Dodaj do ulubionych

SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!!

26.09.02, 21:46
"W moim pokoju myśli roje
Ja pośród roju myśli stoję
Myślę,że myśli ten rój myśli
Że moje myśli to on wyśnił"

Tą oto cytatą z Kedyma Bakera
rozpoczyna się wątek
SURDADA- i
styczny.

Malutki koszyk z wieloma słowy

małemi...?
DUŻEMI...?
Obserwuj wątek
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 26.09.02, 21:49
      Kocham twe oczy wytrzeszczone
      I stóp twych skórność żółto - burą
      I pióra twoje wciąż całuję
      kuro...
      • Gość: SURDADAISTA 2 Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! IP: 212.182.123.* 26.09.02, 22:55
        Och!A mnie całkiem rozpromienia
        mięsistość Twego cud- grzebienia
        uwielbiam Twe rozko-ko-ko -szne chucie
        kogucie...
    • Gość: SURDADAISTA 2 Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! IP: 212.182.123.* 26.09.02, 23:20
      Raz, stojąc na progu starości
      ujrzawszy strukrurę swych kości
      wydała żałosny mek koza:
      to jednak
      osteoporoza!!!
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 01.10.02, 08:08
      na początku był chaos
      uranos i gaja
      ja ja
    • Gość: SURDADAISTA 2 Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! IP: 212.182.123.* 01.10.02, 22:03
      Biała myszka
      wychyliwszy trzy kieliszki
      z przerażeniem
      zobaczyła...
      białe myszki
      • maria_maria Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 01.10.02, 22:48
        Kogut z kurą białe myszki za nic mają
        i bezwstydnie na ich oczach się bzykają
      • Gość: Dociek Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! IP: *.umcs.lublin.pl 05.11.02, 13:32
        Cztirzi myszki
        w idnei dirze
        jena druhou
        w prtku liże
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 02.10.02, 09:00
      drzewo zwierz
      różowy ssak
      nieopierzony jeszcze ptak
      trzy kilo cukru i dwa banany
      • Gość: Paul Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 02.10.02, 15:20
        ziedrzec napisał:

        > drzewo zwierz
        > różowy ssak
        > nieopierzony jeszcze ptak
        > trzy kilo cukru i dwa banany
        >
        >
        >
        • aric Paul witaj:) 29.10.02, 08:58
          Dawno cię nie czytałem, a bardzo chciałem.
          Przestrzeń mnie wciąga tylko nogi wiszą, a skoro wiszą, a w szafce ogórki się
          kiszą, to chyba mamy wtorek.
          Wita was znienawidzony przez łódzką władzę forumową surrealista aric.
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 03.10.02, 13:47
      postanowił
      buty wypastowane założył
      i poszedł

      a teraz

      krawatem gałęzi uczepiony
      na grzybiarzy czeka
    • pepperoni78 Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 09.10.02, 15:57
      Łyk-końca

      piątek...
      ...sobota...
      ...niedziela
      • eor Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 10.10.02, 16:53
        Nie przyjadę do Pasłęka,
        Nie oczekuj mnie kochanie,
        Wiem, że gorycz, wiem, że męka,
        Ale w nocy niespodzianie,
        Ach, wspomnienie samo boli,
        Ktoś podpieprzył mi Syrenkę
        I wziął wywiózł do Angoli.
        • pepperoni78 Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 10.10.02, 17:10
          eor napisał:

          > Nie przyjadę do Pasłęka,
          > Nie oczekuj mnie kochanie,
          > Wiem, że gorycz, wiem, że męka,
          > Ale w nocy niespodzianie,
          > Ach, wspomnienie samo boli,
          > Ktoś podpieprzył mi Syrenkę
          > I wziął wywiózł do Angoli.

          Autor miał na myśli Angolę jako kraj czy Angoli jako mieszkańców Anglii??
          • eor Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 10.10.02, 17:27
            pepperoni78 napisał:


            > Autor miał na myśli Angolę jako kraj czy Angoli jako mieszkańców Anglii??

            Autor wie co mial na mysli, ale nie moze narzucac interpretacji czytelnikowi,
            ktory sam osadzi do ktorego z krajow mozna by wwiezc syrenke...
    • ziedrzec Pobladność 11.10.02, 07:26
      Dźwiękowie wygłaszcza myslozgłąb złotnika
      A więzłe strugliwie zwiarnością przebrzmiało
      W czasochłonności przestrzenie zastyga
      Na gdzieś i kiedyś chwilowość zwieczniałą

      Wycichły gmętleniem bulgliwie zmęczałe
      Na skroni kwitności spadają
      i ukojonowość zuspają ospałe
      POBLADNOŚĆ
    • pepperoni78 Nirvana apoplektyka 11.10.02, 07:33
      Pogrążam się
      w
      odchłani niebytu
      niebycie odchłani
      niechłani odbytu
      odbycie niechłani.
      Znikam

    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 11.10.02, 10:11
      Pani Basia miała kocioł
      Na krawędzi pieca
      Wyrósł grzyb
      Zupa grzybowa
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 28.10.02, 14:01
      Przychodzi bąba do piekarza.
      A lekarz na to
      Masz bambo plecak
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 05.11.02, 13:26
      Na drugim brzegu rzeki
      Łoś wode pije
      Nie strasz go kijem
      Bo się zakrztusi
      A napić się musi.
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 14.11.02, 09:11
      Z cyklu
      „Wesoła kuchnia”

      Torcik metafizyczny nie zawsze należy podawać w formie bezpośrednio
      przypominającej o konieczności przejścia z dań tzw. rozgrzewających na dania
      główne.
      Wystarczy przytoczyć rozpowszechnione twierdzenia, by wykazać zupełną
      odmienność wspomnianego odwrócenia, czy też tym łacniej przystąpić z miejsca
      umownie nazywanego „miejscem”, spoglądając niejako ponad, czy też jeszcze
      lepiej o b o k naszego smakowitego deserowego kąska czekającego na
      rozpłynięcie się po śliskiej powierzchni wilgotnych czeluści metafizycznej jak
      ów torcik jamy ustnej astralu.
    • ziedrzec Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 14.11.02, 09:14
      Drobniutkie fale obijają się z nieledwie niesłyszalnym pluskaniem o nadgniłe
      już belki mojej tratwy. Rzecz przedziwna wyłania się z czeluści czasu i
      przemawia: „Oto jestem!”. Zasłuchany w niezrozumiałą mowę zanurzam się, coraz
      dokładniej widząc nieład i rozrzucenie niknące w szeroko sennym kilwaterze.
      Rozleniwiony długą, nużącą bezcelowością dryfu nie spostrzegam początkowo
      zmiany, a gdy rzeczona pojawia się i związuje się ze mną na dobre, jest już
      ciut za późno na ewentualną świadomą manipulację. Cóż... stało się.
      Naraz patrzę i napatrzeć się nie mogę: coś jakby ze snu wyjęte, skurczone
      między horyzontem bezkresnym a strzępkami skojarzeń zakrytych kurtyną deszczu.
      Nadciąga mroczna burza. Pod pokładem trzecie pokolenie gnijących kartofli (obok
      ryb moje jedyne pożywienie). Duży balast- wszystko trzeba znów wyrzucić do
      diabła precz, zostawiwszy sześć, czy siedem dorodnych sztuk do dalszego
      rozrodu. Siny kłąb formuje się w potworny porozgałęziany dziwotwór powietrznej
      trąby.
      To był początek, który za nic w świecie początkiem być nie chciał. A jednak,
      wbrew wszystkiemu, ogromne monstrum zaczyna zbliżać się i oddalać. Już sam nie
      wiem, co począć w tej niepewnej chwili. Postanawiam pogodzić się z nadchodzącym
      losem. Z zamszowego cylindra, w który przybrana jest moja łysa czaszka, a który
      odziedziczyłem po dziadku mojej jedynej ciotki Izabeli, kukułcze jajo
      obwieściło five’o clock. Z niepewną miną przebieram się ceremonialnie w
      prążkowany frak, praktyczne wełniane skarpetki koloru ecrú, ściągam z masztu
      zamaszyste peruwiańskie pantalones i włączam czajnik. Woda bulgocząco dociera
      do progu wrzenia i słyszę tradycyjny świst. Nie dobiega on jednak z czajnika.
      Trąba rozbryzguje się na tysiące malutkich, białych strzępków morskiej piany...
      ufff.... odetchnąłem.
      Nagle widok nowy – oto niewinne strzępki piany bajecznie przeobrażają się w
      świecące ogniki świętego Elma. Stają się coraz większe, aż wreszcie stanowią
      jedyne zjawisko, jakie obejmuje swą projekcją ekrany moich superpowiększających
      okularów noktowizyjnych zakładanych przeze mnie wyłącznie w tej wyjątkowej,
      cyklicznie jednak powtarzającej się w ciągu mojego, swoją drogą spiralnie
      realizowanego życia, chwili. I zawsze, zawsze w takich chwilach odzywa się moje
      serce. Potworne kłucie promieniujące od mostka na całą klatkę piersiową.
      Drętwieją ręce, nie mogę złapać oddechu. Czas staje w miejscu, sekundy
      cierpienia rozwlekają się aż po horyzont rozświetlony zielonym światłem słońca,
      które wyjrzało przed chwilą.
      Zaraz, zaraz... Z i e l o n e s ł o ń c e ??? Co się dzieje??? Czuję, jak
      macki obłędu zrywają mi kapelusz, a ukochane kukułcze jajo z panicznym „kiuwit!
      kiuwit!” odlatuje, gdzie pieprz rośnie gęstymi kępami na czarniawym brzegu
      pełnym różowych muszelek kauri. Ląd! Widzę ląd! Ludzi na lądzie! Jestem
      zgubiony!!!
      Groźba zgubienia samotnej egzystencji zagląda przez moje okulary. Zdejmuję je
      czym prędzej, by upewnić się, czy to prawda. Niestety... jestem pośrodku
      pomiędzy kolorową iluzją a słowopotokiem kuchennych tudzież zupełnie
      niepotrzebnych urządzeń. Nie wiem, co gorsze.
      Myślałem nad tym jeszcze chwilę, gdy niespodziewanie, niby znikąd przyplątuje
      się do mnie już dawno zapomniany, a do końca niepoznawalny symbol. Nieokreślony
      w swej złudnej tendencji do ubarwień.
      Odłożyłem paletę do koszyka na palety misternie utkanego przez zaprzyjaźnionego
      pajęczaka z rodziny o dziwnej łacińskiej nazwie nadanej przeze mnie w roku,
      dajmy na to, dwudziestym trzecim, podczas siódmej ekspedycji do Tybetu via
      Kuala Lumpur. Pędzel jednak przez nieuwagę wciąż dzierżyłem w wypielęgnowanej
      dłoni wiedeńskiego arystokraty w pełnym rynsztunku, to znaczy: nieodłączna
      laska ze złotą gałką (potężna broń we wprawnym ręku), cylinder ze srebrnej
      gipiury, peleryna podbita purpurowym gronostajowym puchem oraz szpada. Teraz
      mogłem odda się narastającej pasji uwiecznienia tego, czego byłem świadkiem.
      Usiadłem wygodnie w fotelu, gdy kurtyna opadła z wielkim skowytem.
      Publiczność zaczęła klaskać.

      (Becyw Łupalski, Kedym Baker, Wanaj P. Ziedrzec)
    • aard Kurtoza 14.11.02, 10:08
      Chodź, zagramy w "Mafię", powiedziałem,
      "A ja nie chcę" - i bawi spokojnie się działem.
      Czemu nie chcesz? W "Mafii" wszak liczy się poza?
      Argumenty "miasta" chronią mafiosa i to jest
      Kurtoza.
    • aard Surrdadalny czat 14.11.02, 22:05
      Właśnie mamy tu spotkanie
      W Łodziśmy się umówili na nie
      Czatujemy wszyscy wraz
      To, że na żywo, to raz,
      A po drugie bardzo ważne
      Przyszła pora już na kaźnię.
      Kończę pieprzyć już bez sensu
      i umykam do kredensu.
      Rym ograny, ale cóż -
      - Z innych opcji mam tu nóz.
    • ziedrzec Co??? Szukając Porte a&# 8217;Côte de Quoi??! 15.11.02, 08:10
      Co??? Szukając Porte a’Côte de Quoi??!


      ...wyciągając do niego bierze swój miecz-ten matematyczny przyrząd.
      -Ma pan manię mówienia prawdy. Nieskończone są kondygnacje duszy ludzkiej.
      -Nie śmiej się-pomyślał starając się uśmiechnąć-idea narodu jest konieczna...
      Na zewnątrz dął orawski wicher. Powtarzał za nim to samo.
      Zmiął w dłoni twardy drut kolcami upstrzony niczym te w koncentrobozach.
      -Mój przyjacielu...-rzucił niby to mimochodem w moją stronę, oczy wciąż mając
      skierowane na plecy uzbrojonego wartownika Jana. Ten, nieświadomy niczego,
      odchylił głowę w tył, rzucając przy tym ostatnie spojrzenie żyjących jeszcze
      oczu. I tylko chrobot miażdżonego kościaną włócznią mostka echem odbijał się po
      puszczy nieprzebytej, a tam, gdzie źródło najruchliwszej w tej okolicy rzeki,
      rozłogi jaszczeżycy znaczyły drogę ku przystani. Porte a’Côte de Quoi...
      Anafred przerwał czytanie. Księgę lekko osunął na dolną szufladę wypełnioną
      papierami grubymi tomami szeleszczącymi i pożółkle rozsypującymi się pod
      dotknięciem dłoni.
      Tego wieczoru nie zamierzał spędzać w nastroju ponurego milczenia możności
      wywoływania zdarzeń. Zamknął więc oczy...
      • aard Ładnie to, Ziedrzcu tak? 15.11.02, 11:31
        Zamieszczać ten sam post na dwóch wątkach - w Lublinie i Łodzi?
        A jakby tak dla nas specjalnie coś spłodzić?
        • ziedrzec życie, wszechświat i cała reszta 15.11.02, 14:21
          swiadomość istnienia jednoczesnego w dwóch odrębnych wistościach rzeczy
          skłoniła głównego bohatyra naszej naprędce kleconej dykteryjki do zadania sobie
          zasadniczego pytania poruszającego do głębi.
          zadał więc pytanie
          odpowiedź brzmiała, jak zwykle, 42.
          • aard Re: życie, wszechświat i cała reszta 20.11.02, 12:01
            ziedrzec napisał:

            > zadał więc pytanie
            > odpowiedź brzmiała, jak zwykle, 42.

            Czyżby Bagadyr Stopowiczem był?
            A jak brzmiało pytanie...?
    • ziedrzec POCZ-TA. Przestrzeń - czyli droga do szaleństwa 18.11.02, 10:07
      Scena I
      na ławce

      X:
      Przestrzeń. Jedyna dana nam możność znalezienia samego siebie w bezkresie
      tajemniczej i absurdalnej zagadki dzieła stworzenia. Zagadki absurdalnej, gdyż
      nikt nie potrafi znaleźć odpowiedzi na najprostsze pod słońcem pytanie: kim
      jestem, dlaczego jestem, jaki jest cel mojego istnienia.
      Ileż to razy pragnienie dojścia do metafizycznego sedna człowieczeństwa w jego
      przestrzennych konotacjach spędzało sen z powiek ludziom myślącym? Iluż
      artystów spaliło w chwilach wściekłości na własną niemoc dzieło swego życia-
      siebie samych?
      Czymże więc jest tworzenie? Kreacją zupełnie nowych obiektywnych wartości, czy
      też jakąś subiektywną autokreacją?
      Jak powiedział pewien średniowieczny filozof- ”Prawda o sobie i prawda o
      rzeczywistości nawzajem wykluczając się dopełniają przeciwności swoje”.
      Więc dzięki aktom kreacji w wielowymiarowych przestrzeniach tworzona jest nowa
      metafizyczna wartość mająca walory prawdy obiektywnej z uwagi na nieistnienie
      wartości jej zaprzeczającej.
      Co jednak, gdy kolejny akt twórczy wyzwoli z niebytu niezależne istnienie
      przeczące pozornej już w tym momencie prawdzie obiektywnej?

      PRZECHODZIEŃ:
      Przepraszam, czy ma pan zegarek, bo nie wiem, ile się spóźnię do pracy. Ech,
      ten cholerny pośpiech-kierat-praca-dom-praca-dom-praca-dom...wyrwałby się
      człowiek z tej pułapki i pomknął gdzieś hen, hen, daleko. Tam, gdzie spokój,
      panie, tam, gdzie cisza. A tu, panie ten ciągły brak czasu...

      X:
      wyciąga z worka budzik bez wskazówek
      Zegarek mam, proszę.

      PRZECHODZIEŃ:
      Pro pana, ale ten budzik nie ma wskazówek!

      X:
      He, he, he, pozbyłem się ich już dawno temu, może wczoraj...? Nie, na pewno
      wczoraj. Dzisiaj tego nie zrobiłem, a jutro..któż wie, co będzie jutro? Chyba
      tylko ta pani z IMGW-u.
      Bo wiesz, dla mnie to czas nie istnieje.

      Przechodzień milczy w osłupieniu

      X:
      W związku z tym, że czas nie jest obiektywny, jest względny. Wywaliłem
      wskazówki, bo czy to one biegną wokół budzika, czy budzik wokół nich, to i tak
      chodzi o jedno-czasu nie ma! Czas to wytwór chorych umysłów sfrustrowanych
      ludzi chcących odnaleźć siebie w bezkresnych przestrzeniach własnej bezsilności
      i małości w stosunku do potwornego i groteskowego dzieła stworzenia!
      Ja jestem ponad!

      PRZECHODZIEŃ:
      Z pana to jest kawał świra...

      X:
      Wwiesz...nieważne, jak to nazwiesz- ja i tak jestem ponad, a ty musisz biec
      szaleńczo, wkręcony w tryby machiny ludzkiego samozniszczenia!
      Precz, trybie!!! Ha ha ha ha ha...

      (wariacki śmiech odbija się echem, Przechodzień odchodzi)

      X:
      Poszedł sobie-nieszczęsny ślepiec. Prawda wykłuła mu oczy zanim zdążył ją
      ujrzeć...(zapala papierosa)
      Przestrzeń...Każdej nocy budzę się gdzieś poza nią...widzę ją zwykle z wielkiej
      oddali. Jawi się wtedy jako mrówka schytana w pułapkę wstęgi Möbiusa, a obok
      ja. Mogę iść zgodnie, mogę przeciwnie, lecz zawsze w z g l ę d e m niej.
      Koszmar pozornej wolności wyboru drogi, złośliwy wybryk przewrotnego Demiurga
      zżeranego przez raka Zła. Potworny ból istnienia w ustalonym z góry porządku
      wszechrzeczy, a w nim ja-bezręki Burzyciel Babelowej Wieży, zapomniany brat
      Kaina i Abla odrzucony nawet przez Szatana, ja-ten trzeci z Trzech Wielkich,
      Samotny Wędrowiec w Nicości, zdmuchnięta gwiazda prawszechświatów, niemy
      obserwator Początku, sędzia Sędziów Końca...
      A rankiem budzi mnie na ławce w parku potworny ból mózgu.
      Czy to ja śnię, czy to sen mnie wyśnił?




      Scena II
      na schodach


      GOON ŁACEWI:
      Kiedyś każdy, a teraz ja. Jeszcze raz.
      Wchodzę w dół, czuję, jak coraz bardziej się pogrążam...myśli puste, blade i ja
      sam z nimi.
      Jak strasznie pusto...Coraz bardziej boli, tracę siebie gdzieś w niczym, po
      prostu rozpływam się, przestaję istnieć.
      Dlaczego?
      Opływam zmęczeniem. Znienawidzone gadanie słychać w każdym przejawie rozmyślnej
      uczuciowości. Pogłębione nieznacznym dopływem możliwości refleksji i pozornie
      tylko-treściwego rozeznania.

      tykanie zegara coraz głośniejsze i uporczywsze

      Niedługo rozpocznie się ostateczne odliczanie. Nie każdy może myśleć w ten
      sposób...
      Noc jest cudowna-jakże rzeczywista...a choć w niej zanurzony, daleki jestem od
      rzeczywistości.
      Wszystko to gówno.

      GŁOS:
      A czego się spodziewasz?




      Scena III
      przy muszli klozetowej

      Goon Łacewi i N., mocno cmokając, jedzą makaron z kibla.

      N:
      A czego się spodziewasz? Istnieje filozofia, w której doskonale funkcjonuje
      twierdzenie, że jesteś tym, co jesz.

      GOON:
      Rozumiem, jeżozwierz.

      N:
      Nie, nie chodzi o to, ja naprawdę mam coś do powiedzenia. Wprawdzie
      twierdzenie to doskonale istnieje w obrębie tej filozofii, jednak całościowo
      filozofia ta mnie osobiście nie porusza.
      Ale nie o tym chciałem mówić...

      N:
      Do rzeczy więc.










      Scena IV
      przy oknie

      N:
      Znów pada.
      Wieczorem spacerowałem w deszczu. Spacerowałem sam. Bo lubię. I piwo piłem. Z
      Vitkacym. A swoją drogą nie pamiętam kiedy on zagnieździł się we mnie. Taki mój
      Vitkacy. Bo przecież nie znam go zupełnie. zastanawia mnie czasem, ilu to
      takich Vitkacych się we mnie zagnieździło? Wielu, a ja to wypadkowa. Nic
      nowego. Przecież nie pierwszy jestem na świecie i nie ja to wszystko tak
      obmyśliłem. Człowiek rodzi się, żyje, umiera, a wszystko wśród pozostałości po
      innych. I to jest zabawne, że inni przyjdą po nim. Wszyscy mają bardzo
      konkretne, specyficzne życie, jakże różne jedno od drugiego...i gdy tak patrzę
      na to teraz, uwagę moją zwraca ta niezliczona wielość form, przy jednoczesnym
      zachowaniu tej najgłębszej treści.
      Mówię tu o człowieku-obrazie Boga. Lecz tylko-obrazie.
      ...
      oko rozżarza się na moment



      Scena V
      przy pianinie

      Człowiek gra C-dur w swojej dominancie. Dźwięk ten powtarza w równych,
      siedmiosekundowych odstępach czasu (?). Gra do momentu zupełnego znudzenia
      publiczności (ok. 3 minut).

      CZŁOWIEK:
      pełen zachwytu i uniesienia
      To jest to!
      Jeszcze dwa razy ten dźwięk!

      gaśnie światło


      Scena VI
      wolna przestrzeń


      T. porusza się szybko tańcząc skomplikowany taniec nie odrywając stóp od
      podłogi. Zwalnia ruchy

      T:
      Wolno, powoli, jeszcze spokojniej, faluję łagodnie jak morze w księżycowej
      pełni. Czuję swoje ciało, każdy szczegół odczuwam. Otwieram oczy.
      Ach! Wczoraj jadłem śledzie solone z cebulą i świeży chleb, a woda podobno nie
      ma smaku.




      Scena VII
      na tarasie


      GOON:
      A mówił, że ma coś do powiedzenia. Jak dotąd niewiele zaciąłem. Dla mnie to
      wszystko enigma, puste słowa, no scenki może jakieś nawet, ale wątpliwej
      wartości, rozbieżność treści i nic więcej. Chaos po prostu, zwykła plątanina
      bez ładu i składu: postaci, miejsc, czasu i myśli. To tak, jak zabawa “w
      półautomatyczną pralkę” do prania mózgu.
      Patrząc tak z zewnątrz widać zupełnie tę głuchą mowę lamentu nad sobą, nad
      swoim światem, to tak, jak mowa z lustrem przy wódce.
      Wszystko to gówno!


      refleks światła na zegar




      Scena VIII
      przy muszli klozetowej

      N. skupiony nadyma się, zagląda do kibla

      N:
      Zatwardzenie.
      Sram już...(patrzy na zegarek) och! (olśniony) dobre dwie godziny i wysrać się
      jakoś nie mogę, a przecież przyjdą jutro, tak, jak zwykle. Czym ja ich
      poczęstuję? Wczoraj makaron był w oleju, tak to przynajmniej zręcznie nazwali.
      A dzisiaj-gówno, nic nie wychodzi.
      Wody naleję, ha! Tak właśnie zrobię. Popatrzę, jak oni ją nazwą. Już teraz
      wiem, dziwne-powiedzą-niesamowite, to coś nowego, to jest w porządku. Ale
      ciekawe, i tego się nie dowiem, czy szczerze mówią, czy tak-ot, po prostu, by
      nie urazić, nie wyjść na głupa, nie dać się poznać w tej grze pozorów, czy
      jeszcze innych mdłych miraży imitujących rzeczywistość, symulujących sytuacje,
      uzurpując sobie prawo do określenia prawdy.

      Światła stopniowo gasną, dłuższa chwila ciemności, po czym krąg światła pada na
      blaszany kosz, z kttórego wyłazi Mag w szpiczastej czarno-gwieździstej z
      Księżycem czapce i takiejże pelerynie. W prawej dłoni dzierży różdżkę rzuc
      • ziedrzec POCZ-TA. Przestrzeń.... - cz. 2 18.11.02, 10:14

        Scena VIII
        przy muszli klozetowej

        N. skupiony nadyma się, zagląda do kibla

        N:
        Zatwardzenie.
        Sram już...(patrzy na zegarek) och! (olśniony) dobre dwie godziny i wysrać się
        jakoś nie mogę, a przecież przyjdą jutro, tak, jak zwykle. Czym ja ich
        poczęstuję? Wczoraj makaron był w oleju, tak to przynajmniej zręcznie nazwali.
        A dzisiaj-gówno, nic nie wychodzi.
        Wody naleję, ha! Tak właśnie zrobię. Popatrzę, jak oni ją nazwą. Już teraz
        wiem, dziwne-powiedzą-niesamowite, to coś nowego, to jest w porządku. Ale
        ciekawe, i tego się nie dowiem, czy szczerze mówią, czy tak-ot, po prostu, by
        nie urazić, nie wyjść na głupa, nie dać się poznać w tej grze pozorów, czy
        jeszcze innych mdłych miraży imitujących rzeczywistość, symulujących sytuacje,
        uzurpując sobie prawo do określenia prawdy.

        Światła stopniowo gasną, dłuższa chwila ciemności, po czym krąg światła pada na
        blaszany kosz, z kttórego wyłazi Mag w szpiczastej czarno-gwieździstej z
        Księżycem czapce i takiejże pelerynie. W prawej dłoni dzierży różdżkę rzucającą
        iskry, jak sztuczne ognie.
        Bierze leżącą na ławce gazetę, oddaje mocz do kibla, podchodzi do okna,
        zatrzymuje zegar, gra, (och,jak gra!) na pianinie, kilka ruchów tanecznych, po
        czym kładzie się na murku.

        MAG:
        Czasem, gdy człowiek się nudzi, to we własnych czterech ścianach przychodzą mu
        do głowy różne dziwne myśli.
        A wy? Cóż-zmarnowaliście te kilkadziesiąt minut i 5 zł za bilety.

        kurtyna


    • pepperoni78 Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 21.11.02, 08:45
      Krótki esej z przesłaniem bez przesłania - Wołowinka i ja.

      Jest środa. Jak zwykle w tym dniu odbyłem swój cotygodniowy pochód - wszyscy
      mówili nie-wiem-czemu, że ostatni.
      Środa: dzień - rytuałów.
      Wstałem o dziewiątej rano. Na śniadanie wypiłem pół litra mleka zagęszczonego
      żelatyną.
      O jedenastej zjadłem dwa duże jogurty - oczywiście plus bułka z mączki kostnej.
      Godzina trzynasta - swoje kroki skierowałem do mięsnego; kupiłem dwa kilogramy
      wołowiny - oczywiście z kością, którą przerobie na mączkę (na czymś trzeba w
      końcu zaoszczędzić). - Z wołowinki zrobimy kolacyjkę.
      O piętnastej odwiedziłem mój ulubiony fast - food, gdzie, w każdą środę
      spożywam przepyszny, dwudaniowy obiad: na pierwsze - trzy soczyste hamburgery
      wołowe; na drugie - cztery buły z przepysznym burgerem cielęcym. Na deser parę
      kostek rozpuszczalnej gumy „M”.
      Wieczorem, po kolacyjce - krótka drzemka przed wieczornym seansem.

      I właśnie...
      Wstaję...
      Mamuuuuuuuuuuuuuusiuuuuuuuuuuu...
      O muuuuuuuuuuuuuuuuj Boże...
      Coś muuuuuuuuuuuuuuusiało się stać...
      Nie muuuuuuuuuuuuuuogę (m)uuuuuuuuuuuustać na dwuuuuuuuuuuuuch nogach...
      NIE!!! To nie muuuuuuuuuuuuuuożliwe!!!
      Jak ja MUUUUUUUUUUUUU wyglądam!!!
      Czy ja to ja???

      Cholera, muszę spadać. Czas na dojenie.
    • ziedrzec Dowcip metafizyczny z puentą przyziemną 21.11.02, 13:06
      Dowcip metafizyczny z puentą przyziemną

      Przychodzi baba do doktóra ze złamanym ołówkiem w ręku.
      -Dzień dobry pani- rzucił uprzejmie zdawkowe hasło uczony jej gospodarz
      -Co pani dolega- dodał z nadzieją w głosie.
      Ona, nieco tajemniczo zarzuciwszy burzę blond włosów, cichutkim drżącym szeptem
      rzekła:
      -Wewnętrzne rozdarcie, chęć całkowitego wyobcowania się z otoczenia, zatopienia
      się całkowitego w moim własnym jestestwie w starciu z życiową koniecznością
      bycia jedną z cegiełek składających się na kosmiczny porządek wszechrzeczy
      doprowadziły mię do stanu całkowitego zatomizowania w postaci rozdwojenia,
      któremu towarzyszyło pęknięcie osi łączącej te dwie tendencje.
      (grafitowy pył rozprzestrzenił się, stając się symptomem końca jedności i
      początku wiecznego rozdwojenia)
      -Urocza pacjentko- rzekł doktór naukowo po dłuższej chwili zadumy
      przejawiającej się kontemplacją potęgi absolutu sprowadzonego do postaci
      skromnego szarego słupka otoczonego twardą i martwą tkanką, która do niedawna
      żyła w postaci drzewa, rozrastała się, jestestwem swym podkreślając istnienie
      życia we wszechświecie.
      -Kuracja, którą pani zalecę, nie jest nadto kosztowna nawet w bardzo skromnych
      warunkach finansowych, aczkolwiek... – tu doktór wzniósł uroczyście
      wypielęgnowaną dłoń zawodowca, wskazującym palcem wycelowaną gdzieś wysoko,
      ponad ich głowami, po chwili opuszczając ją ku ustom.
      -...aczkolwiek będzie wymagała od pani pewnych zdolności wrodzonych, o ile
      takowe pani posiadasz.
      -Ach, panie doktórze!- poderwała się uwznioślona, jakże piękna w tej chwili, z
      niewidzącymi przejściowo oczyma utkwionymi w biel powały- Zrobię wszystko, aby
      móc odkryć wespół z panem sposób na idealną syntezę bytu rozdartego wewnętrznym
      konfliktem spowodowanym dwoistością dążeń człowieka! Chcę poznać tę głębię
      tajemnych idei łączących pierwotne instynkty stadne z indywidualistycznym
      poczuciem wolności – najwyższej wartości własnego istnienia!!!
      Opadła na krzesło cierpliwie podane przez czujnego doktóra, wyczerpana do
      granic możliwości, z błagalnym spojrzeniem i rozbieganymi rękami, kurczowo
      zaciskającymi się na poręczach wygodnego pluszowego fotela o nogach na kształt
      marabucich nóg.
      Doktór pokiwał głową i obserwował ją z żywym zainteresowaniem oraz skrą w oku.
      -Cóż mam robić, doktórze???- rzuciła gorączkowe zdanie pytajne po chwili,
      błagalnie, z uwielbieniem patrząc w jego głębokie jak noc źrenice.
      Doktór milczał chwilę, ważąc głęboko wszelkie za i przeciw. W końcu powstał
      uroczyście, podszedł powoli i ująwszy delikatnie, acz profesjonalnie jej małą
      rączkę szepnął:
      -Odrobinę plastra i trochę zdolności manualnych.
    • ziedrzec Ćwiczenie plastyczne, czyli - namaluj obrazek 21.11.02, 13:09
      Namaluj taki obrazek:

      W asfalcie zwinięty autobus kłębuszkiem chmur czarniawych, promienistym
      szlakiem blasku błękitu oprószonych bawi się i skacze jak chyża żabka kalarepkę
      kęs po kęsie gryząca wśród łączki małej i zapomnianiej...
    • vanilja Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 21.11.02, 15:17


      Idzie niedzwiedz przez las i widzi na drodze jeza, który cos sobie
      zajada: - Co jesz? - pyta niedzwiedz.
      - Co niedzwiedz? - odpowiada jez. Niedzwiedziowi zrobilo się troche glupio,
      wiec postanowil zapytac inaczej:
      - Co jesz jezyku?
      - Co niedzwiedziu misiu?
      • lodbrok Re: SURDADAISCI LUBELSCY! ŁĄCZCIE SIĘ!!! 22.11.02, 08:51
        tenis w porcie, penis w torcie
        • aard To, że dwa ostatnie posty nie 3mają poziomu... 28.11.02, 13:26
          to nie powód, by się poddawać. Po prostu bądźmy sobami (wszystkimi), lecz nie
          sobakami, ani sobkami, co wyją do książek. Lica licznych leśnych ludzi letnich
          liczyły liczmany liżąc od czasu do kina zbielałe wargi i kły Londona. Który
          jesteś i Króujesz na weki weków. Światak z Tobą.
    • aard SURDADAISCI LUBELSCY! Nie załamujcie się!!! 12.12.02, 12:39
      Bądźcie twardzi jak Roman Bratny. Zajrzyjcie tu i czerpcie od Pijawa inspirację:
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=10322&w=3923271&a=3933192
    • ziedrzec Bal u hipnotyzera - cz. 1 13.12.02, 10:23

      Bal u hipnotyzera trwał i trwał, a gospodarz był wciąż nieobecny.
      Początkowe, zdawkowe rozmowy wyczerpały wszelkie możliwe kombinacje opisu
      pogody za oknami,
      zapytano także o zdrowie i przekazano pozdrowienia wszystkim bliższym i dalszym
      krewnym, znajomym,
      a nawet sąsiadom znanym tylko z nazwiska lub jakichś specyficznych cech, czy
      właściwości.
      Zaraz po tym, jak zgasło światło, zapadła cisza, przerywana tylko świszczącymi
      oddechami palaczy i szeptami pań.
      Ciężkie zasłony zapaliły się przesianym, rozproszonym purpurowym światłem,
      rozsunęły się na jakieś trzy łokcie, ukazując przygarbioną już mocno,
      lecz wciąż budzącą nieokreślony lęk i respekt sylwetę Hipnotyzera.
      Sala przestała w jednej chwili być salą –

      stała się widownia i stała się scena.

      I nie aktor już na niej, a Mistrz Ceremonii jakiś, ani egzotyczny, ani swojski.
      Buczenia nie wiadomo skąd płynące sprawiało wrażenie narastania, głośnienia
      i coraz większej, modulowanej intensywności,
      nim urwało się wraz z nagłym opadnięciem kurtyn.
      Sala szalała.
      Stuletnie wdowy nobliwe z zadartymi do góry,
      cuchnącymi naftaliną i starym, nie mytym ciałem krynolinami
      czołgały się poszukiwaniu modnych czterdzieści lat temu torebek
      przypadkowo upuszczonych... na próżno ...
      (c.d.n.)
      • aard Chyba zahipnotyzowałeś surdadaistów na dobre 31.12.02, 09:55
        Zierzcu. Ja też piszę automatycznie i nie mam pojęcia co. To zabawne, że w
        ogóle piszę, bo nie mam klawiatury, interfejsu, ani nawet fejsu w ogóle. Noszę
        gogle i soczewki kontaktowe z króliczkiem playboya na wyświetlaczu. Mam ultra
        krótkie spodenki i FC Wątrobowy Basenik z utopionym dudkiem Upupa Epops. Kaszlę
        odrażająco ale z gracją.
        Sam bym nie dał rady.
        aA
        Rd
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka