kropka.
02.02.03, 00:06
Parę dni temu coś mi w nocy szurało pod oknem. Podejrzewałam, że ani chybi
jeż się obudził. Nie myliłam się. A dowiedziałam się o tym oczywiście w nocy.
Zawsze jak dzieje się cos niespodziewanego, to dzieje się to w nocy. To jakaś
prawidłowość.
No to było tak:
Wróciłam do domu w środku nocy. Otwierając wejściowe drzwi zauważyłam, że
dziura będąca wywietrznikiem do piwnicy, jest czymś zapchana. Jakiś kłąb
szmat? Błocko? Ki czort? Kto i po co zapchał? Gdzie siatka, którą była
zasłonięta? Trzeba rano zapytać, pomyślałam, gdy nagle usłyszałam znajomy
szelest, a zatyczka poruszyła się lekko. Co za licho???
- To jaaaa!!! Coś mnie trzymaaaa!!! Ratunku!!!
- A co ty robisz w tej dziurze?! Wyłaź natychmiast!
- Nie mogeeeee! Trzyma mnieee! Ajajajaj!!!! Ratunkuuuuuuuuuu!!!
Przyjrzałam się dokładnie. Jeż tkwił do połowy w dziurze. Właściwie, z mojego
punktu widzenia tkwił OD połowy. Tylnej połowy. W dodatku wyglądało na to, ze
jest mu ciasno jak diabli, bo to, co wystawało, było znacznie szersze od
średnicy dziury. Wzięłam patyk i próbowałam nim wydłubać kolczaste ciałko z
pułapki.
- Łaaaaaaaaaaaaaaaaj!!! Kłujeeeeeeeeee!!! Duszeeeeeeeeeee sieeeeeeeee!!!
- Dobra. Chwila, zaraz wezwę pomoc. A po cholerę tam właziłeś? I po cholerę w
ogóle się obudziłeś? Styczeń! Środek zimy przecież!
- Ojojojoj! Nie truj! Wyjmij mnie stąd! Ratunkuuuuuuuuuuuu!
- Nie drzyj się! Cały dom obudzisz! Idę z drugiej strony. Wypchnę cię.
Zeszłam do piwnicy. W dziurze wywietrznika świeciły dwa przerażone paciorki
i nerwowo poruszający się guziczek nosa. Problem polegał na tym, że mur ma
ok. 20 cm i jeżowy ryjek był daleko w głębi.
Owinęłam kij od szczotki szmatami i wsunęłam do tunelu usiłując zmusić jeża
do wysunięcia się z dziury. Popchnęłam lekko...
- Aaaaaaaaaaaaaaj!!! Dusisz mnieeee!!! Mój nooooos!!! Ajajajajajajaj!!!
Nie było rady. Trzeba było budzić rodzinę.
Mężczyzna Życia wstał mrucząc cos pod nosem na temat nadmiaru robactwa i
konieczności przeprowadzenia deratyzacji, Pietrek wspomniał cos o łopacie,
którą z góry jednym uderzeniem, a resztę się wydłubie, zaspana Marysia
zastanawiała się, czy aby na pewno lubi zwierzątka.
Obgadaliśmy strategię. Pomysł ze szmatą na kijku nie był zły. Należało pchać
jeża od strony piwnicy jednocześnie ciągnąć z zewnątrz.
Czy usiłowaliście kiedyś pchać jeża pod włos? Nie? Słusznie, bo to bez sensu.
Jedynym wyjściem było przepchnąć gada do środka. Zważywszy, że jeż rozszerza
się ku tyłowi, nie wydawało się to proste. Mężczyzna Życia przypomniał, ze
jeż ma umiejętność wydłużania ciała w miarę potrzeby, niczym kot.
- To go przekonaj, żeby się wydłużył, zaproponowałam.
- Masz inny pomysł? odparował wściekły, bo mijała właśnie pierwsza godzina
wydłubywania jeża.
Pomysłów było sporo. Od perswazji do rozwalania ławy fundamentowej, poprzez
straż pożarną, która wodą pod ciśnieniem powinna przepchnąć.
- A zostawić idiotę, niech chudnie albo zdechnie! Wrzeszczał, biały z zimna i
wściekłości, spokojny zazwyczaj Mężczyzna Życia.
- Nieeeeeeeeee!!! piszczał jeż. Ratunkuuuuuuuuuuu!!!
- Stul dziób, do jasnej cholery! Ostatnia szansa: smarujemy dziurę oliwą.
Twoją dupę też. Albo się przepchniesz, albo zostajesz!
Brzmiało rozsądnie. Dziura została grubo wysmarowana olejem słonecznikowym z
pierwszego tłoczenia. Wciąż wystająca, tylna część jeża, czyli mówiąc ściśle –
dupa, posmarowana oliwą z oliwek, bo oleju zabrakło. Żeby oliwa nie spłynęła
do skóry,
a jedynie zwilżyła igły, smarowanie odbywało się za pomocą jedwabnego
pędzelka do pudru, zakupionego wiele lat temu za spore pieniądze we Francji i
strzeżonego przeze mnie jak źrenica oka.
- Żeby go szlag trafił, mruczałam smarując niemal każdą igiełkę z osobna.
- Nieeeeeeeeeeee!!!! wrzeszczał na całe gardło jeż.
- Nie mogę tego słuchać. Czy ktoś może zakneblować to bydle? dopytywała się
Marysia
- Nieeeeeeeeeeee!!!!!! Wrzeszczał coraz głośniej jeż.
- O.K. Uwaga! Pchamy!!!! Powoli! Ostrożnie! Mańka, połaskocz go w łapy, jak
zacznie fajtać, to pójdzie! Żeby tylko tylne łapy w dziurę wlazły! No!
Maleńki, ruszaj! No! Nie bądź gapa! Nie zwijaj się, qrwa!!! dyrygował
Mężczyzna Życia.
Staliśmy z Piotrem w piwnicy i zachęcaliśmy jeża do wysiłku najczulszymi
słowami.
- No, bądź dzielnym, mądrym jeżem. No, chodź. Chodź do mnie, no! Zobacz, tu
cieplutko, dostaniesz mleczko, no, chodź maleńki, ruszaj...
- Ruszaj stary, bo ci łeb przy samym brzuchu up......lę, przekonywał Pietrek
tonem najsłodszym z najsłodszych
- Gligligli, piszczała Mania smyrając jeża po bokach i piętach
Nie wiem, który argument przeważył. Nagle jeż podniósł ryjek, złożył igły,
wyciągnął spod siebie przednie łapki, zdecydowanym ruchem wsmyknął tylne i
ruszył do przodu tak szybko, ze z impetem runął na podłogę. Nieco zdumiony
rozejrzał się po piwnicy i zniknął w kamiennym garnku do kiszenia ogórków.
Zwinął się w kłębek i zasnął.
- Nawet skurwiel nie podziękował, marudził Najdroższy Mężczyzna, usiłując
doszorować ręce. Niewychowany bydlak!
- Cały dres upieprzyłam! W czym jutro pojadę??? Wściekała się Marysia.
- Nie wyrażaj się.
- Wyprowadzam się. W tym domu nie ma spokoju nawet w nocy, marudził Pietrek.
Zajrzałam do piwnicy. Jeż spał snem sprawiedliwego.
- Był kiedyś taki instytut dezynfekcji, dezynsekcji i deratyzacji. Nie wiesz,
czy jeszcze istnieje? usłyszałam zasypiając.
- Chyba nie. Budżetowy był, pewnie zlikwidowany, odpowiedziałam ostatkiem sił.
- Szkoda... socjalizm miał jednak kilka zalet...
- Przestań gadać, bo cię zderatyzuję. Dobranoc.
Czy tez macie różne dziwne przygody głównie w nocy?