w przypadku brata Broca, on po
                                                    prostu przepadł bez wieści. Podejrzewać tylko mogę, że spotkał kogoś, kogo
                                                    spodziewać się nie mógł. I nie wiem kiedy go zobaczę...

                                                    A jedynie Laair, siostra, z którą zamierzam za czas niedługi pobiesiadować wam
                                                    towarzystwa dotrzymuje. To radosna rzecz powrócić po dniach dziesiąciu i zastać
                                                    ja taką, jaką w chwili mojego nagłego, choroba spowodowanego, wyjadu.
                                                  • Gość: Izis Re: Tak, trochę nas wywiało... IP: *.resetnet.pl 14.03.03, 17:27
                                                    Przyznac się muszę że podejrzewałam Was Szare Stworki zeście zabalowali gdzieś
                                                    okrutnie i od trunków jakowys tudzież towarzyszy/towarzyszek biesiad odessać
                                                    sie nie możecie a tu cóz ja słysze...
                                                    Mam nadzieję jednak że to długo nie potrwa i zasiądziecie przy garńcu piwa lub
                                                    wina snuc dalej Waszą opowieść.
                                                  • Gość: Thorgal Re: Tak, trochę nas wywiało... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.03.03, 18:33
                                                    Pewnego wietrznego wieczora otworzyłem księgę zakurzoną, szarych wędrowców
                                                    autorstwa, i aż przysiadłem z wielkiego zadziwienia... Dalszy ciąg przygód
                                                    waszeci nie został był zapisany! Czyż to nie straszne?:) Jak mawiał pewien
                                                    wielki pisarz: "Rok ten pełen był wielorakich zwiastunów nieszczęścia, które
                                                    dopiero nadejść miało...", czy nie jest wasza absencja jednym z takich
                                                    zwiastunów? :) Więc, na sadystyczną babcię Yarpena, napiszcie coś...:)
                                                  • greywanderers wszak milczenia dobiegl czas najwyzszy 28.03.03, 03:07
                                                    coz dlugo nasz byc nie bylo jednak czas najwyzszym jest juz by powrocic jak
                                                    najrychlej i kosztowac dalej szanownej gosciny waszej, gdyz przednia jest ona
                                                    i polecam ja kazdemu na swej drodze;)
                                                    tak tak nic innego tylko nalezy przerwac milczenie to gdyz wrecz ciazacym sie
                                                    staje, wiec jeno dajcie midu gasior i sluchajcie a bylo to tak

                                                    Jak tylko ja Shirragh Peccah poczułem życia nawrót w swym ciele a było to dwa
                                                    dni po tym, ech wspominać się nie chce, wydarzeniu, powróciliśmy na trakt
                                                    pędząc co ile tchu w piersiach starczy przed siebie, w kierunku grodu, co choć
                                                    bliższym był, wszak dostępnym trudno, gdyż droga do niego wiodła przez rzesze
                                                    bagien i rożnej maści naturalnych pułapek, która natura sama zgotowała na
                                                    wędrowców, co swą niewiedzą o tutejszym terenie, łatwym łupem i jakże
                                                    bezbronnymi stawali się. Zaprawdę powiadam wam, iż mimo mego życiowego
                                                    doświadczenia i znajomości różnorakich takowych sideł to o istnieniu tak
                                                    finezyjnych jak sama natura stworzyć rade dala pojęcia nie miałem, i gdyby nie
                                                    Mertz, który tych miejsc był wychowankiem spoczęlibyśmy na pewno wśród nie
                                                    jednych ciał zapomnianych w duchu tej krainy. Zapewne to było też powodem tak
                                                    nielicznych najazdów ów grodu, gdyż jak nam Mertz opowiadał był on postrzegany
                                                    jako przepowiednią grozy owiany, iż tan kto porwać się zechce na gród ów
                                                    przeklętym będzie, a dusza jego poszukiwać będzie przebaczenia w otchłaniach i
                                                    głębinach pośród potworów morskich bądź błąkać się będzie po wieki po padole
                                                    ziemskim gdyż ciało jego nigdy nie zazna pochówku.
                                                    Tak klucząc wśród tego labiryntu mgły zaskoczyć nas zdarzyły jednak spiesząc
                                                    się większej na nie uwagi nie zważaliśmy. W pewnym momencie Keshaghagh Eangach
                                                    stanęła mówiąc
                                                    - Nie idźmy dalej tam śmierć czyha
                                                    - Ależ siostro wszak nic tam żyć nie może tam tylko bagienne stwory żyć
                                                    mogą, może twe wizje wspominają bitwę tu odbyta.
                                                    - Nie to nie to wiedziałabym
                                                    W tym momencie Mertz, idący jako przewodnik pierwszy, zacharczał i
                                                    usłyszeliśmy jak wśród mgły, legł na ziemie, schyliłem się pospiesznie pod
                                                    powierzchnie mgły i siostrę ma także pospiesznie zniżyłem do poziomu tego gdyż
                                                    tak łatwym na widoku celem stać się mogliśmy nieznajomych, którzy jak
                                                    przypuszczać mogliśmy pokojowych zamiarów nie nieśli. Tylko zdążyłem
                                                    powiedzieć siostrze
                                                    - Wybacz me niedowierzanie
                                                    - Rozumiem – spokojnym głosem siostra odpowiedziała dobywając sztyletu
                                                    żmijowego co powodował trwale rany pełne zakażeń i nie leczące się nigdy (gdyż
                                                    sztylet ów czarem okryty był, którego treść znała tylko sama siostra ma, wiec
                                                    i ona tylko zdjąć zaklęcie mogła). Poczym zrzuciła kaptur swój szary na
                                                    ramiona swe i chyłkiem pognała na pomoc Mertzowi, co i ja tez żem uczynił
                                                    dobywając uprzednio miecza swego.
                                                    Tak posuwając się siostra i ja szybko dotarliśmy do Mertza, który jak się
                                                    okazało strzała ugodzony w udo leżał i wił się z bólu. Siostra ma szybko
                                                    uśmierzyła ból naszego towarzysza lekami które nosiła zawsze na szyi ja
                                                    wtenczas zważając po czym stąpam, gdyż grunt tu był nadzwyczaj miękkim,
                                                    pognałem, pod osłoną mgły w stronę z której cios pierwszy nadszedł. Nie
                                                    musiałem daleko się skradać by spostrzec cienie postaci z lukami napiętymi
                                                    gotowymi w każdej chwili do posłania strzały. Zaszedłem ich niepostrzeżenie od
                                                    tylu, czego spodziewać się nie mogli na szczęście było ich zaledwie pięciu
                                                    choć wręcz niepomiernie silnymi byli i łatwo poddać tez się nie chcieli mimo
                                                    efektu zaskoczenia łatwym nie było pokonanie wojowników choć z zaskoczenia
                                                    działałem i prawie niepostrzeżenie eliminowałem ich kolejno. Po położeniu
                                                    dwóch na łopatki i przyciśnięciu kolanem na płuca tak ze tchu wziąć zaledwie
                                                    mogli charczeć zaczęli wiec ogłuszyć ich szybko zmuszą był. Jednak nie umknęło
                                                    to uwagi pozostałym
                                                    - Hari, Fari odezwijcie się
                                                    Jednak nic oprócz ciszy im nie odpowiedziało, już nie było mowy o zaskoczeniu,
                                                    teraz trzeba było działać tylko jak najrychlej i mieć nadzieje ze będę
                                                    szybszym niż moi przeciwnicy. Doskoczyłem do pierwszego i uderzając obuchem
                                                    mego miecza w głowę powaliłem go tak ze zwalił się niczym kłoda, drugiego
                                                    powaliłem na plecy uderzając z siły całej w tylnia cześć kolan, gdyż jak
                                                    wiadomo najsłabsza jest ona i rzucała na kolana nawet największego. Ledwie
                                                    zakończył sprawę z drugim jak poczułem ukłucie przy skroni domyślając się ze
                                                    strzała to rzuciłem się w bok, usłyszałem tylko jak koło szyi mej przelatuje
                                                    świercząc strzała wypuszczona przez wojownika. Skryłem się z mgle jednak co
                                                    chwile bać się musiałem o życie swe gdyż ostatni z piątki walczącej słał
                                                    strzały na oślep. Przy ostatnim z dzielnych druhów niespodzianie znalazła się
                                                    ma siostra i przytykając do gardła sztylet swój rozkazała
                                                    - Opuścić łuk swój, i mów kim żeś jest i dlaczego tak witasz
                                                    nieznajomych - wszak wiedzieć o naszym przybyciu, ni o zamiarach pojęcia mięć
                                                    nie mogli
                                                    - Zabijcie mnie jeżeli tylko wasza wola przeklęci Zła sługusy
                                                    - Czy myślisz ze gdybym była tym za kogo uważasz mnie zadawałabym tak
                                                    zbędne pytania i nie zakończyła spawy krotko i zwięźle
                                                    - Tosz to kim jesteście!? Wszak tylko oni ostatnio zapuszczają się w
                                                    tereny te i nawet i złowieszcza legenda, ni liczne straże już ich nie
                                                    odstaszają.
                                                    - Jesteśmy Szarymi Wędrowcami i przybywamy do was prosić o pomoc,
                                                    Ingebaard wszak nie istnieje już nawet kamień na kamieniu i lewie parę żywych
                                                    dusz uratować się zdołało
                                                    - Skąd mam wiedzieć ze nie kłamiesz i mówisz tak gdyż zmyślić ma
                                                    czujność chcesz?? Wszak jeszcze dni kilka temu sam wiadzialem Ingebaard w
                                                    calej okazalosci, slowa twe wraz z tym cóż widzialem nijak się nie pokrywaja.
                                                    - Wszak przyprowadzilismy ci lojalnego swiadka, który teraz cierpi gdyz
                                                    postrzelic gos ty lub ktorys z twych kopanow raczyl. – szybko cofnolem się tym
                                                    czasem do Mretza, który z bolu grymasem na twarzy doszedl przed oblicze
                                                    nieznajomego, jak zauwazylem strzala już była z jego nogi usunieta, a rana
                                                    opatrzona, tak wielka jest wiedza i zrecznosc w leczeniu Keshaghagh Eangach

                                                    ech coz pora jednak zakonczyc tutaj gdyz sen juz mnie zmaga a miodu wszak juz
                                                    prawie nie ma komu podawac;) dajcie miodu
                                                    nie ma miodu
                                                    dajcie siana
                                                    sen niech zawita w karczmie naszej
                                                  • ronja A mi to się wydaje...:)))))) 02.04.03, 11:56
                                                    ...że, drodzy Szarzy Wędrowcy, taaaaaaaaaki ciekawy wątek pomineliście...:))))))
                                                  • pepperoni78 Re: A mi to się wydaje...:)))))) 02.04.03, 12:12
                                                    ronja napisała:

                                                    > ...że, drodzy Szarzy Wędrowcy, taaaaaaaaaki ciekawy wątek
                                                    pomineliście...:)))))
                                                    > )

                                                    Jaaaki?? :D Czyżbym też pominął?? ;)
                                                  • ronja Re: A mi to się wydaje...:)))))) 02.04.03, 12:42
                                                    Czekaj, to ja jeszcze raz sprawdzę, czy jednak tego wątka nie rozwiązali gdzie,
                                                    a ja się nie zorientowałam...
                                                  • pepperoni78 Re: A mi to się wydaje...:)))))) 02.04.03, 12:44
                                                    I tak nie wiem o co chodzi :)
                                                  • ronja Re: A mi to się wydaje...:)))))) 02.04.03, 12:52
                                                    Ja tez na ogół nie wiem, ale nie przeszkadza mi to:)
                                                  • pepperoni78 Re: A mi to się wydaje...:)))))) 02.04.03, 13:46
                                                    Mi też to nie przeszkadza :)
                                                  • greywanderers I nam się wydaje... 02.04.03, 15:11
                                                    Że w tym temacie nic nie wiemy.
                                                    Ja Fuar Callag przynajmniej.
                                                  • Gość: Ronja Przyrąbię se setnego posta, a co! IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.04.03, 18:20
                                                    Ciekawe, czy ten, co wątek pominął wieeeeee....;)
                  • vanilja Re: A ja Eor 05.02.03, 10:40
                    eor napisał:

                    > Tez szary jestem. Malo jednak wedruje. Raz mi sie zdarzylo, jak ogonek mi
                    > ukradli....

                    Filonek Bezogonek.....? Tyś mi tu????!!!!!!
                    • eor Re: A ja Eor 05.02.03, 11:03
                      Musze Cie rozczarowac, Vanilka - Filonek to zaledwie wspoltowarzysz cierpien
                      zwiazanych ze strata ogonka. No, kto jeszcze utracil te wazna czesc ciala?
                      • Gość: Ronja Re: A ja Eor IP: *.internetdsl.tpnet.pl 05.02.03, 13:02
                        Kłapouszek!
                        Mam wrażenie, że zamiast przedstawaić się przed goścmi z jak najlepszej strony,
                        bawię się w zgadywanki...
                        Eor, nie tylko owsa bym im dała... Naprawdę! Zdarza mi się karmić ludzi żarciem
                        nieprzeznaczonym dla koni...;)
    • greywanderers Re: Szarzy wędrowcy 05.02.03, 14:21
      Witam i szuram kapotą o ziemie w niskim ukłonie! Jam jest Seansaoi as Coill.
      Przybywam z krain dalekich, stąd spóźnienie me niewielkie. Wielce utrudzonym
      jest, rad bym tu odpocząć kapkę i siły zebrać do hucznych powitań późniejszych
      Bracia moi Szarzy i gospodarze przybytku tego. I niech Wam dobre Bogi odpłacą
      za gościnę!
      • greywanderers Opiekunie drzew 05.02.03, 15:26
        Jak me oblicze rozpromieniało widząc twa twarz. Tyle czasu się widzieć nam dane
        nie było. Jakem Fuar Callag nie pozwolę ci się stąd ruszyc, zaiste, powiem
        metafizyczne przeżycie tu przebywać. Goscina wielka i nieograniczona. Czas też
        chyba najwyższy by zobaczyć jak ludzie tu żyją. Wedrówka po watkach wszelakich
        nas czeka przecie.
      • greywanderers Re: Szarzy wędrowcy 18.02.03, 10:16
        Oj wielu dni trzeba mi było by odpocząć i opowieść swą ciągnąć dalej. Podóżą
        długą bardzo strudzonym był. Dawno już nie opuszczałem swej cichej samotni,
        dawno podróże, wojaże po świecie, przygód szukanie. Teraz bliższe mi jest ksiąg
        mądrych zgłębianie, życie pustelnicze i obcowanie ze zwierzętami i roślinami
        raczej niźli z ludźmi. I tak od lat wielu zgłębiałem sztuki tajemne, żyjąc
        cicho i skromnie, z rzadka tylko schodząc do miast ukrytych w dolinach mej
        górskiej krainy.
        W dniu dziesiątym miesiąca faoilleach zbudziłem się z uczuciem jakby obcym,
        jednak podświadomie czułem co mam czynić. Wiedziałem, że to przyjaciele moi,
        dawno nie widziani Szarzy Bracia mnie wzywają. Wiele lat się nie widzieliśmy,
        wiedziałem, że coś wielce ważnego stać się musiało, że czasu nie ma wiele.
        Zebrałem wczystko co potrzebnym mi było w podróży - ciężki, szary zakapturzony
        płaszcz i laskę równą wzrostowi memu, wyrzezaną z drzewa cisowego i okutą
        brązem i wyruszyłem w drogę...
        ...ech miodu spić muszę kapinkę bo w gardle zaschło przeokrutnie...
        • greywanderers Wszelka Szarość Wędrowca chwali... 18.02.03, 15:16
          Widzę, że brat Seansaoi nas wreszcie odwiedził. Ja Fuar Callag witam Cię
          goraco, chociaż powiedzieć muszę, że też czasu mało, by opowieści snuć.
          Obowiazki nagłe czasem wzywają. Nasi bracia i siostry po świecie się rozbiegli
          i czas chyba ich zwołać na wiec wielki. A ty bracie, Drzew opiekunie, może
          opowiesz jak to na szlaku cie spotkalismy wylegujacego sie wśród kwiatów
          pachnących. Ja jutro dopiero opowieść ciągnąć mógł będę, gdy pracy mniej mieć
          będę.
        • greywanderers Re: Szarzy wędrowcy 27.02.03, 12:57
          Ech...długa to podróż była. Najpierw udać sie musiałem na kraniec swej wyspy do
          miasta portowego Lunnainn. Nie było to miejsce przyjazne dla wędrowców. Znane
          było jako miejsce pełne bezprawia i zła. Ulice i tawerny pełne były szukających
          zaczepki rzezimieszków, skorych do burd i awantur, czekających na zlecenia
          najemników oraz dziewek ulicznych, do cna zepsutych. Przemknąłem pod osłoną
          nocy wąskimi uliczkami nie chcąc kusić losu, wiele drogi było jeszcze przede
          mną i niepotrzebne awantury były ostatnią rzeczą jakiej pragnąłem. Zgłosiłem
          się do zarządcy portu i tak jak oczekiwałem zostałem zamustrowany na okręt,
          który dnia następnego wypływał w kierunku wschodnim. Nigdy, odkąd magię
          zgłębiałem nie miałem problemów z podróżami po morzach. Za miejsce na statku
          oferowałem swe umiejętności w zaklinaniu pogody, co czyniło mnie osobą wśród
          załogi niezwykle szanowaną. Wiedza ma przydatną się okazała i tym razem. Gdy
          dnia trzeciego podróży rozszalał się sztorm, załoga spuściła żagle i wiosłami
          starała się zapanować na statkiem, rzucanym we wszystkich kierunkach. Starałem
          się z całych sił swoich wiatr uśmierzyć. Nie byłem jednak w stanie całkowicie
          opanować żywiołu i wiatr nieznacznie tylko zelżał. Musiałem się ucieć do
          sztuczki z żelazem polegającej na zmuszeniu igły kompasu, by wskazywała drogę
          do portu docelowego, czyniąc tak, że magnes kierowałby się nie ku północy, lecz
          wedle potrzeby, aż do celu. Po dwóch jeszcze dniach walki z rozszalałym morzem
          ujrzeliśmy wieże Troggeyderu, naszego portu docelowego, początku mego
          następnego etapu podróży, tym razem już po ziemiach ledwo mi znanych.
          Wędrowałem leśnymi duktami unikając miast, zbyt do samotności przyzwyczajony
          przez ostatni czas, z rzadka tylko do karczem przydrożnych wstępowałem na
          strawę i spoczynek krótki. Mimo, że okolicy nie znałem jakiaś wewnętrzna siła
          kierunek wędrówki mi podpowiadała. Pewnego dnia, gdy słońce chyliło się już ku
          zachodowi ujrzałem polankę przecudną i odpocząć tam postanowiłem. Położylem swe
          strudzone ciało posrodku łąki, wśród setek jaskrawożółtych mleczy i wygrzewałem
          się w dogasających słońca promieniach. Wtedy głosy jakoweś usłyszałem i
          dostrzegłem trzy postacie na tle lasu. Jakaż radość ma była gdy okazało się, że
          jest to nikt inny, tylko ma siostra Laair Gyn Streaney i bracia Fuar Callag i
          Broc as Lachduinn. Powitaniom końca nie było...
          ...ech w gardle zaschło...
