Dodaj do ulubionych

Kogo się boi Gazeta Wyborcza albo równi i równiejs

01.09.03, 01:03
i
Jakiś czas temu GW wydrukowała artykuł Joanny Szczepkowskiej dotyczący
teatru , potem Krystyna Janda w blogu , który prowadzi
( www.krystynajanda.com ) napisała , że nie zgadza się z koleżanką
( patrz niżej -1 )

Trzeba trafu , że Szczepkowska załatwiła sobie internet , weszła na ten blog
i... napisała dość kąśliwy felieton w Wysokich Obcasach (patrz niżej -2)

Nie przejęłam się zbytnio dyskusją obu aktorek , lecz w pewnym momencie
chciałam sprawdzić pewien szczegół w felietonie Szczepkowskiej , wiadomo w
internecie szybciej - w GW jest dział Kobieta , tam Wysokie Obcasy a dalej
felietony Szczepkowskiej... Jakież było moje zdziwienie gdy znalazłam
felietony napisane wcześniej i później a TEGO nie !!! Pomyślałam , że pewnie
to naprawią ale dni mijają pojawiają się następne felietony a tego dalej nie
ma ! Wygląda to na autocenzurę lecz z jakiego powodu ??? We wspomnianym
felietonie JS , Janda nie była wymieniona z nazwiska (choć każdy kto czytał
jej blog mógł się łatwo domyślić o kogo chodzi ) widocznie w GW gdy
zorientowano się , że to panią Jandę zaatakowano postanowiono ocenzurować już
wydrukowany felieton na zasadzie - kto nie kupił gazety w internecie nie
przeczyta i będzie spokój... Tylko dlaczego ? Ze strachu? Przed kim? A może
po prostu dla GW są równi i równiejsi i Pani Janda ma na tyle silne plecy ,
że...
Interesujące! Ciekawe ile rzeczy (wydrukowanych bo ktoś w porę nie załapał)
zostało w ten sposób potraktowane w internetowej GW ?
Zdziwienie i niesmak :(
Obserwuj wątek
    • elodia Re: 1 01.09.03, 01:07
      1 - czyli urywek z blogu Jandy na temat artykułu dotyczącego teatru autorstwa
      Szczepkowskiej

      Wczoraj przeczytałam dokładnie artykuł zamieszczony w sobotniej Gazecie
      Wyborczej, napisany przez moją koleżankę Joasię Szczepkowską, a dotyczący
      Teatru Telewizji. Jej niepokój związany z jakością, poziomem i znaczeniem
      Teatru Telewizji, jest niepokojem słusznym i dzielimy go wszyscy. Martwimy się
      ograniczaniem i regułami emisyjnymi, finansami nań przeznaczanymi i zmuszaniem
      nas do podporządkowywania się absurdalnym w tym wypadku kryteriom oglądalności,
      ale wszystkie jej diagnozy i recepty, wnioski w tym artykule, w moim pojęciu są
      z gruntu błędne. Idea, żeby z urzędu i nakazu, znów wtłoczyć teatr telewizji do
      martwych studiów telewizyjnych, odebrać mu możliwość korzystania z najnowszych
      technologii, jakie daje nowa lekka kamera telewizyjna w połączeniu z plenerem i
      naturalnym światłem, pozbawienie się wszystkiego, co przy takiej produkcji
      telewizyjnej jest atutem, jest szaleństwem i anachronizmem. Przez ostatnie lata
      powstało wiele wspaniałych dzieł robionych i w dekoracjach naturalnych, i w
      plenerach, i w studiach, a nowi ludzie, reżyserzy filmowi wnieśli do tego
      gatunku skarby, odważniej myśląc o języku opowiadania, o kamerze, plenerze i
      trikach telewizyjnych, wyprowadzając teksty literackie, klasyczne, adaptacje,
      swoje opowieści, z papierowych dekoracji i sztucznego światła, dali Teatrowi
      Telewizji nowe życie. Powrotu do przeszłości nie ma i tęsknota za nim jest
      absurdalna. A potrzeba dwóch miesięcy prób, samoloty latające nad głowami
      artystów, pretensje za eksperymenty do operatorów i niemożność skupienia się są
      narzekaniami starszej pani. (Mogę tak napisać, bo jesteśmy równolatkami i mam
      podobne "histerie", które trzymam w sobie i zresztą uważam je za naturalne).
      Problemem jest czas, jaki mają twórcy na realizację, pieniądze przeznaczane
      na Teatr Telewizji, a przede wszystkim, przy głośnych deklaracjach rozumienia
      jego znaczenia, cichy, lekceważący stosunek do tej dziedziny telewizyjnej
      twórczości, tylko dlatego, że ma ona oglądalność nie przynoszącą wpływów z
      reklam. Od dawna błagamy, zaklinamy, tłumaczymy, że poziom, ranga, znaczenie, i
      misyjność teatru telewizji de facto Teatru Narodowego powinna zwalniać go ze
      wszelkich "konkurencji" i dawać mu status absolutnie wyjątkowy, rozumiejąc to
      także jako zostawienie mu najlepszych godzin emisyjnych. Nie mogąc się dogadać
      z telewizją, po ograniczeniach premier, które nastąpiło rok temu, z czterech
      miesięcznie do dwóch, i zaostrzeniu kondycji produkcyjnej, przesunięciu godziny
      emisyjnej na mniej korzystną i nakazowi realizowania ich przy pomocy droższych
      i "nieruchawych" produkcji wewnętrznych a nie zewnętrznych, które dają większe
      możliwości realizacyjne, my, twórcy zaczęliśmy namawiać wielkie firmy,
      reklamodawców, żeby nam pomogli i zaznaczali, żeby emitować ich reklamy "koło
      nas", ale i to nie pomogło, kierują się i oni tylko i wyłącznie kryterium
      oglądalności a nie jakości programu, który "opakowuje" ich reklama. Chcieli
      natomiast pomagać w realizacji, ale na to z kolei telewizja nie pozwala, bo
      jest to w jakiś sposób ograniczone przepisami. Wracając do rzeczy... Lęk
      uzasadniony i podzielany przez całe środowisko, ale recepty - sprzed co
      najmniej dwudziestu lat.
      I tak a propos, gdyby każda artystka z nazwiskiem chciała mieć wgląd w
      montaż, to można by zwariować, nic by nie można było skleić, bo jeśli w
      obsadzie byłoby kilka, każda miałaby pretensje o wygląd w innym momencie. Od
      dziesięciu lat jestem też reżyserem, zrobiłam tych teatrów dziesięć, i kiedy
      angażuje mnie reżyser jako aktorkę, na wszelki wypadek nie oglądam nawet
      kolejnych ujęć, żeby mu nie przeszkadzać uwagami, ani swoim ewentualnym
      wyglądem, a poza tym przy wymogu produkcyjnym, żeby kręcić 10 minut ekranowych
      dziennie, często bardzo skomplikowanej i wykreowanej rzeczy, nie ma na to
      czasu. Tak więc nie chodzi o samoloty przeszkadzające w skupieniu, dwa
      podbródki i dwa miesiące prób do momentu rejestracji, a o uświadomienie władzom
      telewizji raz na zawsze, że są pozycje programowe, które wymagają absolutnie
      innego traktowania, opieki, czułości i szacunku, a artyści dadzą sobie z resztą
      radę sami.
      Dobrego dnia. Przepraszam, że się zdenerwowałam.
      • elodia Re: 2 01.09.03, 01:11
        2- czyli Felieton Szczepkowskiej , którego próżno szukać w internetowej GW

        Koleżanka z pracy.
        WWW wygląda jak sznur mrówek. Od dłuższego czasu myślałam, czy wchodzić w
        to mrowisko. Wydawałoby się, prosta rzecz - internet. Niestety, wszystko muszę
        najpierw obejść, obwąchać, oswoić się, zrozumieć. Czy to jest wynalazek lepszy
        niż koło? Wreszcie zadzwoniłam gdzie trzeba, i wyszłam z domu na kilka godzin,
        żeby nie przeszkadzać w podłączaniu łącza. Pojechałam do lasu. Usiadłam obok
        ścieżki i wtedy ją zobaczyłam: refleksyjną mrówkę. Mrówkę-inteligenta. Nie szła
        w pochodzie innych WWW. Stała obok patyczka, źdźbła raczej, podchodziła do
        niego, odchodziła, oswajała się. Nagle podbiegła do niej inna mrówka, dźwignęła
        źdźbło i pognała w stronę mrowiska. Moja mrówka odeszła i stanęła przed innym
        patyczkiem. - Bierz ten patyczek! - szepnęłam - Szybko! Wiesz, ile patyczków mi
        w życiu zabrali? Gdybym napisała o tym książkę, podając fakty i nazwiska, byłby
        prawdziwy bestseller! Niedaleko mojej mrówki panował wielki ruch. Obejrzałam
        sobie dokładnie jej koleżanki z pracy. Pracowity sznur WWW chodził od ścieżki
        do mrowiska. Przyjrzałam się bliżej. Była tam jedna mrówka, która przyciągała
        uwagę. Biegała jak oparzona, szybciej niż inne. Zobaczyłam, że biegnie od
        mrówki do mrówki i zabiera im patyczki. Kiedy chwyciła jeden, zaraz widziała
        inną mrówkę z patyczkiem, rzucała tamten i zabierała nowy. Mrówki nie wracały
        do porzuconych patyków. Własny odkryty patyk to jest adrenalina, sukces,
        twórczość, a taki porzucony to już nie to samo. Mrówka z niesamowitą energią
        pozbawiła koleżanki tej radości. Ale czy można jej było coś zarzucić? Przecież
        zbudowała całe mrowisko! Ona sama! Wystarczyło spojrzeć na wielki kopiec, żeby
        zrozumieć, że krytykować to może tylko ktoś, kogo zżera zawiść! A przecież
        mrówka wybudowała tam nawet dziurki dla koleżanek! Nagle zobaczyłam, że jedna z
        mrówek dźwiga inną mrówkę. Może martwą, może chorą. Agresywna mrówka zabrała
        koleżance ranną i zaniosła do mrowiska na własnych plecach. Zrozumiałam.
        Budując mrowisko sama, z widocznym poświęceniem i oddaniem, tworzy nie tyle
        odwieczny gmach mrówek, ile swój własny pomnik. Zostawiłam żywy świat WWW i
        wróciłam do domu. Internet okazał się rozkosznie łatwy. Mimo wszystko nie
        bardzo wiedziałam, do czego może się przydać, więc postanowiłam zajrzeć na WWW
        koleżanki z pracy. I niestety, zajrzałam. Być może szybko skończyłabym
        podziwianie tej pracowitej samokreacji, gdybym nie natknęła się na swoje
        nazwisko. Moje publikacje obśmiane publicznie i bezkarnie, przeinaczone
        intencje tekstu sprowadzone do "histerii starszej pani", nawet mój biedny
        podbródek, który zawsze był moim kompleksem, wyciągnięto na światło dzienne. A
        wszystko w atmosferze miłości do ludzi, dzieci, biedaków, chrześcijan i
        wszystkich innych grzeszników. Radio Maryja niech się schowa. A więc stałe
        łącze może być czymś w rodzaju szybkiego, publicznego donosu, skarżypyctwa,
        dopieszczania i odreagowywania na każdy sygnał zagrożenia. Samobudowanie
        samopomnika ze wszystkich możliwych materiałów. Marmur, żelazo, cegła, własne
        dzieci, mąż, samopromowanie przyjaciół, samozniszczenie niewygodnych. Totalny,
        publiczny samogwałt. A więc tak tutaj jest. Fu. I po co wchodziłam w to
        mrowisko? Przecież tu można zrobić wszystko! Wymanipulować każdą wadę na
        zaletę! Doprowadzić ludzi do tego, że pocieszają za to, że ma się duże
        pieniądze! Tak im w głowie zabełtać, że piszą: "Nie martw się, że jesteś
        bogata, zasłużyłaś na to, a ja też nie mam pracy"! Czy nie istnieje już coś
        takiego jak zażenowanie? Może ja rzeczywiście jestem starszą panią, skoro nie
        wyobrażam sobie drukowania publicznie komplementów, których nam, aktorom,
        publiczność nie skąpi? Że hamowałaby mnie choćby nieskrępowana możliwość
        pisania samej do siebie? Po co mi to było? Może po prostu po to, żeby
        zrozumieć, że internet jest takim samym wynalazkiem jak koło. Można na nim
        jechać w cudowną podróż, ale można też łamać kości. Czy zrobię sobie WWW? Nie
        wiem. Muszę koło tego pochodzić, pomyśleć. Na razie poprzestanę na felietonach -
        to mój patyczek. Na razie, oczywiście.
        • elodia Re: 2 04.09.03, 04:00
          :(

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka