halevi
17.10.05, 14:09
Miasta dla ludzi - Rozmowa Barbary Bubuli z dr. Jackiem Wesołowskim (tekst
z "Obywatela")
Napisał Pan w swojej książce, że planowanie przestrzenne jest emanacją
społecznej świadomości.
J.W.: Kiedy jedziemy przez Europę, gołym okiem widać, że są kraje, w których
zabudowa i funkcje poszczególnych terenów są uporządkowane, zwarte,
racjonalne. To kraje germańskie, od Skandynawii po Szwajcarię. I są kraje
takie, jak Włochy. Gdy jedzie się pociągiem z Neapolu do Reggio, to ma się
wrażenie, że cały czas wędrujemy wzdłuż jednego miasta-przedmieścia.
Planowanie przestrzenne oznacza pewne ograniczenie wolności jednostki, aby
społeczeństwo mogło korzystać z przestrzeni. Istnieją kraje, gdzie świadomie
wykorzystuje się pewne elementy w świadomości społecznej, np. w krajach
anglosaskich od XVIII w. ukształtował się krytyczny stosunek do miasta jako
miejsca, w którym brakuje powietrza, jest ciasno, brudno i niezdrowo. I
wykorzystano to, promując budownictwo niskiej intensywności, przedstawiane
jako wyższy poziom cywilizacyjny. W świadomości Amerykanów domek z ogródkiem
stał się więc ideałem, do którego się dążyło. Za to się dziś płaci, bo miasta
amerykańskie zajęły ogromne przestrzenie. Ale była to kwestia wyboru tamtego
społeczeństwa.
Czyli nie uważa Pan miast amerykańskich za gorsze od np. niemieckich?
J.W.: Mój wzorzec idealnego miasta jest inny. Jeśli uznamy, że względy
estetyczne są ważne, to oczywiście amerykańskie są gorsze. Martwe
śródmieścia, niezabudowane kwartały, ogromna skala, niesamowite dystanse do
pokonania. Wolę Szwajcarię, która też nie jest krajem biednym, a ma piękne
miasta. Są one ukształtowane w ludzkiej skali, nie ma tam ostrych
antagonizmów społecznych, kontrastów, napięć. Bo nie można zapominać o tym,
że z ukształtowania przestrzeni w danym kraju, zwłaszcza w miastach, można
wnioskować o typie konfliktów społecznych na danym terenie.
Istnieje więc sprzężenie zwrotne pomiędzy tym, jak wyglądają miasta i jak
wygląda życie społeczne w danym kraju?
J.W.: Wygląd miast jest ściśle związany z kulturą danej społeczności. Od tej
kultury zależy oblicze miast i odwrotnie, poziom tej kultury, jej kierunek
rozwoju, zależy w dużym stopniu od wyglądu miast. Przy czym należy pamiętać,
że nie ma to nic wspólnego z zamożnością. Jest oczywiste, że w Europie
niezwykłe znaczenie ma ochrona zabytków - nie tylko poszczególnych
zabytkowych budynków, ale także przestrzeni, krajobrazu, poczucia ciągłości,
tradycji. Europa jest mniej podatna na innowacje. Ale - co chyba
najważniejsze - przestrzeń dostarcza mieszkańcom Europy atrybutów tożsamości,
czują się wrośnięci w dany pejzaż, związani ze swoją rodzinną okolicą.
Amerykanie ukształtowali kulturę, w której człowiek nie jest w ten sposób
związany z konkretną przestrzenią, ich sposób życia charakteryzuje się dużą
mobilnością.
Polska dzisiaj wydaje się podążać za wzorcem amerykańskim, z dominacją
samochodu w przestrzeni. Motoryzacja indywidualna stała się najważniejszym
czynnikiem planowania przestrzennego. Opinia publiczna nie jest świadoma, do
czego prowadzi chaos w planowaniu i podporządkowanie rozwoju miast samochodom.
J.W.: Też mam takie wrażenie. Większość architektów i urbanistów przede
wszystkim zarabia na życie. Starają się schlebiać gustom wszystkich, zatem
plany są nijakie, albo - co gorsza - podporządkowane ogólnym, szkodliwym
wyobrażeniom o tym, co jest dla danego terenu "korzystne". Jeśli urzędnicy
uznają, że zrobią biznes na działkach zabudowanych, to planuje się długi pas
zabudowy komercyjnej po obu stronach drogi. Potrzeba naprawdę silnej
osobowości i autorytetu urbanisty oraz świadomości tego, jak powinno wyglądać
osiedle czy miasto, by przekonać lokalnych polityków do dobrego planu
przestrzennego. Niestety, urbanistyka stała się w Polsce pustą procedurą
biurokratyczną. Dopiero interwencje zewnętrzne, np. konserwatora zabytków
pozwalają uratować niektóre tereny przed chaosem lub niekontrolowaną
zabudową.
Konieczna jest zatem popularyzacja problematyki planowania przestrzennego
wśród polskich obywateli, polskiej opinii publicznej.
J.W.: Wróciłbym do kwestii estetycznych. Jeśli większość stawianych w Polsce
płotów to betonowe koszmarne prefabrykaty w stylu "rokokowym", to oznacza, że
społeczeństwo nie ma wyrobionego podstawowego zmysłu estetycznego. Tu
wyraźnie negatywnie odróżniamy się nie tylko od Niemców, ale i Czechów czy
Słowaków. U nas każdy chce się wyróżniać i stąd estetyczna kakofonia. Nie ma
zmysłu ochrony dobra społecznego, podporządkowania się pewnemu wzorcowi,
umiaru, prostoty. Bierze się to z długich okresów braku państwowości w
ostatnich 200 latach, co potwierdza pewnie tezę o kulturowym charakterze
planowania przestrzennego.
Przy takim stanie świadomości, presja indywidualnego transportu jest coraz
dotkliwsza. Zachodzą nieodwracalne zmiany w kształcie urbanistycznym
Warszawy, Krakowa, Łodzi.
J.W.: Wśród osób zamożnych kształtuje się obecnie nowy model życia
miejskiego, zaczerpnięty z hollywoodzkich filmów. Presja używania samochodu
jest bardzo duża - tak duża, że nie dopuszcza do głosu argumentów za
interesem publicznym. Użytkownicy samochodów albo zatracili już świadomość,
że miasto jest czymś wspólnym, a nie tylko zbiorem ulic dla ich prywatnego
samochodu, albo tę świadomość od siebie odsuwają. Rzeczywiście jest tak, że
potrzeby transportowe stały się obecnie podstawowym czynnikiem kształtującym
przestrzeń, zwłaszcza w miastach poprzemysłowych, takich jak Łódź.
Niektórym marzy się na przykład modelowe centrum bez mieszkań. Tymczasem brak
inwestowania w śródmieście, usuwanie się z niego lepiej sytuowanych
mieszkańców, czyni z tego obszaru miejsce upadku społecznego i technicznego,
kamienice zamieniają się w rudery, następuje erozja miasta. Z kolei te rudery
wyburza się, już nawet nie dlatego, że poszerzane są ulice (na to na razie
miasta nie stać), ale dla miejsc parkingowych. Śródmieście ulega erozji.
Rośnie atrakcyjność obrzeży, a nawet komunistycznych blokowisk. Mamy więc
klasyczny objaw znany z miast amerykańskich, tzw. urban sprawl, czyli
rozpełzania się miasta.
To, czym Łódź się różni, to tempo przemian, bo kierunek jest podobny: mamy
już degradację śródmieścia, powszechną motoryzację, brak jeszcze tylko (i oby
jak najdłużej) "domu dostępnego" dla większości. Poprawa w gospodarce może
to "diabelskie koło" dezurbanizacji rozpędzić nieodwracalnie. Skoro prawie
nikt nie chce zamieszkać w śródmieściu, to co z tego, że np. w Łodzi można by
stworzyć świetne, oryginalne miejsca do zamieszkania w byłych fabrykach,
których jest w centrum mnóstwo. Na razie zamiast tego wymyślono, by budować
tam centra handlowe. Nie ma pomysłów, jak umiejętnie wtopić te tereny
poprzemysłowe w tkankę miasta, zachowując ich walory, a miastu nie szkodząc.
Błędna polityka polega na stwarzaniu inwestorom dogodnych warunków do
inwestowania przede wszystkim na obrzeżach, nawet samo miasto jest od dawna
jednym z takich budowlanych przedsiębiorców.
A co z mieszkańcami centrów miast?
J.W.: Nie jesteśmy w stanie nigdzie tych ludzi z kamienic śródmiejskich
przenieść, nie stać nas na to. Jeśli nastąpi erozja śródmieść, zawsze ktoś za
to zapłaci - zapłacą bezpośrednio oni, bo będą nękani hałasem i spalinami.
Ale zapłacą też wszyscy, bo pozbędą się przyjaznego ludziom i bezpiecznego
śródmieścia.
Pomijając względy estetyczne czy ekonomiczne - taka polityka nie ma nic
wspólnego z solidaryzmem społecznym, tradycyjnym w Europie. Weźmy za przykład
Wiedeń, który postawił na szeroki zakres budownictwa komunalnego. Nie chcą
budować gett, więc dbają o to, by nowa zabudowa, również śródmiejska, miała
zróżnicowany standard. Tam to jest możliwe, bo do erozji nie dopuszczono.
Tymczasem podporządkowanie miast samochodom powoduje powstawanie gett.
Ciekawe, że w Polsce jest ogromna rzesza właścicieli kam