          • greywanderers Ależ bracie Seansaoi... 27.02.03, 15:48
            Naszą opowieść wyprzedził. Tak wtedy już w trójke podróżowalismy, gdzyż Mertz
            pozostał w zaprzyjaźnionym grodku, ranion w nogę podczas starcia przez kresem
            naszej wędrówki. O całe siedem dni, czy jak to w trych stronach powiadają, o
            tydzień wyprzedziłeś dzieje naszej grupy. Właśnie wtedy też spotkać się z
            Bratem Shirragh i Siostrą Keshaghagh się mielismy, po punkt zborny podczas
            naszego ostatniego spotkania ustalilismy. Ale przygody ich o wiele wieksze były
            i oni sami je opisać muszą, a ja Fuar Callag niebawem te siedem dni wedrówki w
            jedną całość zespolę, mając nadzieję że Broc i Laair do mej opowieści swoje
            odczucia dodadzą. A tymczasem się napiję, posilę i na dzień udać się w inne
            rejony kraju tego muszę, ale wróce jutro, bo tak obiecałem i opowieć swą
            przedstawię, bo czas dać naszym słuchaczom treść, zabawę i mile czas spędzony.
    • greywanderers Re: Szarzy wędrowcy 05.02.03, 17:26
      Nieczęsto ja światu swe oblicze ukazuję...
      Lecz słysząc o Zacnych Mych Braci wędrówce opuszczam swą Wyspę Radości i do
      Waszego miasta w gościnę przybywam.
      Ja siostrą jedyną będąc w tej podróży opowieścią niewieścią będę Was karmić.
      Jestem więc i ja Keshaghagh Eangach z Tymi, Którzy Wędrują W Poszukiwaniu Sensu.
      • Gość: Izis Błagam o ciąg dalszy bo ciekawość mnie zżera IP: *.resetnet.pl 10.02.03, 20:40
        Szanowni Waszmościowie i Ty przeszlachetna Keshaghagh Eangach z Tymi raczcie
        spojrzeć łaskawym okiem na wołania o opowieści sporej gromadki zgromadzonych
        przy ogniu i suto zastawionym jadłem i kwaterkami stole Lublinian. Nie
        trzymajcie nas długo w niepewnosci i dajcie znak jaki zycia bo my już od
        zmysłów odchodzim i całe miasto w poszukiwaniu Waszych Światobiwych Osób
        przetrząsamy.
    • aard Szarzy wędrowcy, więc i tutaj dotarliście? 07.02.03, 11:47
      Nie byliście łąskawi odpowiedzieć na moje pytanie na Forum Łódź, gdzie jeszcze
      bywacie, więc pokusiłem się o kwerendę.
      A jakież interesujące wyniki! Dlaczego pozbawiacie łodzian rozkoszy Waszych
      opowieci? Że respons marny? No cóż, może i prawda, ale ja Was odtąd zamierzam
      tutaj czytać. A może gdzieś jeszcze wątek swój awanturniczy snujecie?
      • aard Do odpowiedzi wzywam 10.02.03, 13:50
        Czemu zmilczeliście? Czyżby ofensywnym się Wam mój post wydał?
        Kontynuujcie opowieść, proooooooooszę :-)

        Karczmarzu, miooooooodu!!!
        • Gość: Ronja Re: Do odpowiedzi wzywam IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.02.03, 16:44
          Karczmarza niet, udam więc ja, że miodu pełne dzbany (sztuk sześć pod każdą
          pachą ) podawać umiem:)
          Posłuchałoby się Was Szary Wędrowcy jeszcze... Wieczory długie, drwa płonąc
          swojsko trzaskają, łuna od ognia i błyszczących zasłuchaniem oczu idzie po
          całej izbie... Konie w stajni rżą... Tylko słuchać...
          :)
          • pepperoni78 Re: Do odpowiedzi wzywam 10.02.03, 18:04
            Może śnieg ich zasypał?? Lublinianie!!! Łopaty w dłoń i na poszukiwanie!!!
            • lucy_z Re: Do odpowiedzi wzywam 10.02.03, 21:23
              Ja ichże spotkałam parę dni temu na Wybrzeżu. Pewnie przez morze się
              przeprawili.
              Eor! Czuj duch! Do Cię zmierzają!;)
              • greywanderers Jesteśmy, jesteśmy... 11.02.03, 10:34
                Już z powrotem jesteśmy wraz, tylko siostra nasza Keshaghagh gdzieś przepadła,
                penie utraconym duszom z pomocą jakąś pospieszyła. Oj, ja Fuar Callag powiem
                wam przyjaciele drodzy, że jak nigdy dobrze sie tu czujemy. Czasem zawezwie nas
                przeznaczenie i szlak swą przygodą skusi, ale wracać tu zawsze bedziemy, bo tu
                nas ugoszczono godnie i bez pytań zbędnych.
                A czy wy wedrujecie? Jakież to części tego świata odwiedzacie. Na północy
                byliśmy, ale tam ludziska zapracowane chyba, bo coś z nami gaworzyc czasu nie
                mieli.
                • ronja Re: Jesteśmy, jesteśmy... 11.02.03, 19:41
                  Hmmmmmmm...
                  Myslę, że wielu w naszym grodzie znajdziecie wędrowców... Czyż oczy nam nie
                  błyszczą gorączka, gdy słuchamy Waszych opowieści? Czyż nie jesteśmy swietnymi
                  kompanami do miodu i tańców? Czyż nie szanujemy rycerskiego wdzieku i odwagi?:)
                  To niezbędne zalety włóczęgów...
                  Ja na przykład, choć niewieście cechy we mnie rozwijano (Boszszsze, jak to
                  brzmi!!!:))))), włóczę się wakacyjną i nie tylko porą po naszym pieknym kraju,
                  pieszo wspinając się na dzikie, opuszczone szczyty, czasami uzywam dziwnej
                  maszyny rowerem zwanej:), która pozwala mi więcej mil krain pełnych jezior lub
                  warowni średniowiecznych przemierzać... A dla odmiany, zdarza mi się również
                  konno zanurzać się w prastare ostepy, wsłuchiwac się w szum dąbrów, przymykac
                  oczy na błękitnawych mchach, gdy wierzchowiec strudzony skubie trawę nad modrym
                  strumieniem...
                  • velvet0 Re: Jesteśmy, jesteśmy... 12.02.03, 08:22
                    Ronja, wow! aleś plastycznie to wszystko przedstawiła;o))
                  • greywanderers Siostrzanego ducha wyczuwam... 12.02.03, 10:17
                    Ja, Broc as Lachduinn, czuję w wypowidzi powyższej ducha, co siostrzanym być
                    się wydaje. Czy Ronja rozważyłaby wskazanie nam via nowoczesny, niezrozumiały
                    choć użyteczny wynalazek poczty e-lektronicznej swego kącika do poggadanek?
                    • ronja Siostrzany, bo ma kucyki w kokardkach...;) 13.02.03, 09:18
                      Dziwy się dzieją na tym świecie...:)
                      Nie tylko pełen jest nieznanych istot, elfów, krasnoludów, hobbitów:), ale i
                      napotkani wędrowcy nowoczesnych urzadzeń zwanych gg używają:)))))
                      Posłałam już posłańca z odpowiedzia do Waści...
                      Mam nadzieje, że nie zamarudził gdzie w jakiej knajpie po drodze:)
                      • greywanderers A bracia w szarych płaszczach odzaini... 13.02.03, 10:27
                        Posłaniec dotarł przed chwil kilkoma. Przyjelismy go należycie, jadła i picia
                        nie żałowalismy. Szybko on uwinął się i w drogę powrotną ruszył. Pewnie czeka
                        na Ciebie, Ronju, tam gdzie miejsce umówione macie.
    • aard Kontynuujcie, prooooooooszę... 25.02.03, 10:07
      Gdzei Wasza opowieść, Wędrowcy? Czekamy...
    • greywanderers Re: Szarzy wędrowcy 26.02.03, 10:23
      Oj, pospalismy się przy tej ławie i trunkach - stwierdziła Laair budząc się w
      półmroku izby karczmy...
      Gdzież to moja siostra i bracia...?
      • greywanderers Budzę się ze snu... 27.02.03, 10:27
        Oj Siostro moja, ja mam ciąg niesamowity, jakem Fuar Callag dawno tak
        biesiadować nie było mi dane. Mocne głowy to nie braci specjalność, są jednak
        tacy co potrafia bawić się i dni siedemnaście bez ogladania się na własne
        trzewia. Widzę Laair, że wciagnęły Cię tutejsze obyczaje. I widzę też, że
        opowieści zaniedbane zostały na rzecz swawoli i rubasznych plasów, zakrapianych
        róznej mocy trunkami. Na czym ty to stanelismy?
        • pepperoni78 Re: Budzę się ze snu... 28.02.03, 10:35
          Mój posłaniec miał Wam wczoraj dostarczyć pączki i faworki. Czy dotarł
          szczęśliwie i czy dane Wam było kosztować wytworów mojej Szanownej Małżonki??
          • Gość: Ronja Re: Budzę się ze snu... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.02.03, 11:13
            Taaaa, Peppe, Wędrowców to obłaskawiasz! A mnie?????? Poskarżę się Szanownej
            Małzonce!:)
            • pepperoni78 Re: Budzę się ze snu... 01.03.03, 10:53
              Ufff... Są... A już zacząłem martwić się, że przejedli się pączkami albo, że
              Perła im zaszkodziła .;)
    • Gość: Ronja Re: Szarzy wędrowcy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 05.03.03, 10:37
      No i poszli sobie...:(((
      • Gość: Ciupazka Re: Szarzy wędrowcy IP: *.it-net.pl 05.03.03, 11:53
        Może jeszcze wrócą, chyba się zasmucili tym co usłyszeli , a może odeszli do
        UE, któż to wie?
        • Gość: Ronja Re: Szarzy wędrowcy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 05.03.03, 13:01
          A co usłyszeli...?

          :)
    • Gość: Ronja Re: Szarzy wędrowcy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.03.03, 21:12
      O Wielcy Nieobecni, gdzieżeście Wy?:)
      Nie tyle gwoli wezwania, ile podciongnieńcia wontka do góry:)
    • hm` Gdzie jestescie Szarzy Wedrowcy????? 19.03.03, 22:06
      Zalizwdy wyjechaliscie na wyprawe wojenna czy jak?
      pozdr. hm`
    • Gość: Ronja No nie, się dopiero zorientowałam, że Szarzy na IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.04.03, 18:48
      druga stronę się wyniesli...
    • aard W szarości zawędrowani... 16.04.03, 14:48
      ... dokąd?
    • izis_2003 Re: Szarzy wędrowcy 23.05.03, 18:45
      A WAs gdzie wywiało? Wracajcie prosim. Hop Hop. :)
      • pepperoni78 Re: Szarzy wędrowcy 24.05.03, 13:38
        Już myślałem, że wrócili ;)
    • izis_2003 Re: Szarzy wędrowcy 26.05.03, 12:28
      A oni milczą i milczą. :(
      Hej chłopaki i Wy dzielne kobiałki wracajcie! Pliz :)
      • ronja Re: Szarzy wędrowcy 26.05.03, 20:50
        Podejrzewam, hihi, że nie wiedzą, że ich wskrzesiliście:))))
        • izis_2003 Re: Szarzy wędrowcy 26.05.03, 23:28
          A kto śmiał ich pogrzebać :)
          • ronja O, samopogrzebani... 27.05.03, 09:35
            A propos byłam ostatnio w miejscowości Grzebowilk...
            • pepperoni78 Re: O, samopogrzebani... 27.05.03, 09:36
              Może pojawią się wkrótce ;)

              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=6206122
Inne wątki na temat:
Pełna wersja