Dodaj do ulubionych

Debata: Uratujmy Teatr Stary

IP: *.lublin.mm.pl 19.11.03, 23:36
hm czyżby kościół mial to dostać ( oczywiście gratis ) bo
przecież pan P ma jakies zobowiązania wyborcze....
Obserwuj wątek
    • tecek Re: Debata: Uratujmy Teatr Stary 20.11.03, 06:01
      Teatr może uratować tylko poważny kapitał lub budzet.Pomysły
      kolejnych chętnych na Teatr ,bez pokazania pieniedzy,są
      ciągotami do posiadania nieruchości w centrum Lublina,Żadna
      funkcja knajpa,kino teatr a zwłaszcza muzeum diecezjalne nie
      zwróci nakładów.Tylko szalony bogaty filantrop lub budzet mogą
      tozrobić

      .
    • dociek Re: Debata: Uratujmy Teatr Stary 20.11.03, 06:31
      Mirek nie chce oddać sprawy, tylko "udostępnić", bo inaczej "misja
      charytatwna" jego fundacji dostanie w łeb. Pozostali, a szczególnie
      odpowiedzialne za całokształt stanu Teatru Starego władze oraz
      instytucje: "ble, ble, ble, ble" - od wielu już lat... itd, itd.
    • Gość: W.s. ROZPAD SLD CORAZ BARDZIEJ REALNY I POŻĄDANY IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 11:21
      Doszliśmy więc do SLD. Jak długo może jeszcze trwać zjazd w
      sondażach partii Leszka Millera? W którym miejscu tej
      zjeżdżalni znajduje się Sojusz?

      Jeszcze w październiku wydawało się, że ten intensywny zjazd
      SLD dobiega końca. Wiele wskazywało na to, że odbijają się od
      dna i zaczynają łapać wiatr.


      Jaki wiatr?

      Zapowiedzi zmian, regionalne zjazdy, rozmowy o oczyszczaniu
      partii, plany reform plus twarda postawa rządu w negocjacjach
      europejskich i pierwsze przejawy dobrej koniunktury w
      gospodarce nagłaśniane w mediach i potwierdzane przez ekspertów.


      Ale jak spadał, tak spada. I dodatkowo teraz może zadziałać
      psychologiczny efekt utraty pozycji lidera. Słabnący szybciej
      traci zwolenników.

      Niewątpliwie tak. To może być dodatkowy czynnik sprzyjający
      dalszej utracie poparcia. Najnowsze, listopadowe
      sondaże "Rzeczpospolitej", CBOS i OBOP zgodnie potwierdzają
      utratę prowadzenia przez Sojusz. W jednym z nich - tym dla
      waszej gazety - pozycję lidera w wyborach parlamentarnych traci
      także koalicja SLD - UP. Medialny przekaz, że inne partie
      wyprzedzają SLD, nie może mieć pozytywnego wpływu na jego
      wizerunek. Ale to nie wszystkie kłopoty lewicy. Im komisja
      śledcza jest bliższa końca prac, tym bardziej wskazuje na
      konkretne osoby, a te są związane z Sojuszem.


      W interesie SLD jest więc jak najszybsze zakończenie pracy
      przez komisję śledczą. Im dalej od wyborów, tym lepiej.

      Komisja Sojuszowi nie służy dobrze. Podobnie jak inne afery.
      Kolejna sprawa - plan Hausnera, który jest negatywnie odbierany
      przez socjalne skrzydło wyborców SLD. Źle robi Sojuszowi także
      narastająca fala konfliktów społecznych i pracowniczych. Te
      czynniki razem wzięte powodują, że SLD trudno się odbić. Choć w
      dalszym ciągu ma mocną kartę w postaci twardej postawy ekipy
      Leszka Millera w sprawach europejskich. Jeśli Sojuszowi uda się
      przetrwać i wyjść z największych problemów związanych z komisją
      śledczą i innymi aferami oraz planem Hausnera, to ma pewne
      szanse na zatrzymanie tego spadku.

      W tym tygodniu opublikowaliśmy w "Rzeczpospolitej" dwa sondaże
      opinii publicznej zapowiadające rewolucyjne zmiany na polskiej
      scenie politycznej. W sondażu prezydenckim Jolanta Kwaśniewska
      zdeklasowała wszystkich znanych polityków, uzyskując
      kilkakrotnie większe poparcie od najbardziej znanych liderów
      partyjnych. Z kolei w sondażu preferencji partyjnych Sojusz
      Lewicy Demokratycznej wraz z Unią Pracy po raz pierwszy od
      kilku lat utracił pozycję najpopularniejszej partii. Lepiej
      jest odbierana Platforma Obywatelska, która ma obecnie
      największe poparcie społeczne. YAN

      A jeśli plan Hausnera zostanie wprowadzony, a nie da szybkich,
      widocznych efektów i dodatkowo kompromis z Unią zostanie źle
      odebrany przez większość społeczeństwa...

      ...wtedy SLD może wejść w fazę rozpadu. Z tej perspektywy
      niezwykle poważnym problemem dla Sojuszu jest kwestia powstania
      listy obywatelskiej pod patronatem prezydenta. We
      wczorajszej "Polityce" Aleksander Kwaśniewski powiedział nawet,
      że potrzebna jest nowa partia.


      Czy jest jeszcze coś takiego, jak twardy elektorat SLD?

      Jest twardy elektorat lewicy, jakieś 20 - 25 procent wyborców.
      Nie wszyscy z nich są jednak wierni szyldowi SLD. Jak wynika z
      niedawnych badań OBOP, część ludzi mogłaby poprzeć listę
      obywatelską, inni Zielonych. W Polsce identyfikacja ideowa nie
      jest tożsama z identyfikacją czysto partyjną. Jeśli zapadnie
      decyzja o powołaniu listy obywatelskiej i to przedsięwzięcie
      będzie wyglądało poważnie, to jedynym manewrem, który mógłby
      uratować SLD, będzie doprowadzenie do przesilenia politycznego,
      przejścia do twardej opozycji i ratowania tego najtwardszego
      jądra, tych 10 procent z lat 1990 - 1991. Wtedy mogą się odbyć
      przyspieszone wybory. Sygnałem, że SLD będzie chciał przejść do
      opozycji, będzie danie zielonego światła liberalizacji aborcji.
      To znak, że ludzie Sojuszu walczą z groźbą marginalizacji,
      walczą o przetrwanie.


      A czego potrzeba liście obywatelskiej, by osiągnęła dobry wynik
      i postawiła SLD przed groźbą rozpadu?

      Silnego wsparcia ze strony Aleksandra Kwaśniewskiego, a
      najlepiej - rozumiem, że to dla obozu prezydenckiego niezwykle
      trudna decyzja - małżeństwa Kwaśniewskich.

      • lucy_z Re Dosyć oszołomstwa!!!!!!! 20.11.03, 11:32
        Matko! Znowu jakis oszołom!;) Tu jest wątek o teatrze ale nie wiem po co
        drugi...skoro parę watków niżej juz jest jeden.
        A o Teatrze Starym to jest tyle tu wątków, że jakąś rozprawę na ten temat mozna
        napisać, tylko ze co z tego? Obiecanki, obiecanki...a teatr się sypie:(((
    • Gość: Wyciek-Przeciek Zabrał biednym, dał bogatym.Miller - Janosik a rebours IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 12:02
      Zabrał biednym, dał bogatym

      Jeśli stać cię na budowę lub zakup nowego domu - nadal będziesz
      płacił niższe podatki. Ale jeśli twój dom wymaga w przyszłym
      roku remontu, dzieci trzeba wozić do szkoły i kupować im pomoce
      naukowe, a sam chcesz się dokształcać - masz pecha. Prosocjalny
      rząd Leszka Millera zabrał twoje ulgi - czytamy w "Gazecie
      Poznańskiej".

      Jeśli chcesz remontować, uczyć się, wozić dziecko do szkoły
      albo kupować im pomoce naukowe - rób to na własny rachunek. Od
      przyszłego roku tego rodzaju ulgi w podatkach przestaną
      obowiązywać. Ich zabranie, tłumaczone przez rząd Leszka Millera
      potrzebami budżetu, nie przeszkodziło w zostawieniu paru
      innych. Wciąż będzie można odliczać odsetki na spłatę kredytu
      hipotecznego. Zostały również ulgi na darowizny. Mówiąc wprost:
      zostały te ulgi, z których korzystają najbogatsi. Zabrano te, z
      których z reguły korzystali najbiedniejsi.

      Realizując zapowiadane przez Leszka Millera zmiany, posłowie
      powiązali propozycje poprzednich i obecnego ministra finansów.
      Miano zabrać wszystkie ulgi, aby móc obniżać podatki.

      – Nawału pytań jeszcze nie ma, pewnie pojawią się dopiero przy
      rozliczaniu przyszłorocznych PIT-ów – mówi Jacek Przybylski,
      zastępca kierownika poznańskiego Pierwszego Urzędu Skarbowego. –
      Ale usunięcie ulgi remontowej będzie można odczuć, nie ma co
      ukrywać - była bardzo często wykorzystywana.

      Zarabianie na remontach

      Co najmniej 2826,4 złotych rocznie - tyle stracą osoby, które
      maksymalnie wykorzystywały do tej pory ulgi na remont
      mieszkania, instalacji gazowej (limit jest trzyletni - my
      podzieliliśmy po równo na każdy rok trwania ulgi), odpłatne
      dokształcanie i zakup przyrządów i pomocy naukowych. Ale prawie
      3 tysiące to nie wszystko. Bo znika również ulga na odpłatne
      kształcenie - do 760 złotych rocznie. Znika ulga na dojazdy
      dzieci do szkół: 19 procent faktycznie poniesionych wydatków.
      Ile dokładnie, potrafią powiedzieć tylko rodzice. Ale dla
      przykładu: dojazd ucznia z podpoznańskiego Kórnika do Poznania
      to dla rodziców wydatek rzędu niemal 100 złotych miesięcznie.

      Jeśli dodać wszystkie utracone ulgi, to podatnik wykorzystujący
      je w maksymalnym stopniu straci w przyszłym roku 4 tysiące
      złotych.

      Oczywiście 4 tysiące złotych to ulga iluzoryczna. Aby dostać
      taki zwrot z urzędu skarbowego, trzeba, po pierwsze, płacić
      taki podatek. Większość ludzi znajdujących się w pierwszej
      grupie podatkowej płaci znacznie mniej. Zarabiając rocznie
      maksimum przewidziane w tym progu - 37024 złote, płaci się
      rocznie ponad 6500 złotych podatku. Ale taka kwota wychodzi
      przed potrąceniem składek na ubezpieczenie społeczne i
      zdrowotne. W rzeczywistości jest znacznie mniejsza.

      Średnio podatnicy stracą więc znacznie mniej, choć jak mówią
      przedstawiciele urzędów skarbowych: wszyscy z przedziału
      najmniej zarabiających to odczują, bo stracą najpopularniejszą
      w tym sektorze ulgę: remontową. Bo o ile nie każdy ma dzieci i
      nie każdy się dokształca, to prawie każdy remontuje swoje
      mieszkanie. Ale istnieją sposoby (opisujemy je w ramce), aby
      mimo to, w przyszłym roku korzystać z ulg.

      Co nam dołożyli

      Oprócz mniej zamożnych Polaków, przestaną w przyszłym roku
      cieszyć się również ci z bogatszych, którzy zarabiali na
      zyskach z giełdy papierów wartościowych. Do tej pory można w
      Polsce wcale nie płacić podatków: wystarczy zarabiać jedynie na
      giełdzie. Od przyszłego roku te zyski zostaną objęte 19-
      procentowym podatkiem. Analitycy twierdzą, że wcale nie musi
      być to dla państwa najlepszy interes - minął już bowiem okres
      największych zysków osiąganych na giełdzie.

      Co nam zostawili

      Nie zmieniały się progi i stawki podatkowe, ani nawet - kwota
      wolna od podatku. Czyli ci, którzy w przyszłym roku liczyli na
      podwyżkę, mogą też liczyć na to, że wskoczą na wyższe
      opodatkowanie. Do 37 tysięcy złotych podatek będzie wciąż
      wynosił 19%, powyżej tej kwoty będzie zaczynał się podatek 30-
      procentowy, a powyżej 74 tysięcy złotych - 40-procentowy.

      Zostaje ulga na... darowizny, ale tylko do 350 złotych. I
      zostaje ulga odsetkowa, która wyparła przed rokiem budowlaną.
      Jednak nałożone na nią ograniczenia, pozwalają korzystać z niej
      jedynie ludziom kupującym nowe mieszkania i domy na kredyt. Na
      takie zakupy stać, nawet z kredytem, niewielu Polaków.

      Dobrą wiadomością dla najbardziej dotkniętych przez los, jest
      jednak pozostawienie bez zmian ulg na cele rehabilitacyjne.

      Zostań przedsiębiorcą

      Jeśli prowadzisz działalności gospodarczą i płacisz normalne
      podatki - możesz skorzystać z ulg w inny sposób. Sejm zgodził
      się bowiem na objęcie przedsiębiorców podatkiem 19-procentowym
      (tak jak osoby prawne), niezależnie od osiąganych przez nich
      dochodów. Nie dość, że przedsiębiorca będzie mógł wiele ze
      swoich zakupów „wrzucić” w koszty - pracownikowi tego nie
      wolno - to nawet zarabiając jak najbogatsi, będzie płacił
      niższe podatki. Ten przepis ma jednak ograniczenia - nie
      dotyczy firm powstałych po 20 stycznia przyszłego roku i
      zakładanych przez byłych pracowników, którzy w ten sposób nadal
      chcą pracować dla swoich byłych pracodawców.

