zodiak72
20.03.05, 08:39
To może temat trochę nie w konwencji forum regionalnego, ale tak sobie
pomyślalem, że dobrze byłoby zapalić świeczkę pamięci na grobie Anny J. -
której życie zostało tak nagle przerwane przed południem 14.03.1980 roku.
Dokladnie 25 lat temu. Myślę, że historia ostatnich chwil Anny i pozostalych
86 osób lecących z Nowego Jorku do W-wy na pokladzie IŁ-62 tamtego dnia,
zaciekawi zarówno tych, którzy pamietają 1980 rok, jak i młodszych
forumowiczów.
------------------------------------------------------
"Mikołaj Kopernik", samolot PLL LOT typu IŁ-62, numer rejsu LO-007, startuje
z lotniska im J.F. Kennedy'ego w Nowym Jorku 13 marca o godzinie 21.16. W
Europie od ponad dwóch godzin jest już kolejny, 14 dzień marca. "Kopernik"
startuje z ponaddwugodzinnym opóźnieniem. Tyle czasu zajęło oczyszczenie
maszyny po nagłej śnieżycy.
"Kopernika" pilotuje jedna z najlepszych, najbardziej doświadczonych załóg
LOT-u. 46-letni kapitan Paweł Lipowczan przelatał niemal 9 tys. godzin, z
tego niemal 3 tys. jako pierwszy pilot. Drugi pilot Ireneusz Łachocki,
młodszy o cztery lata, przelatał ponad 9 tys. Po kilka tysięcy godzin
spędzili w powietrzu mechanik pokładowy Jan Łubniewski i nawigator Konstanty
Chorzewski. Rekordzistą pod tym względem jest jednak radiooperator Stefan
Wąsiewicz - ma na koncie ponad 16 tys. godzin lotu.
Pięć stewardes obsługuje dziś na pokładzie "Kopernika" 77 pasażerów. Aż 91
miejsc jest pustych. Wśród pasażerów wyróżnia się grupa ciemnoskórych w
większości amerykańskich sportowców. To amatorska reprezentacja bokserska
USA. 14 bokserów, którym towarzyszy ośmiu trenerów, lekarzy, masażystów,
czekają dwa mecze z reprezentacją Polski. "Kopernikiem" leci na urlop do
Polski jeden z dyrektorow amerykańskich linii lotniczych TWA. Uwagę polskich
pasażerów przyciąga popularna piosenkarka Anna Jantar. Na pokładzie, oprócz
52 obywateli polskich i niemal 30 amerykańskich, jest czwórka pasażerów z
paszportami radzieckimi i trzech obywateli NRD.
Kolejne godziny lotu, nad Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Atlantykiem, Wielką
Brytanią, Danią, Bałtykiem, mijają bez żadnych emocji. Zwykły, rutynowy lot.
O 10.35 czasu warszawskiego "Kopernik" w okolicach Słupska przelatuje na
wysokości 11 300 m nad polskim wybrzeżem. Jest mocno opóźniony - na
warszawskim Okęciu powinien wylądować o 9.40. Służba ruchu lotniczego
przekazuje kapitanowi Lipowczanowi polecenie kontynuowania lotu w kierunku
Warszawy i stopniowego obniżania wysokości. Koło Płońska "Kopernik"
przelatuje na wysokości 4500 m. O godzinie 10.58 piloci słyszą w słuchawkach
kontrolerów lotu z wieży na lotnisku. Okęcie poleca im podejść do lądowania
bezpośrednio z trasy na drogę startową na kierunku lądowania 115 stopni.
11 minut później kapitan Lipowczan słyszy w słuchawkach głos kontrolera: -
Skręćcie w lewo na kurs 060 stopni na "jeden pięć", podprowadzę.
Wieża kieruje "Kopernika" na dłuższy pas startowy, bo na krótszym lądować ma
samolot linii krajowej.
- 007, w prawo na 160, zgłoście, jak zobaczycie pas schodzenia, za chwilę -
nadaje wieża.
- Na 160 - słychać odpowiedź pilota.
Niebo nad Warszawą jest bezchmurne, wieje dość silny, miejscami porywisty
wiatr.
11 sekund po godz. 11.13 kontroler lotu poleca: - 007, końcowe schodzenie po
trzystopniowej ścieżce.
4 sekundy później pilot potwierdza lakonicznie: - 007.
Wieża, 3 sekundy później: - W lewo, 5, 155.
- 155 - potwierdza kapitan.
O 11.13,46 wieża: - 007, w lewo 5 stopni.
"Kopernik" nie odpowiada.
Po 6 sekundach kontroler wywołuje jeszcze raz: - 007!
O 11.13.54 "Kopernik" odzywa się: - Tak jest, zrozumiałem, chwileczkę, mamy
trudności z sygnalizacją podwozia, przechodzimy na drugi krąg.
W tym momencie samolot leci na wysokości 250 m.
W wieży kontrolnej nikt się nie niepokoi. W Iłach-62 czasami zdarzają się
awarie lampki kontrolnej pokazującej fakt prawidłowego wysunięcia i
zablokowania podwozia. Winowajcą bywa banalny bezpiecznik. Piloci mają wtedy
do wyboru dwa manewry. Albo przelatują nisko nad wieżą lotniska, a któryś z
kontrolerów przez lornetkę sprawdza, czy podwozie jest prawidłowo wysunięte,
albo podwyższają pułap i czekają, aż mechanik pokładowy sprawdzi nieszczęsny
obwód sygnalizacyjny. Kapitan Lipowczan wybiera drugi manewr.
- Zrozumiałem, kurs pasa i 650 - potwierdza Okęcie o 11.14.00.
Liczba 650 oznacza wysokość, na jaką ma teraz wznieść się samolot.
Kapitan Lipowczan zwiększa ciąg silników. Po 9 sekundach rozlega się potężny
huk. Za samolotem pojawia się obłok dymu. Na podwarszawskie Włochy, nad
którymi leci teraz "Kopernik", sypie się grad metalowych odłamków.
Piloci nie mają pojęcia, co się stało. W jednej sekundzie "Kopernik" zamienia
się we wrak szybujący z prędkością 350 km/godz. Nie działa ster wysokości,
nie działa ster kierunku, milczą trzy z czterech silników. Nie działa część
pokładowej instalacji elektrycznej.
Po zwiększeniu ciągu w lewym silniku nr 2, tym od strony kadłuba, pękł wał
łączący turbinę ze sprężarką niskiego ciśnienia. W miejscu pęknięcia nałożyły
się ukryta wada materiałowa i niedostateczna gładkość powierzchni wału
powstała podczas remontu silnika u radzieckiego producenta.
Po zniszczeniu wału nieobciążona turbina w ułamku sekundy rozpędziła się do
prędkości obrotowej, przy której musiała ulec zniszczeniu. Wyrzucone ogromną
siłą odśrodkową elementy tarczy turbiny rozleciały się niczym artyleryjskie
szrapnele. Część z nich zniszczyła sąsiedni silnik nr 1, inne przeleciały
przez kadłub, zniszczyły popychacze steru wysokości i steru kierunku oraz
unieruchomiły silnik nr 3 przylegający do kadłuba z prawej strony.
Janina Podwysocka mieszkająca przy ul. Jakobinów 25 stoi na podwórku i
próbuje odmrozić gumowy szlauch. Nagle widzi, jak po betonie podwórka
przesuwa się ogromny cień samolotu. Podnosi głowę i natychmiast kuca. Rękami
zasłania oczy. Przez głowę przelatuje jej: "Boże, odpuść grzechy". Wydaje jej
się, że ogromny, lecący tuż nad ziemią samolot wali prosto w jej obejście.
Mijają kolejne sekundy praktycznie bezwładnego szybowania "Kopernika".
Samolot przelatuje jeden kilometr, drugi. Do skraju pasa startowego brakuje
zaledwie 950 m, gdy coś powoduje załamanie trajektorii lotu.
W ostatniej chwili kapitan Lipowczan dostrzega przed dziobem maszyny białe
ściany sporych, kilkupiętrowych zabudowań. To schronisko dla nieletnich przy
ul. Rozwojowej. Kapitan jakimś cudem w ostatniej chwili minimalnie zmienia
kurs w prawo.
"Kopernik" nagle spada, dziobem w dół, mniej więcej 200 metrów za posesją
Janiny Podwysockiej, na XIX-
-wieczny fort wojskowy, nieopodal ulic Żegoty, Rozwojowej i placu giełdy
samochodowej, zaledwie kilkadziesiąt metrów od schroniska. Uderza w ziemię w
26. sekundzie od eksplozji silnika.
Kadłub wpada do fosy. Oderwany ogon przelatuje nad fosą i spada przed
wejściami do fortu. Obok niego uderza w ziemię rozbita część podwozia. Na
pobliskich drzewach wisi kilka wielkich pomarańczowo-niebieskich płacht. To
tratwy ratunkowe, obowiązkowe wyposażenie samolotów latających nad
Atlantykiem. Na krzakach - obicia foteli, zasłony.
Pierwsi z okolicznych mieszkańców dobiegają do fortu parę minut po
katastrofie. Mężczyźni, kobiety, dzieci forsują fosę. Między szczątkami
samolotu widać zniekształcone zwłoki.
Błyskawicznie zjeżdżają karetki pogotowia. Lekarze w ślad za mieszkańcami
wdrapują się po śliskiej darni fortu. Od razu pojmują, że nikomu nie mogą
pomóc. Milicjanci zaczynają wypychać gapiów za teren fortu, nad miejscem
katastrofy pojawia się milicyjny helikopter.
Na tarasie widokowym Okęcia stoi Jan Żakowski. Razem z wujkiem czeka na
szwagra, Jana Żadziłko, piekarza z Suchowoli lecącego "Kopernikiem". Razem z
nimi czekają żona i córka pana Żadziłko. Jan Żakowski spogląda na lecący w
oddali samolot. Nagle maszyna znika mu z pola widzenia. Dostrzega w oddali
lecąc