henryk.kowalski
26.07.06, 23:33
Okres 44 lat Polski Ludowej to bezprzykładny rozkwit kultury narodowej. Co
więcej, niezależnie od ocen politycznych, osiągnięcia w zakresie kultury
jawią się jako niewątpliwie wybitne. Był to pierwszy i – jak dotąd – jedyny w
dziejach okres, gdy państwo z hojnością na tak wysokim poziomie i w wymiarze
instytucjonalnym, wspierało kulturę wyższą, a także postawiło na umasowienie
dostępu do niej.
Podczas gdy ogromna część twórczości dawnej, w tym wielka poezja romantyczna,
powstała wyłącznie z wewnętrznej inspiracji jej twórców, bez jakiegokolwiek
wsparcia z zewnątrz, a niejednokrotnie wbrew przeciwnościom, to twórczość
kulturalna w PRL była wspierana ze wspólnej kasy narodowej. „Lalka” Prusa
i „Trylogia” Sienkiewicza być może nigdy by nie powstały, gdyby nie były
drukowane odcinkami w gazetach. Wybitni prozaicy okresu PRL z Jarosławem
Iwaszkiewiczem, Stanisławem Lemem i Tadeuszem Brezą, tworzyli bez takiej
presji. Oczywistości, iż okres PRL był – bez przesady, acz nie bez
ciemniejszych także fragmentów – okresem prawdziwie dla polskiej kultury
złotym nie zaprzeczą jakiekolwiek krytyczne oceny PRL w aspekcie politycznym.
Co więcej, takiego rozkwitu, nie doświadczyła ona nie tylko na całej
przestrzeni swoich dziejów do 1945 roku, ale też, tym bardziej, w okresie po
1989 roku.
Podstawowym instrumentem upowszechniania oświaty i kultury jest tania
książka. Obecnemu młodemu pokoleniu, wychowanemu w cywilizacji drogiej
książki, nawet trudno sobie wyobrazić, jak wspaniałą rzeczą była powszechna
dostępność do taniej (nie mylić z obecnymi magazynami taniej książki,
zawierającymi bardzo ograniczoną ofertę), a przy tym świetnie wydanej
książki, w ogromnych na ogół nakładach. Dziś książki nowo wydawane są towarem
luksusowym, a znaczna część ich cen jest wprost zaporowa dla większości
nabywców. To główne znamię klęski w sferze dostępu do kultury, bowiem książka
jest jej podstawowym nośnikiem.
Literatura PRL jest dziś – poza nielicznymi wyjątkami – wyklęta z powodu
czasu i źródła swego pochodzenia. Mianowana literaturą „ideologicznego
zakłamania” i „hańby domowej” jest przeciwstawiana rzekomo wspaniałej
literaturze emigracyjnej. A przecież, jeśli zsumować dorobek literatury PRL,
to jest on imponujący i artystycznie wcale nie gorszy, jako całość, od
międzywojennego i emigracyjnego. Próżno jednak szukać dziś w księgarniach
książek Tadeusza Brezy, Tadeusza Borowskiego, Tadeusza Hołuja, Andrzeja
Brauna, Jerzego Putramenta, Jerzego Andrzejewskiego, Władysława Terleckiego,
Bohdana Czeszki, Teodora Parnickiego, Hanny Malewskiej, czy Zofii
Nałkowskiej. Jeśli ukazują się, to sporadycznie. Do nielicznych wyjątków
należą Jarosław Iwaszkiewicz i Stanisław Lem. Jestem przekonany, że
literatura okresu Polski Ludowej przeżyje jeszcze należny jej renesans.
Jednak, przede wszystkim, dokonaniem tamtego okresu było wydanie w masowych
nakładach dzieł wielkich pisarzy i poetów przeszłości, w tym romantyków i
pozytywistów.
W Polsce przedwojennej kinematografia co prawda także istniała, ale poza
nielicznymi przykładami ambitniejszej artystycznie twórczości, była to
kinematografia niskiego lotu, komercyjna, nastawiona na najmniej wybrednego
widza. Nie można kłaść tego wyłącznie na karb słabego technicznie
zaawansowania kinematografii. W zbliżonych warunkach technologicznych,
kinematografie francuska, niemiecka, radziecka czy amerykańska wytworzyły
liczne, do dziś cenione arcydzieła sztuki filmowej.
* W II Rzeczypospolitej nie powstało ani jedno arcydzieło, a zaledwie kilka
filmów nieco ambitniejszych od przeciętnej produkcji. Tymczasem już po 10
latach istnienia PRL kinematografia polska osiągnęła światowy poziom
artystyczny. Dzieła Andrzeja Wajdy, Andrzeja Munka, Jerzego Kawalerowicza,
Wojciecha J. Hasa, Aleksandra Forda i innych weszły do annałów światowego
kina i zdobywały prestiżowe nagrody na międzynarodowych festiwalach.
W PRL ucieleśniona została idea przedwojennego „Startu” skupiającego grupę
młodych twórców marzących o polskim kinie artystycznym i społecznie
użytecznym. Andrzej Wajda, nie od dziś bardzo krytycznie wypowiadający się o
PRL, w niej właśnie stworzył swoje najlepsze dzieła, które otworzyły mu drogę
w świat. On to wspominał nieraz, że chciał po wojnie robić filmy, które
artystycznym poziomem i tematyką byłyby zaprzeczeniem nędzy duchowej
przedwojennej polskiej kinematografii. Gdyby dziś, w Polsce, 16 lat po tzw.
transformacji ustrojowej, Wajda zechciał zrobić takie filmy jak „Ziemia
Obiecana” czy „Wesele” stanąłby przed nieprzekraczalną barierą finansową,
która w kinematografii PRL zasadniczo nie istniała. Dysponentem pieniędzy na
kinematografię było wtedy wyłącznie państwo.
Skoro zatem ostatecznie pozwoliło ono takim filmom powstać, to czy nie
świadczy to o tym, że „PRL-owski totalitaryzm” w sferze kultury nie był aż
tak straszny, jak się go maluje? A że były spory o ideowo-polityczną wymowę
niektórych filmów? Owszem, były, ale czy to dziwne, że państwo, które
całkowicie finansowało twórczość filmową, chciało mieć cokolwiek do
powiedzenia? Nota bene dziś także działa cenzura, choć już nie w biurze przy
ulicy Mysiej w Warszawie, lecz w głowach twórców. Gdyby jej nie było, już
dawno powstałby film o problemach z Kościołem katolickim w III
Rzeczypospolitej, tak jak w PRL, kinem moralnego niepokoju, twórcy
natychmiast, całą serią filmów, zareagowali na kryzysowe zjawiska na linii
władza – społeczeństwo.
Drugą dziedziną życia artystycznego, której okres PRL przyniósł niebywały
wcześniej rozkwit, był teatr. Przed wojną, wielcy inscenizatorzy, tacy jak
Leon Schiller, Juliusz Osterwa czy Wilam Horzyca, musieli żebrać u dyrektorów
teatrów o możliwość wystawienia wielkiej klasyki dramatycznej. W ogólnych
encyklopedycznych informacjach o działalności wielkich inscenizatorów tamtego
okresu padają wielkie tytuły realizowanych dzieł klasyków polskich i
światowych. Niedostatecznie z tą dziedziną obeznany czytelnik mógłby
pomyśleć, że realizacje klasyki kwitły wtedy co najmniej tak samo bujnie, jak
w PRL. Tylko jednak w specjalistycznych publikacjach można się doczytać, że
aby wystawić dzieło któregoś z wielkich romantyków w Teatrze Polskim w
Warszawie, musiano tygodniami wystawiać sztuczki bulwarowe. Leon Schiller,
który w latach 1934 i 1935 zrealizował w tym teatrze swoje słynne
premiery „Dziadów” i „Kordiana”, nawet nie mógł marzyć, by – jak później w
PRL – miały one po kilkaset wystawień i by latami pozostawały w repertuarze.
Ich teatralny żywot kończył się na kilkunastu spektaklach. Natomiast teatry
tzw. prowincjonalne o wystawianiu „Dziadów”, „Kordiana”, „Nieboskiej komedii”
czy „Wesela” nawet marzyć nie mogły. W okresie rozkwitu teatru w PRL, wielką
klasykę polską i obcą grano stale od Szczecina po Rzeszów, od Olsztyna po
Wrocław. Inscenizacje nie tylko Kazimierza Dejmka, Jerzego Jarockiego, Adama
Hanuszkiewicza, Erwina Axera, Konrada Swinarskiego, czy Józefa Szajny
powstawały w warunkach pełnego komfortu materialnego. Lata 1955 – 1989, to
złoty czas polskiej Melpomeny.
Dziś polski teatr przeżywa ciężki kryzys, wielka klasyka wystawiana jest
rzadko, a pośród tych realizacji, które powstają, bardzo rzadko zdarzają się
takie, które w podobnym stopniu elektryzowałyby publiczość, jak przed laty.
To także w PRL powstał unikatowy w skali światowej Teatr Telewizji, dzięki
któremu, w ciągu jednego tylko sezonu, więcej widzów oglądało inscenizacje
wielkiej literatury polskiej i powszechnej niż w teatrze żywym przez lat
kilkadziesiąt. Dziś Teatr Telewizji dogorywa, a to, co z niego zostało, to
nędzne resztki, z wielkim wysiłkiem utrzymywane wbrew potężnym