      – To dyskryminacja osób zatrudnionych na umowę o pracę – mówi
      profesor Witold Modzelewski, od lat zajmujący się polskimi
      podatkami. – Polskie ulgi są substytutem, zresztą bardzo
      wąskim, kosztów uzyskania przychodów. A z tych ulg, które
      zostały, nie ma co ukrywać - częściej korzystają Polacy o
      średnich i wysokich zarobkach. Jednocześnie faworyzuje się
      przedsiębiorców, którzy wciąż odpisywać mogą wiele z
      poniesionych kosztów. To dyskryminacja, bo osoba zatrudniona na
      umowę nie może odejmować sobie prawie żadnych z ponoszonych
      kosztów, z czego z kolei może bez przeszkód korzystać
      przedsiębiorca, choćby wykonywał taką samą pracę, za takie same
      pieniądze.

      A może da się jeszcze odpisywać?

      Mimo że w przyszłym roku znika tyle ulg, istnieją sposoby, aby
      jednak z niektórych z nich jeszcze przez jakiś czas korzystać.
      Tak jest z ulgą remontową. Ta ulga jest wykorzystywana zawsze w
      ciągu trzech lat. Jeśli więc w tym roku nie korzystaliśmy już z
      możliwości jakie daje - może trzeba o niej pomyśleć? Wystarczy
      zacząć remont w tym roku. Do końca grudnia trzeba wydać 567
      złotych, aby przez dwa kolejne lata odliczyć sobie od podatku
      19% z pozostałych pieniędzy wydanych na remont.

      Według niektórych księgowych można również skorzystać z
      pozostałych ulg. Wystarczy kupić dziecku w tym roku bilet
      roczny na cały przyszły rok, albo teraz zapłacić za
      przyszłoroczne studia, aby skorzystać z ulgi w przyszłym roku.
      Nie do końca jest to prawdą - po pierwsze wydatki poniesione z
      tego powodu odpiszemy w przyszłym roku, ale za podatki
      zapłacone w tym... Po drugie urząd skarbowy może nie uwzględnić
      wydatków na przyszłoroczne cele.

      Oszczędzanie serwowane przez parlamentarzystów jest mało
      strawne. Ciąć ulgi, obniżać podatki - mówią
      najlepsze „przepisy” podatkowe. Ale nasi rządzący tną dość
      dziwnie: niby wszystkim po równo. Obcinają te ulgi, z których
      korzystać może 90% Polaków. Zostawiają takie, z których
      korzystać mogą tylko ci nieliczni, bogatsi - fakt, że objęci
      wyższymi podatkami. W tym gronie są jednak tacy, którzy
      korzystają z ulg potrafią nie płacić podatków prawie wcale.
      Rządzi zasada: głosują ci biedni, ale dojścia do „władzy” mają
      bogaci. Sami rządzący częściej korzystają z tych ulg, których
      akurat nie wykreślili. Cięć, jak zwykle w tej kwestii zgodni,
      nie zaczęli też od własnych przywilejów. To „danie” byłoby
      strawniejsze, gdyby dodano do niego choć taką „przyprawę”.

      Tych ulg już nie będzie:
      Wydatki na remont i modernizację budynku mieszkalnego lub
      lokalu mieszkalnego - Limit trzyletni na lata 2003-2005 - 19
      procent poniesionych wydatków, nie więcej niż 5.670 zł dla
      budynku
    • Gość: Rozciek-Odciek Zły duch prezydenta. Miedzy nami gangsterami. A jak IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 12:29
      Zły duch prezydenta czyli między nami gangsterami. A jak jest w
      Polsce ? Tak samo !!!

      Prezydenta Litwy pociągnął na dno potężny rosyjski gangster.
      ANZOR KIKALISZWILI robił interesy w USA i Rosji. Teraz
      zachciało mu się zostać litewskim oligarchą.

      Litewski wywiad ujawnił na początku listopada, że doradca do
      spraw bezpieczeństwa przy litewskim prezydencie utrzymywał
      bliskie kontakty z rosyjskim gangsterem. Przez znajomości w
      kręgu najbliższych współpracowników prezydenta mafia
      usiłowała "ustawiać" prywatyzacje najbardziej łakomych kąsków
      litewskiej gospodarki - sieci gazociągów, państwowych
      przedsiębiorstw energetycznych i rafinerii w Możejkach. W oku
      cyklonu znalazł się urzędujący prezydent Litwy Rolandas Paksas.
      Prawdziwym bohaterem afery jest jednak jej prowodyr - rosyjski
      gangster Anzor Aksentiew-Kikaliszwili.

      - Kim ja jestem? No, jestem działaczem społecznym - wyznał
      kilka lat temu w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji. By
      nagrać wywiad, Amerykanie musieli pofatygować się do Moskwy, bo
      Kikaliszwili znajduje się na liście osób, które nie mogą
      otrzymać amerykańskiej wizy. Mimo że kilka lat mieszkał w
      Miami, a jego podopieczni - rosyjscy hokeiści grający w NHL -
      są bohaterami amerykańskich kibiców. Kikaliszwili uciekł z
      Miami, gdy FBI rozpoczęło śledztwo w sprawie przenikania
      rosyjskiej mafii do amerykańskiego sportu. Teraz mafioso, sam
      określający się skromnie jako "mecenas sportowców", próbuje
      zapuścić korzenie na Litwie.

      SKROMNY JAK KOMSOMOLEC

      Karierę zawodową "mecenas" rozpoczął w latach 70. w Komsomole
      jako instruktor sportowy i wojskowy w pionierskich łagrach. Tam
      poznał swoich późniejszych wspólników w biznesie. Wtedy byli to
      po prostu chłopcy z tak zwanych trudnych rodzin, którzy uciekli
      w sport przed kłopotami w domu. W latach 90. z tych zapaśników
      i bokserów wyrósł kościec moskiewskich grup mafijnych.

      Po kilku latach wśród pionierów Kikaliszwili awansował do
      Moskwy, do szefostwa stołecznego Komsomołu. W czasie olimpiady
      w 1980 roku odpowiadał za "program kulturalny" jej uczestników.
      W ramach obowiązków służbowych wraz ze swoimi komsomolcami
      pomagał milicji i KGB wyłapywać stołeczne prostytutki i wysyłać
      je z miasta za "101. kilometr". Radziecka władza chciała
      udowodnić światowym sportowcom, że w ZSRR nie ma prostytucji,
      narkomanii ani alkoholizmu. Młody funkcjonariusz Komsomołu
      poznał przy tej okazji swoje przyszłe pracownice. 10 lat
      później firma Kikaliszwilego zajęła się "eksportem" prostytutek
      na Zachód.

      W uznaniu zaangażowania w akcję "101. kilometr" Anzor
      Kikaliszwili został skierowany do Akademii Dyplomatycznej
      radzieckiego MSZ. Tam otworzyły się przed nim wrota kariery i
      uchyliły pancerne drzwi prowadzące z radzieckiej ojczyzny na
      wymarzony Zachód. Po krótkiej pracy w Akademii Kikaliszwili
      pojawił się w otoczeniu nowego radzieckiego genseka Michaiła
      Gorbaczowa. Należał do jego świty pod - czas podróży Gorbaczowa
      do Włoch w 1987 roku. Obecnie włoscy karabinierzy dyskretnie
      milczą na temat tego, z kim Kikaliszwili spotykał się w Rzymie
      i dlaczego po powrocie do Moskwy twierdził, że ma ogromne
      znajomości we włoskich kręgach przemysłowych. W każdym razie
      rok później porzucił dobrze zapowiadającą się karierę
      polityczną i założył firmę, jedną z pierwszych w ZSRR firm
      prywatnych.

      WINO Z KSIĘCIEM

      Wspólników było trzech. Kikaliszwili zapewniał dostęp na
      polityczne salony (i co za tym idzie - wszelkie ulgi
      finansowe), jeden z najsłynniejszych pieśniarzy radzieckich
      Josif Kobzon (śpiewał między innymi tytułową piosenkę w
      serialu "Siedemnaście mgnień wiosny") dał nazwisko i pieniądze,
      a były bokser Otari Kwantriszwili - solidne kontakty z szefami
      moskiewskich mafii. Tak naprawdę wszyscy trzej mieli niezłe
      kontakty w tym środowisku.

      - Kikaliszwili początkowo sprawiał na naszych gangsterach
      wrażenie śmiesznego bufona - wspomina jeden z byłych mafiosów,
      który ustatkował się i prowadzi nieduży biznes w Moskwie. -
      Mówił, że jest potomkiem jakiegoś kaukaskiego księcia, używał
      książęcych regaliów. W dodatku swój wizerunek w książęcym
      stroju kazał wydrukować na etykietach wina, które importował z
      Gruzji.

      Początkowo firma miała siedzibę w jednej z pierwszych
      prywatnych restauracji moskiewskich Wstriecza. Ale gdy jej
      właściciel Giwi Beradze (szef gangu znany w Moskwie pod
      pseudonimem Giwi "Pochlastany") zaginął bez wieści po jednym ze
      swoich "biznesowych" spotkań, firma Zrzeszenie XXI Wiek
      natychmiast zmieniła adres. Do dziś mieści się na dobrze
      strzeżonym 19. piętrze hotelu Intourist w centrum rosyjskiej
      stolicy. Na początku lat 90. była już konglomeratem kilkuset
      firm z najróżniejszych branż. Sekret sukcesu był prosty -
      Zrzeszenie oferowało ochronę przed gangsterskim reketem w
      zamian za procent od zysku i przyjęcie swoich ludzi do pracy.
      Czyli jeden reket zamieniało na drugi.

      - Nikogo o nic nie prosimy, sami przynoszą pieniądze -
      tłumaczył dobrotliwie Anzor źródła swego sukcesu. W połowie lat
      90. FBI szacowało, że Zrzeszenie co roku przelewa na
      zagraniczne konta sto milionów dolarów pochodzących z haraczów.
      Do tego czasu spośród trzech wspólników jeden już nie żył.
      Wychodząc z sauny w centrum Moskwy, "Otarik" dostał kulę od
      snajpera. Kikaliszwili i Kobzon pozostali przy życiu, ale
      swoim "mecenatem" dorobili się zakazu wjazdu do USA.

      Drugą gałęzią działalności Kikaliszwilego była "opieka" nad
      sportowcami. Pod koniec lat 80. radziecki hokeista Aleksander
      Mogilny wyjechał do USA i rozpoczął karierę w amerykańskiej
      lidze NHL. W Moskwie po szybkim procesie dostał karę
      śmierci "za zdradę ojczyzny". Na wieść o wyroku początkujący
      wówczas biznesmen napisał list do Gorbaczowa z prośbą o
      anulowanie kary i zalegalizowanie transferu radzieckich
      zawodników na Zachód. Gorbaczow zgodził się, umożliwiając
      Kikaliszwilemu rozkręcenie wielkiego interesu.

      Jego pierwszym dużym sukcesem było sprzedanie hokeisty Pawła
      Bure do NHL. Teraz w amerykańskiej lidze gra prawie 60 Rosjan,
      a FBI alarmuje, że większość ma kontakty z rosyjską mafią
      (głównie z grupą Kikaliszwilego). Sam Anzor pojawił się w USA w
      połowie lat 90. w ślad za Pawłem Bure i amerykańska policja od
      razu wzięła go na celownik. - Szastał pieniędzmi na prawo i
      lewo, kupując najdroższe posiadłości. Ludzie traktowali go jak
      boga - mówił amerykańskiej telewizji jeden z policjantów z
      Florydy.

      Centrum rosyjskiego życia w Miami był wówczas nocny klub
      Porky's należący do Louisa Feinberga, który w Moskwie z powodu
      owłosienia był znany jako "Losza Tarzan". Z podsłuchanej w 1997
      roku rozmowy telefonicznej Amerykanie dowiedzieli się ze
      zdumieniem, że Kikaliszwili ma już "600 żołnierzy w południowej
      Florydzie". Śledzili go, gdy pojechał do Puerto Rico na
      spotkanie z pieśniarzem Kobzonem.

      - Takie tam towarzyskie spotkanie - mówił o nim po latach. - No
      jasne - ironizował oficer FBI Jim Moody prowadzący śledztwo w
      sprawie Kikaliszwilego. - Towarzyskie spotkanie najważniejszych
      rosyjskich gangsterów! Zaraz po tym spotkaniu "Losza Tarzan"
      przedstawił w Miami wysłannikom kolumbijskiej mafii śmiały
      plan: chciał przerzucać narkotyki z Meksyku do USA za pomocą
      rosyjskiej łodzi podwodnej, którą kupowali
      właśnie "przyjaciele". Na szczęście jeden z wysłanników z
      Kolumbii okazał się agentem FBI. Zwierzchnicy nie chcieli
      początkowo uwierzyć w jego rewelacje. To dało czas
      Rosjanom. "Losza" zdążył uciec z Miami, zwiał też Kikaliszwili,
      który obiecywał załatwić dobrą łódź.

      MOSKIEWSKI MECENAS

      Po ucieczce z USA Kikaliszwili osiadł w Moskwie. Rozwinął
      działalność charytatywną, daje ona bowiem znaczne ulgi
      podatkowe oraz importowe i jest dobrze widziana przez władze.
      Na jednej z aukcji charytatywnych na przykład kupił zdjęcie
      rosyjskiej pop grupy Na-Na za... sto tysięcy dolarów.

      W rosyjskiej stolicy był szanowany jako twardy biznesmen "z
    • Gość: JEVGIENIA "NASZA" DROGA POSŁANKA SLD Z LUBLINA IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 12:34
      Nasz drogi poseł

      Parlamentarzyści wydają dziesiątki tysięcy złotych na pisanie
      listów
      albo jeżdżenie samochodem. Kto za to płaci? Oczywiście, my
      wszyscy. Każdy poseł co miesiąc dostaje 9800 zł na prowadzenie
      swojego biura poselskiego. Mimo wielkich oszczędności
      budżetowych w przyszłym roku posłowie mają dostać jeszcze
      więcej pieniędzy!

      W projekcie budżetu na 2004 rok pod pozycją „wydatki na biura
      poselskie, biura klubów i kół poselskich” zapisano kwotę ponad
      68 milionów zł. To 6 milionów więcej niż w tym roku. Czy to
      oznacza większe pieniądze dla posłów? – Taka podwyżka jest w
      planach budżetowych – przyznaje Stanisław Kostrzewa, dyr. biura
      informacji Kancelarii Sejmu. Kto o tym decyduje? – Odpowiednie
      zarządzenie wydają marszałek Sejmu i marszałek Senatu –
      dowiedzieliśmy się w Kancelarii Sejmu.
      Na co posłowie wydają tyle pieniędzy? – Na wynagrodzenia dla
      pracowników biur, czynsze, opłaty za prąd, maszynopisanie,
      remonty biur, podróże samochodem, materiały biurowe, telefon
      itd. – tłumaczy S. Kostrzewa. – Co roku posłowie muszą się
      rozliczyć z tych pieniędzy przedstawiając odpowiednie rachunki.
      Sprawdziliśmy naszych posłów. Od początku kadencji do końca
      2002 r. posłowie dostali ok. 134 tys. Najwięcej wydawali na
      płace pracowników biur (od 10 tys. zł do 65 tys.). Jednak
      pojawiały się inne dość zaskakujące kwoty. Np. poseł Robert
      Luśnia z Ruchu Katolicko-Narodowego na korespondencję wydał aż
      23 307 zł! – Co miesiąc wysyłałem setki listów z informacjami
      do różnych osób – tłumaczy poseł. W tym roku listów było mniej,
      więc na pewno udało mi się część pieniędzy zaoszczędzić.
      Marian Kwiatkowski, zamojski poseł Samoobrony na „przejazdy
      samochodem” wydal w ciągu roku 47 274 zł. Nie można było
      rzadziej jeździć? – Mam duży okręg wyborczy i muszę tyle
      jeździć – tłumaczy poseł. – Przecież nie biorę tego do kieszeni.
      Posłowie nie muszą wydawać wszystkich pieniędzy. Tomasz Nałęcz,
      wicemarszałek Sejmu z Unii Pracy, ze swoich 134 tys. wydał
      tylko 87 tys. zł. Resztę oddał. Nasi posłowie nie są aż tak
      oszczędni. Tylko Grzegorz Kurczuk z SLD i Ryszard Stanibuła z
      PSL zaoszczędzili po 8 tys. zł.
      – Takie pieniądze nam dano, więc je wykorzystujemy – mówi M.
      Kwiatkowski. – Wydajemy na utrzymanie biur i propagandę.
      – Część pieniędzy trzeba też oddać swojej partii – mówi
      anonimowo jeden z posłów. – W biurach zatrudnia się też
      członków rodziny i znajomych, których pensje wypłaca się z
      kasy, jaką dostajemy na biura.
      Czy posłowie zamierzają oszczędzać chociaż na znaczkach
      pocztowych? – Trzeba oszczędzać także na sobie – zgadza się
      poseł Kwiatkowski.
      – Posłowie powinni zgłosić projekt o obniżeniu dotacji na
      prowadzenie biur – uważa Zbigniew Szymański, poseł SLD z Ryk. –
      Podczas głosowania wyborcy zobaczą, komu zależy na poprawie
      sytuacji, a komu nie.
      Zyta Gilowska z PO przyznaje, że ma drogie biuro. – Przy
      zmianie ordynacji wyborczej i wprowadzeniu jednomandatowych,
      mniejszych okręgów wyborczych, z biur poselskich można by w
      ogóle zrezygnować. I ja na to od razu się zgodzę. •
      • komentarz i sonda – strona 2



    • Gość: MARCJANNA Asystent posła sld. NOWE PRZEKRĘTY W SLD IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.03, 13:38
      Asystent posła

      Oczekujący w Izraelu na ekstradycję do Polski właściciel
      Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjnego Colloseum z Ornontowic
      Józef Jędruch w latach 1998-2001 był asystentem poselskim szefa
      świętokrzyskich struktur SLD, posła Henryka Długosza. Długosz
      jest jedną z osób podejrzanych o ostrzeżenie samorządowców ze
      Starachowic o mających nastąpić aresztowaniach.

      - Rzeczywiście, w naszym archiwum jest dokument potwierdzający
      fakt, że Józef Jędruch 28 października 1998 roku został
      społecznym asystentem posła Henryka Długosza - mówi Stanisław
      Kostrzewa, szef Biura Informacyjnego Sejmu RP.

      Jak udało nam się ustalić, Jędruch poznał Długosza co najmniej
      rok wcześniej. Liczył na to, że świętokrzyski baron SLD pomoże
      mu w kupieniu tamtejszych zakładów, m.in. chodziło o Hutę
      Ostrowiec.

      Dzięki legitymacji asystenckiej z podpisem Długosza, Jędruch
      mógł przyglądać się wszystkim posiedzeniom Sejmu oraz - co
      bardziej istotne - kręcić się w kuluarach, przesiadywać w
      parlamentarnej restauracji i lobbować na rzecz swoich interesów
      związanych z Colloseum. W ten sposób poznał pierwszy garnitur
      polskiej polityki, przede wszystkim związany z lewicą. W Sejmie
      poznał też niejakiego E. K., z którym wspólnie wpadli na pomysł
      zafundowania SLD ogólnopolskiej, przedwyborczej kampanii
      billboardowej.

      Pomysł był bardzo prosty. Od maja 2001 roku we wszystkich
      większych miastach Polski pojawiły się wielkie plansze
      reklamowe Colloseum. Wielu postronnych obserwatorów było
      przekonanych, że Jędruch sam startuje w wyborach i w ten sposób
      promuje swoją kandydaturę. Tymczasem w kampanii billboardowej
      chodziło o "przykrywkę" finansowania reklamy zewnętrznej SLD.
      Wyniki naszego śledztwa potwierdza sam Jędruch, z którym udało
      nam się skontaktować za pośrednictwem Amal Kennedy, jego
      izraelskiej przyjaciółki. Twierdzi, że cała kampania
      billboardowa kosztowała go wówczas 1,6 miliona złotych, z czego
      600 tysięcy złotych wydano na plakaty Colloseum, a milion
      złotych na wielkie reklamy Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

      Józef Jędruch twierdzi, że posiada listę 28 osób, którym w 2001
      roku zafundował kampanię wyborczą. Siedem z nich startowało z
      list wyborczych Akcji Wyborczej Solidarność i nie weszło do
      parlamentu. Pozostałe 21 osób nosiło w kieszeniach legitymacje
      SLD. Każda z nich otrzymała na kampanię - w zależności od
      pozycji i szans na wybór - od 50 do 200 tysięcy złotych.

      Procedura przekazywania pieniędzy była niezwykle skomplikowana -
      środki na cele kampanii przekazywano za pośrednictwem 38 firm,
      w których udziały miało albo kontrolowało "Colloseum". Jedną z
      nich był dąbrowski "Varplex", kontrolowany zarówno przez
      Jędrucha, jak i pośrednio przez potentata gazowego Aleksandra
      Gudzowatego. To ten ostatni - jak twierdzi Jędruch - desygnował
      do Rady Nadzorczej "Varpleksu" byłego eseldowskiego ministra
      skarbu Wiesława Kaczmarka.

      Wpłat na kampanię SLD dokonywano za pośrednictwem zarządców
      tych przedsiębiorców, jak i zwykłych pracowników. W kadrach
      dysponowano bowiem danymi personalnymi tych ludzi i fikcyjnie
      robiono z nich darczyńców SLD.
      • Gość: Jakub. Re: Nie rozumiem, co to ma wspólnego z Teatrem Sta IP: *.lublin.mm.pl 20.11.03, 15:12
        Co te wszystkie ideologiczne i partyjne wywody mają wspólnego z Teatrem
        Starym, czyli jednym z pomników naszej polskiej, lubelskiej tożsamości?
        • dociek Re: Nie rozumiem, co to ma wspólnego z Teatrem St 20.11.03, 22:31
          Nic, to tylko pojebany spamer z neoplusa.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka