aard
10.07.03, 13:06
Sytuacja autentyczna, która miała miejsce w sierpniu 2001, kiedy wracałem z
wakacji. Proszę szanowne Forum o ocenę mojego postępowania i uzasadnienie,
dlaczego to co zrobiłem nie było bądź było dopuszczalne.
Wracając autostopem z Sycylii zatrzymałem się w miasteczku Arco nad Lago di
Garda w północnych Włoszech, które jest mekką sportów wspinaczkowych i słynie
m. in. ze świetnie zaopatrzonych i tanich sklepów ze sprzętem górskim.
Postanowiłem więc uzupełnić tam swój stan posiadania o kilka wspinaczkowych
drobiazgów i kuchenkę benzynową.
Na miejscu byłem pod wieczór, po zamknięciu sklepów, więc postanowiłem
dokładnie zapoznać się z miasteczkiem, by rano szybko załatwić zakupy i mieć
szansę wieczorem być w Polsce. W tym celu zostawiłem plecak w pewnej cukierni
(często zostawiałem go w różnych sklepach podaczas tamtego wyjazdu) i
poszedłem na "obchód". W jego trakcie trafiem na stojak z zawieszonymi na nim
za przednie koło rowerami przed zamkniętym już sklepem połączonym z
warsztatem reowerowym. Jednoślady z całą pewnością były używane, a zatem do
naprawy a nie do sprzedaży.
Przyglądałem się zafascynowany temu, że zaden z nich nie był NIJAK
zabezpieczony przed kradzieżą. Po prostu wisiały sobie za przednie koła na
hakach, a zdjęcie ich nie stanowiło najmniejszego problemu. Z ciekawości, czy
mnie oczy nie mylą sięgnąłem po jeden i zdjąłem. Wtedy przyszły mi do głowy
dwie myśli: pierwsza, że chyba mało Polaków odwiedza Arco, a druga, że
miasteczko jest jednak spore i jeśli mam je dokładnie obejrzeć i znaleźć
wszystkie sklepy ze sprzętem, to rower by się przydał. Rozejrzałem się więc
(nerwowo i po złodziejsku) i wsiadłem na rowerek. Cokolwiek było w nim do
naprawy, nie przeszkadzało w jeździe, więc pojechałem oglądać Arco. Zajęło mi
to jakieś 2 godziny nim byłem pewien, że obejrzałem wszystkie miejsca, gdzie
mógł się kryć sklep, przy okazji napawając oczy pięknem okolicy (miasteczko
leży wśród skał, na jednej z nich jest zamek i naprawdę niedaleko jest do
najwiekszego jeziora Włoch - Lago di Garda - dwa razy większego niż Śniardwy
i o głebokości maks. ok. 400 metrów!). Po czym podjechałem rowerem z powrotem
do tamtego warsztatu i odwiesiłem go na kołek.
Następnego dnia zrobiłem zakupy i pojechałem stopem do Polski.
Ponawiam pytanie: co sądzicie o moim postępowaniu? Akceptowalny wybryk czy
też czyn naganny?