topjes
23.07.05, 12:39
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050723/ekonomia/ekonomia_a_19.html
LUDZIE I GOSPODARKA
Właściciele Hexeline Halina i Tadeusz Zawadzcy udowodnili, że warto inwestować
w polski przemysł lekki
Kolekcja dla Charlize Theron
Zaczynali od jednej używanej maszyny krawieckiej, bez kapitału i tradycji
rodzinnych. Po kilkunastu latach Hexeline jest znaną marką eleganckiej odzieży
damskiej
ekonomia_a_19-1.F.jpg
Polska kolekcja ma mnóstwo drobnych detali, a w Skandynawii liczy się przede
wszystkim jakość tkaniny i dobry krój
(c) MARIAN ZUBRZYCKI
Właściciele firmy Halina i Tadeusz Zawadzcy twierdzą, że nie ma recepty na
sukces. Im na pewno bardzo pomogło to, że każde zarobione pieniądze
inwestowali przez wiele lat w rozwój firmy.
Hexeline to marka odzieżowa. Wybierają ją kobiety dobrze sytuowane, bo ceny
należą do wysokich. Oferowana odzież jest elegancka, nowoczesna, dobrze
skrojona i starannie wykonana z najlepszych surowców.
Hexeline ma własny zakład produkcyjny, ale i zleca szycie według swoich
projektów innym producentom odzieży w kraju.
- Musimy w krótkim czasie wyprodukować nową kolekcję, dostarczyć do salonów na
sezon znaczne ilości ubiorów - wyjaśnia Halina Zawadzka. - Nasz zakład nie
jest w stanie temu sprostać.
Dobrym posunięciem okazało się, rozpoczęte w 1997 r., tworzenie własnej sieci
salonów w największych miastach. Dziś jest ich 22, w tym trzy za granicą: w
Pradze, Petersburgu i Kijowie. Firma dostarcza ubiory do butików w Szwecji,
Danii, Rosji, na Ukrainie i Białorusi. Co sezon powstaje nowa kolekcja,
składająca się z około 200 modeli.
Nie tylko przypadek
Wszystko zaczęło się od niewielkiego zakładu rzemieślniczego, firmy rodzinnej
Haliny Zawadzkiej.
-O naszej przyszłości zdecydował w dużej mierze przypadek - wspomina Halina
Zawadzka. - Na początku lat 80. oboje z mężem skończyliśmy studia na
Politechnice Łódzkiej. Od dziecka interesowałam się modą i ubiorem, odkąd
pamiętam, szyłam dla siebie wszystkie rzeczy, ponieważ uważałam, że nikt inny
nie zrobi tego lepiej niż ja. W czasie studiów wielu kolegów nosiło moje
spodnie, bo dobrze leżały i były modne. I tak się zaczęło.
- Żona interesowała się modą, umiała szyć - mówi Tadeusz Zawadzki. - Nie
wykorzystywała jednak tych umiejętności zarobkowo. Dopiero w 1981 r.
otworzyliśmy zakład rzemieślniczy: jeden pracownik i jedna maszyna, kupiona
przy wsparciu rodziny. Zakład produkował niewiele. Zatrudnialiśmy później 6,
potem 12, wreszcie 15 osób. Dzisiaj jest ich 150. - Pierwsze lata dużo nas
nauczyły - wspominają właściciele Hexeline. - Pomogła współpraca z klientem
niemieckim, który pokazał nam, co to znaczy dobra jakość wyrobów. Chociaż
wtedy, tak naprawdę, dla krajowych odbiorców nie trzeba się było wysilać, w
sklepach były puste wieszaki, warunki dyktował producent. Minusem było to, że
działaliśmy pod presją rozmaitych ograniczeń. Limitowane było zatrudnienie. Na
produkcję każdego rodzaju odzieży wymagane było odrębne zezwolenie. Nie mówiąc
już o zdobywaniu materiałów i dodatków.
W1989 r. firma, która zatrudniała już wtedy ponad 50 pracowników, przyjęła
nazwę Hexeline.
-To przypadek - wyjaśnia Halina Zawadzka.
Hexe, hexa to słowa pochodzenia łacińskiego i niemieckiego. Znaczą:
czarownica. A nazwa Hexeline to "linia czarownicy", a może lepiej "linia
czarodziejska".
Z Łodzi do Sztokholmu
Hexeline coraz więcej eksportuje. Za granicę sprzedaje ok. 20 proc.produkcji.
Dwukrotnie była laureatem nagrody ministra gospodarki, uzyskała najpierw tytuł
Juniora, a potem Mistera Eksportu Przemysłu Lekkiego.
- Firma kojarzy się z dobrą jakością - mówi Małgorzata Szulc z Krajowej Izby
Gospodarczej, która od 20 lat organizuje konkursy na najlepszego eksportera. -
Nieustannie poszukuje nowych kontaktów, uczestniczy w misjach gospodarczych.
Chwalą ją klienci zagraniczni. Za wzornictwo zgodne z modą, ale i za własny
styl. Za jakość wyrobów i różnorodność kolekcji. A opinie odbiorców, obok
efektów ekonomicznych, bierzemy pod uwagę, przyznając tytuł najlepszego
eksportera.
- Eksport nie jest łatwy, bo rynek odzieżowy jest bardzo konkurencyjny - mówi
Tadeusz Zawadzki. - Najlepiej sprawdzają się własne kontakty, przez ludzi z
branży, znajomych. Czasami odbiorcy sami trafiają do nas, bo zostali zachęceni
przez osoby, które widziały to, co robimy. W eksporcie dobre efekty daje
zaproszenie do współpracy zagranicznych partnerów. Sprawdza się to szczególnie
w przypadku rynków wschodnich, Rosji. W kontraktach z odbiorcami z Unii mniej
jest ograniczeń prawnych, ale tam znacznie trudniej wejść na rynek.
- Zwłaszcza bez odpowiednich funduszy promocyjno-reklamowych - dodaje pani
Halina. - Dzisiaj cała sprzedaż oparta jest właśnie na reklamie. W Polsce
przez całe lata nie wiedzieliśmy, po co mamy z niej korzystać. Nikt nie znał
zasad marketingu, bo takowy nie istniał. Teraz reklama jest niezbędna, a
problemem bywa zdobyciena ten cel odpowiednich środków.
Hexeline ma dwóch zagranicznych konsultantów. Sergio Fintoni jest profesorem w
jednej z włoskich szkół mody. Nie ukrywa swojego podziwu dla polskiej firmy.
-To, co sprzedają, prezentuje dobry międzynarodowy poziom. W tych kolekcjach
widać wszystkie najnowsze trendy. Ich sukienki widzę już na włoskich,
francuskich i hiszpańskich ulicach. I wcale mnie to nie dziwi. Teraz powinni
jak najszybciej otworzyć sklep w Paryżu.
Szwed Goran Reumark pracuje z Zawadzkimi od 3 lat. Ceni ich przede wszystkim
za to, że tak łatwo potrafią zrozumieć oczekiwania rynku. - Polska kolekcja ma
mnóstwo drobnych detali, a w Skandynawii liczy się przede wszystkim jakość
tkaniny i dobry krój. Proste wzory ujawniają wszystkie błędy. Ale Hexeline nie
ma z tym problemu. Ich ubiory sprzedają się w Sztokholmie w najlepszych
sklepach. To już kolekcja na dobrym międzynarodowym poziomie.
Najważniejszy rozwój
Hexeline sporadycznie ubiega się o wsparcie finansowe przewidziane dla małych
i średnich firm.
- W latach 90. korzystaliśmy z funduszu Phare. Były to pieniądze rozdzielane
sensownie, ale trzeba było je rozsądnie spożytkować - mówią państwo Zawadzcy.
- Dostaliśmy wtedy dofinansowanie na kupno maszyn. Kupiliśmy je, część
pieniędzy wydaliśmy na budowę zakładu na łódzkim Widzewie z wzorcownią. Tam
powstają kolekcje.
-Teraz staramy się o unijne pieniądze na dofinansowanie systemu komputerowego,
który połączy zakład z siecią handlową. Złożyliśmy wniosek, czekamy na
decyzję. To niezbędna inwestycja - zapowiada pani Halina.
Miara powodzenia
- Hexeline rozwinęła się w Łodzi w latach, kiedy przemysł lekki padał - mówi
dyrektor łódzkiej Izby Przemysłowo-Handlowej Hanna Zdanowska. - Zawadzcy
wygrali, bo wybrali dobrą ścieżkę działania. Postawili na budowę własnej marki
i firmową sieć dystrybucji. Takie przedsiębiorstwo pozwala wierzyć, że warto w
Polsce inwestować w przemysł odzieżowy. I że jest miejsce - mimo silnej
konkurencji - na rodzimą produkcję.
Hexeline nie ujawnia zysków. Przyznaje, że rentowność ma wyższą niż spółki tej
branży notowane na giełdzie. W 2002 r. przychody wynosiły 22 mln zł, w 2003 -
28 mln zł, w 2004 - przekroczyły 30 mln zł.
- Powodzenie kolekcji, których powstawanie nadzoruje właścicielka firmy i
jednocześnie projektantka Halina Zawadzka, to w dużej mierze efekt szerszego
niż u innych pojmowania jakości - uważa redaktor "Rynku Mody" Hanna Gajos. -To
nie tylko dobre tkaniny importowane z Włoch, Francji, perfekcyjny krój i
wykonanie. To moda przystosowana do potrzeb klientek, które za to, co chcą
mieć w swojej szafie, gotowe są niemało zapłacić. Hexeline z wieloma
klientkami utrzymuje kontakty, słucha ich opinii o kolekcji. Są wśród nich
aktorki, prezenterki telewizyjne, lekarki, kobiety ze świata biznesu i
polityki. Podczas ubiegłorocznego festiwalu Camerimage jedną z kolekcji
Hexeline wybrała sobie laureatka Oscara, aktorka