Gość: Leopold IP: *.lublin.mm.pl 19.11.03, 23:36 hm czyżby kościół mial to dostać ( oczywiście gratis ) bo przecież pan P ma jakies zobowiązania wyborcze.... Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
tecek Re: Debata: Uratujmy Teatr Stary 20.11.03, 06:01 Teatr może uratować tylko poważny kapitał lub budzet.Pomysły kolejnych chętnych na Teatr ,bez pokazania pieniedzy,są ciągotami do posiadania nieruchości w centrum Lublina,Żadna funkcja knajpa,kino teatr a zwłaszcza muzeum diecezjalne nie zwróci nakładów.Tylko szalony bogaty filantrop lub budzet mogą tozrobić . Odpowiedz Link Zgłoś
dociek Re: Debata: Uratujmy Teatr Stary 20.11.03, 06:31 Mirek nie chce oddać sprawy, tylko "udostępnić", bo inaczej "misja charytatwna" jego fundacji dostanie w łeb. Pozostali, a szczególnie odpowiedzialne za całokształt stanu Teatru Starego władze oraz instytucje: "ble, ble, ble, ble" - od wielu już lat... itd, itd. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: W.s. ROZPAD SLD CORAZ BARDZIEJ REALNY I POŻĄDANY IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 11:21 Doszliśmy więc do SLD. Jak długo może jeszcze trwać zjazd w sondażach partii Leszka Millera? W którym miejscu tej zjeżdżalni znajduje się Sojusz? Jeszcze w październiku wydawało się, że ten intensywny zjazd SLD dobiega końca. Wiele wskazywało na to, że odbijają się od dna i zaczynają łapać wiatr. Jaki wiatr? Zapowiedzi zmian, regionalne zjazdy, rozmowy o oczyszczaniu partii, plany reform plus twarda postawa rządu w negocjacjach europejskich i pierwsze przejawy dobrej koniunktury w gospodarce nagłaśniane w mediach i potwierdzane przez ekspertów. Ale jak spadał, tak spada. I dodatkowo teraz może zadziałać psychologiczny efekt utraty pozycji lidera. Słabnący szybciej traci zwolenników. Niewątpliwie tak. To może być dodatkowy czynnik sprzyjający dalszej utracie poparcia. Najnowsze, listopadowe sondaże "Rzeczpospolitej", CBOS i OBOP zgodnie potwierdzają utratę prowadzenia przez Sojusz. W jednym z nich - tym dla waszej gazety - pozycję lidera w wyborach parlamentarnych traci także koalicja SLD - UP. Medialny przekaz, że inne partie wyprzedzają SLD, nie może mieć pozytywnego wpływu na jego wizerunek. Ale to nie wszystkie kłopoty lewicy. Im komisja śledcza jest bliższa końca prac, tym bardziej wskazuje na konkretne osoby, a te są związane z Sojuszem. W interesie SLD jest więc jak najszybsze zakończenie pracy przez komisję śledczą. Im dalej od wyborów, tym lepiej. Komisja Sojuszowi nie służy dobrze. Podobnie jak inne afery. Kolejna sprawa - plan Hausnera, który jest negatywnie odbierany przez socjalne skrzydło wyborców SLD. Źle robi Sojuszowi także narastająca fala konfliktów społecznych i pracowniczych. Te czynniki razem wzięte powodują, że SLD trudno się odbić. Choć w dalszym ciągu ma mocną kartę w postaci twardej postawy ekipy Leszka Millera w sprawach europejskich. Jeśli Sojuszowi uda się przetrwać i wyjść z największych problemów związanych z komisją śledczą i innymi aferami oraz planem Hausnera, to ma pewne szanse na zatrzymanie tego spadku. W tym tygodniu opublikowaliśmy w "Rzeczpospolitej" dwa sondaże opinii publicznej zapowiadające rewolucyjne zmiany na polskiej scenie politycznej. W sondażu prezydenckim Jolanta Kwaśniewska zdeklasowała wszystkich znanych polityków, uzyskując kilkakrotnie większe poparcie od najbardziej znanych liderów partyjnych. Z kolei w sondażu preferencji partyjnych Sojusz Lewicy Demokratycznej wraz z Unią Pracy po raz pierwszy od kilku lat utracił pozycję najpopularniejszej partii. Lepiej jest odbierana Platforma Obywatelska, która ma obecnie największe poparcie społeczne. YAN A jeśli plan Hausnera zostanie wprowadzony, a nie da szybkich, widocznych efektów i dodatkowo kompromis z Unią zostanie źle odebrany przez większość społeczeństwa... ...wtedy SLD może wejść w fazę rozpadu. Z tej perspektywy niezwykle poważnym problemem dla Sojuszu jest kwestia powstania listy obywatelskiej pod patronatem prezydenta. We wczorajszej "Polityce" Aleksander Kwaśniewski powiedział nawet, że potrzebna jest nowa partia. Czy jest jeszcze coś takiego, jak twardy elektorat SLD? Jest twardy elektorat lewicy, jakieś 20 - 25 procent wyborców. Nie wszyscy z nich są jednak wierni szyldowi SLD. Jak wynika z niedawnych badań OBOP, część ludzi mogłaby poprzeć listę obywatelską, inni Zielonych. W Polsce identyfikacja ideowa nie jest tożsama z identyfikacją czysto partyjną. Jeśli zapadnie decyzja o powołaniu listy obywatelskiej i to przedsięwzięcie będzie wyglądało poważnie, to jedynym manewrem, który mógłby uratować SLD, będzie doprowadzenie do przesilenia politycznego, przejścia do twardej opozycji i ratowania tego najtwardszego jądra, tych 10 procent z lat 1990 - 1991. Wtedy mogą się odbyć przyspieszone wybory. Sygnałem, że SLD będzie chciał przejść do opozycji, będzie danie zielonego światła liberalizacji aborcji. To znak, że ludzie Sojuszu walczą z groźbą marginalizacji, walczą o przetrwanie. A czego potrzeba liście obywatelskiej, by osiągnęła dobry wynik i postawiła SLD przed groźbą rozpadu? Silnego wsparcia ze strony Aleksandra Kwaśniewskiego, a najlepiej - rozumiem, że to dla obozu prezydenckiego niezwykle trudna decyzja - małżeństwa Kwaśniewskich. Odpowiedz Link Zgłoś
lucy_z Re Dosyć oszołomstwa!!!!!!! 20.11.03, 11:32 Matko! Znowu jakis oszołom!;) Tu jest wątek o teatrze ale nie wiem po co drugi...skoro parę watków niżej juz jest jeden. A o Teatrze Starym to jest tyle tu wątków, że jakąś rozprawę na ten temat mozna napisać, tylko ze co z tego? Obiecanki, obiecanki...a teatr się sypie:((( Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wyciek-Przeciek Zabrał biednym, dał bogatym.Miller - Janosik a rebours IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 12:02 Zabrał biednym, dał bogatym Jeśli stać cię na budowę lub zakup nowego domu - nadal będziesz płacił niższe podatki. Ale jeśli twój dom wymaga w przyszłym roku remontu, dzieci trzeba wozić do szkoły i kupować im pomoce naukowe, a sam chcesz się dokształcać - masz pecha. Prosocjalny rząd Leszka Millera zabrał twoje ulgi - czytamy w "Gazecie Poznańskiej". Jeśli chcesz remontować, uczyć się, wozić dziecko do szkoły albo kupować im pomoce naukowe - rób to na własny rachunek. Od przyszłego roku tego rodzaju ulgi w podatkach przestaną obowiązywać. Ich zabranie, tłumaczone przez rząd Leszka Millera potrzebami budżetu, nie przeszkodziło w zostawieniu paru innych. Wciąż będzie można odliczać odsetki na spłatę kredytu hipotecznego. Zostały również ulgi na darowizny. Mówiąc wprost: zostały te ulgi, z których korzystają najbogatsi. Zabrano te, z których z reguły korzystali najbiedniejsi. Realizując zapowiadane przez Leszka Millera zmiany, posłowie powiązali propozycje poprzednich i obecnego ministra finansów. Miano zabrać wszystkie ulgi, aby móc obniżać podatki. – Nawału pytań jeszcze nie ma, pewnie pojawią się dopiero przy rozliczaniu przyszłorocznych PIT-ów – mówi Jacek Przybylski, zastępca kierownika poznańskiego Pierwszego Urzędu Skarbowego. – Ale usunięcie ulgi remontowej będzie można odczuć, nie ma co ukrywać - była bardzo często wykorzystywana. Zarabianie na remontach Co najmniej 2826,4 złotych rocznie - tyle stracą osoby, które maksymalnie wykorzystywały do tej pory ulgi na remont mieszkania, instalacji gazowej (limit jest trzyletni - my podzieliliśmy po równo na każdy rok trwania ulgi), odpłatne dokształcanie i zakup przyrządów i pomocy naukowych. Ale prawie 3 tysiące to nie wszystko. Bo znika również ulga na odpłatne kształcenie - do 760 złotych rocznie. Znika ulga na dojazdy dzieci do szkół: 19 procent faktycznie poniesionych wydatków. Ile dokładnie, potrafią powiedzieć tylko rodzice. Ale dla przykładu: dojazd ucznia z podpoznańskiego Kórnika do Poznania to dla rodziców wydatek rzędu niemal 100 złotych miesięcznie. Jeśli dodać wszystkie utracone ulgi, to podatnik wykorzystujący je w maksymalnym stopniu straci w przyszłym roku 4 tysiące złotych. Oczywiście 4 tysiące złotych to ulga iluzoryczna. Aby dostać taki zwrot z urzędu skarbowego, trzeba, po pierwsze, płacić taki podatek. Większość ludzi znajdujących się w pierwszej grupie podatkowej płaci znacznie mniej. Zarabiając rocznie maksimum przewidziane w tym progu - 37024 złote, płaci się rocznie ponad 6500 złotych podatku. Ale taka kwota wychodzi przed potrąceniem składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. W rzeczywistości jest znacznie mniejsza. Średnio podatnicy stracą więc znacznie mniej, choć jak mówią przedstawiciele urzędów skarbowych: wszyscy z przedziału najmniej zarabiających to odczują, bo stracą najpopularniejszą w tym sektorze ulgę: remontową. Bo o ile nie każdy ma dzieci i nie każdy się dokształca, to prawie każdy remontuje swoje mieszkanie. Ale istnieją sposoby (opisujemy je w ramce), aby mimo to, w przyszłym roku korzystać z ulg. Co nam dołożyli Oprócz mniej zamożnych Polaków, przestaną w przyszłym roku cieszyć się również ci z bogatszych, którzy zarabiali na zyskach z giełdy papierów wartościowych. Do tej pory można w Polsce wcale nie płacić podatków: wystarczy zarabiać jedynie na giełdzie. Od przyszłego roku te zyski zostaną objęte 19- procentowym podatkiem. Analitycy twierdzą, że wcale nie musi być to dla państwa najlepszy interes - minął już bowiem okres największych zysków osiąganych na giełdzie. Co nam zostawili Nie zmieniały się progi i stawki podatkowe, ani nawet - kwota wolna od podatku. Czyli ci, którzy w przyszłym roku liczyli na podwyżkę, mogą też liczyć na to, że wskoczą na wyższe opodatkowanie. Do 37 tysięcy złotych podatek będzie wciąż wynosił 19%, powyżej tej kwoty będzie zaczynał się podatek 30- procentowy, a powyżej 74 tysięcy złotych - 40-procentowy. Zostaje ulga na... darowizny, ale tylko do 350 złotych. I zostaje ulga odsetkowa, która wyparła przed rokiem budowlaną. Jednak nałożone na nią ograniczenia, pozwalają korzystać z niej jedynie ludziom kupującym nowe mieszkania i domy na kredyt. Na takie zakupy stać, nawet z kredytem, niewielu Polaków. Dobrą wiadomością dla najbardziej dotkniętych przez los, jest jednak pozostawienie bez zmian ulg na cele rehabilitacyjne. Zostań przedsiębiorcą Jeśli prowadzisz działalności gospodarczą i płacisz normalne podatki - możesz skorzystać z ulg w inny sposób. Sejm zgodził się bowiem na objęcie przedsiębiorców podatkiem 19-procentowym (tak jak osoby prawne), niezależnie od osiąganych przez nich dochodów. Nie dość, że przedsiębiorca będzie mógł wiele ze swoich zakupów „wrzucić” w koszty - pracownikowi tego nie wolno - to nawet zarabiając jak najbogatsi, będzie płacił niższe podatki. Ten przepis ma jednak ograniczenia - nie dotyczy firm powstałych po 20 stycznia przyszłego roku i zakładanych przez byłych pracowników, którzy w ten sposób nadal chcą pracować dla swoich byłych pracodawców. – To dyskryminacja osób zatrudnionych na umowę o pracę – mówi profesor Witold Modzelewski, od lat zajmujący się polskimi podatkami. – Polskie ulgi są substytutem, zresztą bardzo wąskim, kosztów uzyskania przychodów. A z tych ulg, które zostały, nie ma co ukrywać - częściej korzystają Polacy o średnich i wysokich zarobkach. Jednocześnie faworyzuje się przedsiębiorców, którzy wciąż odpisywać mogą wiele z poniesionych kosztów. To dyskryminacja, bo osoba zatrudniona na umowę nie może odejmować sobie prawie żadnych z ponoszonych kosztów, z czego z kolei może bez przeszkód korzystać przedsiębiorca, choćby wykonywał taką samą pracę, za takie same pieniądze. A może da się jeszcze odpisywać? Mimo że w przyszłym roku znika tyle ulg, istnieją sposoby, aby jednak z niektórych z nich jeszcze przez jakiś czas korzystać. Tak jest z ulgą remontową. Ta ulga jest wykorzystywana zawsze w ciągu trzech lat. Jeśli więc w tym roku nie korzystaliśmy już z możliwości jakie daje - może trzeba o niej pomyśleć? Wystarczy zacząć remont w tym roku. Do końca grudnia trzeba wydać 567 złotych, aby przez dwa kolejne lata odliczyć sobie od podatku 19% z pozostałych pieniędzy wydanych na remont. Według niektórych księgowych można również skorzystać z pozostałych ulg. Wystarczy kupić dziecku w tym roku bilet roczny na cały przyszły rok, albo teraz zapłacić za przyszłoroczne studia, aby skorzystać z ulgi w przyszłym roku. Nie do końca jest to prawdą - po pierwsze wydatki poniesione z tego powodu odpiszemy w przyszłym roku, ale za podatki zapłacone w tym... Po drugie urząd skarbowy może nie uwzględnić wydatków na przyszłoroczne cele. Oszczędzanie serwowane przez parlamentarzystów jest mało strawne. Ciąć ulgi, obniżać podatki - mówią najlepsze „przepisy” podatkowe. Ale nasi rządzący tną dość dziwnie: niby wszystkim po równo. Obcinają te ulgi, z których korzystać może 90% Polaków. Zostawiają takie, z których korzystać mogą tylko ci nieliczni, bogatsi - fakt, że objęci wyższymi podatkami. W tym gronie są jednak tacy, którzy korzystają z ulg potrafią nie płacić podatków prawie wcale. Rządzi zasada: głosują ci biedni, ale dojścia do „władzy” mają bogaci. Sami rządzący częściej korzystają z tych ulg, których akurat nie wykreślili. Cięć, jak zwykle w tej kwestii zgodni, nie zaczęli też od własnych przywilejów. To „danie” byłoby strawniejsze, gdyby dodano do niego choć taką „przyprawę”. Tych ulg już nie będzie: Wydatki na remont i modernizację budynku mieszkalnego lub lokalu mieszkalnego - Limit trzyletni na lata 2003-2005 - 19 procent poniesionych wydatków, nie więcej niż 5.670 zł dla budynku Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Rozciek-Odciek Zły duch prezydenta. Miedzy nami gangsterami. A jak IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 12:29 Zły duch prezydenta czyli między nami gangsterami. A jak jest w Polsce ? Tak samo !!! Prezydenta Litwy pociągnął na dno potężny rosyjski gangster. ANZOR KIKALISZWILI robił interesy w USA i Rosji. Teraz zachciało mu się zostać litewskim oligarchą. Litewski wywiad ujawnił na początku listopada, że doradca do spraw bezpieczeństwa przy litewskim prezydencie utrzymywał bliskie kontakty z rosyjskim gangsterem. Przez znajomości w kręgu najbliższych współpracowników prezydenta mafia usiłowała "ustawiać" prywatyzacje najbardziej łakomych kąsków litewskiej gospodarki - sieci gazociągów, państwowych przedsiębiorstw energetycznych i rafinerii w Możejkach. W oku cyklonu znalazł się urzędujący prezydent Litwy Rolandas Paksas. Prawdziwym bohaterem afery jest jednak jej prowodyr - rosyjski gangster Anzor Aksentiew-Kikaliszwili. - Kim ja jestem? No, jestem działaczem społecznym - wyznał kilka lat temu w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji. By nagrać wywiad, Amerykanie musieli pofatygować się do Moskwy, bo Kikaliszwili znajduje się na liście osób, które nie mogą otrzymać amerykańskiej wizy. Mimo że kilka lat mieszkał w Miami, a jego podopieczni - rosyjscy hokeiści grający w NHL - są bohaterami amerykańskich kibiców. Kikaliszwili uciekł z Miami, gdy FBI rozpoczęło śledztwo w sprawie przenikania rosyjskiej mafii do amerykańskiego sportu. Teraz mafioso, sam określający się skromnie jako "mecenas sportowców", próbuje zapuścić korzenie na Litwie. SKROMNY JAK KOMSOMOLEC Karierę zawodową "mecenas" rozpoczął w latach 70. w Komsomole jako instruktor sportowy i wojskowy w pionierskich łagrach. Tam poznał swoich późniejszych wspólników w biznesie. Wtedy byli to po prostu chłopcy z tak zwanych trudnych rodzin, którzy uciekli w sport przed kłopotami w domu. W latach 90. z tych zapaśników i bokserów wyrósł kościec moskiewskich grup mafijnych. Po kilku latach wśród pionierów Kikaliszwili awansował do Moskwy, do szefostwa stołecznego Komsomołu. W czasie olimpiady w 1980 roku odpowiadał za "program kulturalny" jej uczestników. W ramach obowiązków służbowych wraz ze swoimi komsomolcami pomagał milicji i KGB wyłapywać stołeczne prostytutki i wysyłać je z miasta za "101. kilometr". Radziecka władza chciała udowodnić światowym sportowcom, że w ZSRR nie ma prostytucji, narkomanii ani alkoholizmu. Młody funkcjonariusz Komsomołu poznał przy tej okazji swoje przyszłe pracownice. 10 lat później firma Kikaliszwilego zajęła się "eksportem" prostytutek na Zachód. W uznaniu zaangażowania w akcję "101. kilometr" Anzor Kikaliszwili został skierowany do Akademii Dyplomatycznej radzieckiego MSZ. Tam otworzyły się przed nim wrota kariery i uchyliły pancerne drzwi prowadzące z radzieckiej ojczyzny na wymarzony Zachód. Po krótkiej pracy w Akademii Kikaliszwili pojawił się w otoczeniu nowego radzieckiego genseka Michaiła Gorbaczowa. Należał do jego świty pod - czas podróży Gorbaczowa do Włoch w 1987 roku. Obecnie włoscy karabinierzy dyskretnie milczą na temat tego, z kim Kikaliszwili spotykał się w Rzymie i dlaczego po powrocie do Moskwy twierdził, że ma ogromne znajomości we włoskich kręgach przemysłowych. W każdym razie rok później porzucił dobrze zapowiadającą się karierę polityczną i założył firmę, jedną z pierwszych w ZSRR firm prywatnych. WINO Z KSIĘCIEM Wspólników było trzech. Kikaliszwili zapewniał dostęp na polityczne salony (i co za tym idzie - wszelkie ulgi finansowe), jeden z najsłynniejszych pieśniarzy radzieckich Josif Kobzon (śpiewał między innymi tytułową piosenkę w serialu "Siedemnaście mgnień wiosny") dał nazwisko i pieniądze, a były bokser Otari Kwantriszwili - solidne kontakty z szefami moskiewskich mafii. Tak naprawdę wszyscy trzej mieli niezłe kontakty w tym środowisku. - Kikaliszwili początkowo sprawiał na naszych gangsterach wrażenie śmiesznego bufona - wspomina jeden z byłych mafiosów, który ustatkował się i prowadzi nieduży biznes w Moskwie. - Mówił, że jest potomkiem jakiegoś kaukaskiego księcia, używał książęcych regaliów. W dodatku swój wizerunek w książęcym stroju kazał wydrukować na etykietach wina, które importował z Gruzji. Początkowo firma miała siedzibę w jednej z pierwszych prywatnych restauracji moskiewskich Wstriecza. Ale gdy jej właściciel Giwi Beradze (szef gangu znany w Moskwie pod pseudonimem Giwi "Pochlastany") zaginął bez wieści po jednym ze swoich "biznesowych" spotkań, firma Zrzeszenie XXI Wiek natychmiast zmieniła adres. Do dziś mieści się na dobrze strzeżonym 19. piętrze hotelu Intourist w centrum rosyjskiej stolicy. Na początku lat 90. była już konglomeratem kilkuset firm z najróżniejszych branż. Sekret sukcesu był prosty - Zrzeszenie oferowało ochronę przed gangsterskim reketem w zamian za procent od zysku i przyjęcie swoich ludzi do pracy. Czyli jeden reket zamieniało na drugi. - Nikogo o nic nie prosimy, sami przynoszą pieniądze - tłumaczył dobrotliwie Anzor źródła swego sukcesu. W połowie lat 90. FBI szacowało, że Zrzeszenie co roku przelewa na zagraniczne konta sto milionów dolarów pochodzących z haraczów. Do tego czasu spośród trzech wspólników jeden już nie żył. Wychodząc z sauny w centrum Moskwy, "Otarik" dostał kulę od snajpera. Kikaliszwili i Kobzon pozostali przy życiu, ale swoim "mecenatem" dorobili się zakazu wjazdu do USA. Drugą gałęzią działalności Kikaliszwilego była "opieka" nad sportowcami. Pod koniec lat 80. radziecki hokeista Aleksander Mogilny wyjechał do USA i rozpoczął karierę w amerykańskiej lidze NHL. W Moskwie po szybkim procesie dostał karę śmierci "za zdradę ojczyzny". Na wieść o wyroku początkujący wówczas biznesmen napisał list do Gorbaczowa z prośbą o anulowanie kary i zalegalizowanie transferu radzieckich zawodników na Zachód. Gorbaczow zgodził się, umożliwiając Kikaliszwilemu rozkręcenie wielkiego interesu. Jego pierwszym dużym sukcesem było sprzedanie hokeisty Pawła Bure do NHL. Teraz w amerykańskiej lidze gra prawie 60 Rosjan, a FBI alarmuje, że większość ma kontakty z rosyjską mafią (głównie z grupą Kikaliszwilego). Sam Anzor pojawił się w USA w połowie lat 90. w ślad za Pawłem Bure i amerykańska policja od razu wzięła go na celownik. - Szastał pieniędzmi na prawo i lewo, kupując najdroższe posiadłości. Ludzie traktowali go jak boga - mówił amerykańskiej telewizji jeden z policjantów z Florydy. Centrum rosyjskiego życia w Miami był wówczas nocny klub Porky's należący do Louisa Feinberga, który w Moskwie z powodu owłosienia był znany jako "Losza Tarzan". Z podsłuchanej w 1997 roku rozmowy telefonicznej Amerykanie dowiedzieli się ze zdumieniem, że Kikaliszwili ma już "600 żołnierzy w południowej Florydzie". Śledzili go, gdy pojechał do Puerto Rico na spotkanie z pieśniarzem Kobzonem. - Takie tam towarzyskie spotkanie - mówił o nim po latach. - No jasne - ironizował oficer FBI Jim Moody prowadzący śledztwo w sprawie Kikaliszwilego. - Towarzyskie spotkanie najważniejszych rosyjskich gangsterów! Zaraz po tym spotkaniu "Losza Tarzan" przedstawił w Miami wysłannikom kolumbijskiej mafii śmiały plan: chciał przerzucać narkotyki z Meksyku do USA za pomocą rosyjskiej łodzi podwodnej, którą kupowali właśnie "przyjaciele". Na szczęście jeden z wysłanników z Kolumbii okazał się agentem FBI. Zwierzchnicy nie chcieli początkowo uwierzyć w jego rewelacje. To dało czas Rosjanom. "Losza" zdążył uciec z Miami, zwiał też Kikaliszwili, który obiecywał załatwić dobrą łódź. MOSKIEWSKI MECENAS Po ucieczce z USA Kikaliszwili osiadł w Moskwie. Rozwinął działalność charytatywną, daje ona bowiem znaczne ulgi podatkowe oraz importowe i jest dobrze widziana przez władze. Na jednej z aukcji charytatywnych na przykład kupił zdjęcie rosyjskiej pop grupy Na-Na za... sto tysięcy dolarów. W rosyjskiej stolicy był szanowany jako twardy biznesmen "z Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: JEVGIENIA "NASZA" DROGA POSŁANKA SLD Z LUBLINA IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 12:34 Nasz drogi poseł Parlamentarzyści wydają dziesiątki tysięcy złotych na pisanie listów albo jeżdżenie samochodem. Kto za to płaci? Oczywiście, my wszyscy. Każdy poseł co miesiąc dostaje 9800 zł na prowadzenie swojego biura poselskiego. Mimo wielkich oszczędności budżetowych w przyszłym roku posłowie mają dostać jeszcze więcej pieniędzy! W projekcie budżetu na 2004 rok pod pozycją „wydatki na biura poselskie, biura klubów i kół poselskich” zapisano kwotę ponad 68 milionów zł. To 6 milionów więcej niż w tym roku. Czy to oznacza większe pieniądze dla posłów? – Taka podwyżka jest w planach budżetowych – przyznaje Stanisław Kostrzewa, dyr. biura informacji Kancelarii Sejmu. Kto o tym decyduje? – Odpowiednie zarządzenie wydają marszałek Sejmu i marszałek Senatu – dowiedzieliśmy się w Kancelarii Sejmu. Na co posłowie wydają tyle pieniędzy? – Na wynagrodzenia dla pracowników biur, czynsze, opłaty za prąd, maszynopisanie, remonty biur, podróże samochodem, materiały biurowe, telefon itd. – tłumaczy S. Kostrzewa. – Co roku posłowie muszą się rozliczyć z tych pieniędzy przedstawiając odpowiednie rachunki. Sprawdziliśmy naszych posłów. Od początku kadencji do końca 2002 r. posłowie dostali ok. 134 tys. Najwięcej wydawali na płace pracowników biur (od 10 tys. zł do 65 tys.). Jednak pojawiały się inne dość zaskakujące kwoty. Np. poseł Robert Luśnia z Ruchu Katolicko-Narodowego na korespondencję wydał aż 23 307 zł! – Co miesiąc wysyłałem setki listów z informacjami do różnych osób – tłumaczy poseł. W tym roku listów było mniej, więc na pewno udało mi się część pieniędzy zaoszczędzić. Marian Kwiatkowski, zamojski poseł Samoobrony na „przejazdy samochodem” wydal w ciągu roku 47 274 zł. Nie można było rzadziej jeździć? – Mam duży okręg wyborczy i muszę tyle jeździć – tłumaczy poseł. – Przecież nie biorę tego do kieszeni. Posłowie nie muszą wydawać wszystkich pieniędzy. Tomasz Nałęcz, wicemarszałek Sejmu z Unii Pracy, ze swoich 134 tys. wydał tylko 87 tys. zł. Resztę oddał. Nasi posłowie nie są aż tak oszczędni. Tylko Grzegorz Kurczuk z SLD i Ryszard Stanibuła z PSL zaoszczędzili po 8 tys. zł. – Takie pieniądze nam dano, więc je wykorzystujemy – mówi M. Kwiatkowski. – Wydajemy na utrzymanie biur i propagandę. – Część pieniędzy trzeba też oddać swojej partii – mówi anonimowo jeden z posłów. – W biurach zatrudnia się też członków rodziny i znajomych, których pensje wypłaca się z kasy, jaką dostajemy na biura. Czy posłowie zamierzają oszczędzać chociaż na znaczkach pocztowych? – Trzeba oszczędzać także na sobie – zgadza się poseł Kwiatkowski. – Posłowie powinni zgłosić projekt o obniżeniu dotacji na prowadzenie biur – uważa Zbigniew Szymański, poseł SLD z Ryk. – Podczas głosowania wyborcy zobaczą, komu zależy na poprawie sytuacji, a komu nie. Zyta Gilowska z PO przyznaje, że ma drogie biuro. – Przy zmianie ordynacji wyborczej i wprowadzeniu jednomandatowych, mniejszych okręgów wyborczych, z biur poselskich można by w ogóle zrezygnować. I ja na to od razu się zgodzę. • • komentarz i sonda – strona 2 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: MARCJANNA Asystent posła sld. NOWE PRZEKRĘTY W SLD IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 13:38 Asystent posła Oczekujący w Izraelu na ekstradycję do Polski właściciel Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjnego Colloseum z Ornontowic Józef Jędruch w latach 1998-2001 był asystentem poselskim szefa świętokrzyskich struktur SLD, posła Henryka Długosza. Długosz jest jedną z osób podejrzanych o ostrzeżenie samorządowców ze Starachowic o mających nastąpić aresztowaniach. - Rzeczywiście, w naszym archiwum jest dokument potwierdzający fakt, że Józef Jędruch 28 października 1998 roku został społecznym asystentem posła Henryka Długosza - mówi Stanisław Kostrzewa, szef Biura Informacyjnego Sejmu RP. Jak udało nam się ustalić, Jędruch poznał Długosza co najmniej rok wcześniej. Liczył na to, że świętokrzyski baron SLD pomoże mu w kupieniu tamtejszych zakładów, m.in. chodziło o Hutę Ostrowiec. Dzięki legitymacji asystenckiej z podpisem Długosza, Jędruch mógł przyglądać się wszystkim posiedzeniom Sejmu oraz - co bardziej istotne - kręcić się w kuluarach, przesiadywać w parlamentarnej restauracji i lobbować na rzecz swoich interesów związanych z Colloseum. W ten sposób poznał pierwszy garnitur polskiej polityki, przede wszystkim związany z lewicą. W Sejmie poznał też niejakiego E. K., z którym wspólnie wpadli na pomysł zafundowania SLD ogólnopolskiej, przedwyborczej kampanii billboardowej. Pomysł był bardzo prosty. Od maja 2001 roku we wszystkich większych miastach Polski pojawiły się wielkie plansze reklamowe Colloseum. Wielu postronnych obserwatorów było przekonanych, że Jędruch sam startuje w wyborach i w ten sposób promuje swoją kandydaturę. Tymczasem w kampanii billboardowej chodziło o "przykrywkę" finansowania reklamy zewnętrznej SLD. Wyniki naszego śledztwa potwierdza sam Jędruch, z którym udało nam się skontaktować za pośrednictwem Amal Kennedy, jego izraelskiej przyjaciółki. Twierdzi, że cała kampania billboardowa kosztowała go wówczas 1,6 miliona złotych, z czego 600 tysięcy złotych wydano na plakaty Colloseum, a milion złotych na wielkie reklamy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Józef Jędruch twierdzi, że posiada listę 28 osób, którym w 2001 roku zafundował kampanię wyborczą. Siedem z nich startowało z list wyborczych Akcji Wyborczej Solidarność i nie weszło do parlamentu. Pozostałe 21 osób nosiło w kieszeniach legitymacje SLD. Każda z nich otrzymała na kampanię - w zależności od pozycji i szans na wybór - od 50 do 200 tysięcy złotych. Procedura przekazywania pieniędzy była niezwykle skomplikowana - środki na cele kampanii przekazywano za pośrednictwem 38 firm, w których udziały miało albo kontrolowało "Colloseum". Jedną z nich był dąbrowski "Varplex", kontrolowany zarówno przez Jędrucha, jak i pośrednio przez potentata gazowego Aleksandra Gudzowatego. To ten ostatni - jak twierdzi Jędruch - desygnował do Rady Nadzorczej "Varpleksu" byłego eseldowskiego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka. Wpłat na kampanię SLD dokonywano za pośrednictwem zarządców tych przedsiębiorców, jak i zwykłych pracowników. W kadrach dysponowano bowiem danymi personalnymi tych ludzi i fikcyjnie robiono z nich darczyńców SLD. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Jakub. Re: Nie rozumiem, co to ma wspólnego z Teatrem Sta IP: *.lublin.mm.pl 20.11.03, 15:12 Co te wszystkie ideologiczne i partyjne wywody mają wspólnego z Teatrem Starym, czyli jednym z pomników naszej polskiej, lubelskiej tożsamości? Odpowiedz Link Zgłoś
dociek Re: Nie rozumiem, co to ma wspólnego z Teatrem St 20.11.03, 22:31 Nic, to tylko pojebany spamer z neoplusa. Odpowiedz Link Zgłoś