To będzie dość długa historia, ale potrzebna, żeby nakreślić tło mojego problemu. Kiedy byłem dzieckiem, ojciec opuścił rodzinę i wyjechał za granicę. Jakiś czas po tym mama zachorowała, niestety przegrała z chorobą i osierociła mnie i mojego brata. Wtedy zaopiekowała się nami rodzina ze strony ojca - mnie "wzięła" jego siostra, brata adoptowali przyjaciele rodziny, którzy nie mogli mieć dzieci. Wychowywałem się w rodzinie zastępczej z kuzynką i wujostwem. Wszystko było chyba normalnie, do momentu aż poszedłem na studia. Całe dzieciństwo na to i owo nie starczało pieniędzy, więc chciałem być tak samodzielny jak tylko mogłem i utrzymywałem się wyłącznie z pieniędzy, które dostawałem od państwa (renta po mamie i świadczenie z ośrodka pomocy rodzinie) i z okazjonalnych prac dorywczych. Kiedy wyprowadziłem się z domu i wynająłem pokój nie pożyczyłem ani razu pieniędzy od rodziny, odwiedzałem ich regularnie, ale nigdy nie dałem powodu do "podciągnięcia" finansowego czy jakiegokolwiek. Radziłem sobie dobrze i byłem z tego dumny, nie musiałem brać żadnych "wałówek" żeby przetrwać, czy coś. Przede wszystkim nie byłem dla nikogo ciężarem, więc kiedy przyjeżdżałem w odwiedziny do wujostwa głównie słuchałem co ciekawego u nich, ich znajomych, dalszej rodziny i mojej "siostry"; nigdy nie byli specjalnie zainteresowani moimi badaniami naukowymi czy dziedziną, którą się zajmowałem, ani znajomymi ze studiów. Nawet moja narzeczona była taka jakby mało interesująca. W końcu przestałem mówić o sobie i tylko słuchałem co u innych, jakie choroby rozwijają się u kogo i w jakim tempie... Kilka miesięcy temu przeprowadziłem się dalej od domu, ze względu na świetną pracę, którą dostałem. Zdecydowałem, że będę kontynuował studia na odległość. Zanim wyjechałem odwiedziłem oczywiście wujostwo, ale przez pierwsze dwa miesiące praktycznie się nie kontaktowaliśmy. Tylko raz rozmawialiśmy telefonicznie i wtedy przełamałem się i pierwszy raz poprosiłem o "dorzucenie się" do czynszu, bo brakuje mi pieniędzy (pracowałem na niepłatnym stażu). Wtedy jeszcze mój wyjazd miał statut "tymczasowego", bo nie wiedziałem, czy faktycznie dostanę tę pracę o którą mi chodziło. Wtopiłem w momencie, kiedy wiedziałem już, że zamieszkam tu na stałe, ale nie poinformowałem o tym wujostwa. Napisałem do brata i siostry, a do nich nie, sam nie wiem dlaczego. Teraz sedno: Dostałem serię maili i sms-ów, że skoro nie chcę utrzymywać kontaktów z rodziną, mam wymeldować się z domu. Ponadto wszystkie pisma urzędowe będą odsyłane z adnotacją, że już nie mieszkam pod starym adresem (w trakcie studiów zawsze podawałem ten sam adres korespondencyjny, bo co jakiś czas zmieniałem lokum ze względu na wysokość opłat za wynajem). Jako wisienka na torcie - mam oddać pożyczone mi sto złotych i zabrać swoje rzeczy osobiste w przeciągu miesiąca. Ręce mi opadły. Wiem, że zachowałem się nie w porządku, kiedy nie zadzwoniłem od razu, że przeprowadzam się na stałe w inne miejsce. Ale wydaje mi się, że ta reakcja to jakieś ekstremum. Nie wiem, jak się zachować. Z jednej strony, nie chcę "palić mostów" i wyrzucać, że przecież kabel telefoniczny jest tak samo długi w obie strony, więc niesprawiedliwe jest, że tylko JA mam dzwonić i pisać, i pytać, i się interesować. Z drugiej, nie odpowiadam już na maile i wiadomości, zgodnie z zasadą "nie karm trolla". Razem z narzeczoną doszliśmy do wniosku, że nie chcemy kogoś takiego w naszym życiu. Z trzeciej strony, to są ludzie którzy mnie wychowali... Ale czuję się traktowany jak jakiś pies ze schroniska: wzięliśmy cię, było fajnie, a teraz nie zachowujesz się tak jak chcemy, to spadaj.
Tak sie nie robi. ja bym chyba byla tak samo rozzalona i rozgoryczona jak oni.Ty chyba nie do konca wizisz co narobiles. -- Życie wewnętrzne wielu kobiet powinno pozostać, cóź, wewnetrzne. P.Reiter
Jestem już pod koniec swojej drogi, za mną kilka lat terapii, i teraz stoję przed oficjalną, jasną decyzją, aby urwać kontakty z rodzicami i bratem. Są wśród was takie, które to zrobiły? Jak to wygladalo u was, szczególnie jeśli macie dzieci, które miały wcześniej kontakt z dziadkami. Kurczę, no niby prosta decyzja, ale jednak jest z tylu głowy to uwiązanie. A przecież, jakby tak się zachowywali moi znajomi, to by mi powieka nie mrugnęła przy mówieniu „nara”...
Dlaczego chcesz zerwać kontakt z rodzicami i bratem?
Sens był taki, że jestem podła, że zerwałam kontakt bez powodu, że oczekują pomocy ode mnie, że ojciec zmarł 2 lata temu, a ja nie byłam na pogrzebie i nawet nie było jak mnie zawiadomić, że mam się odezwać itp. Bardzo agresywne, po kilkadziesiąt wiadomości.
Hm, a czy nie mozna po prostu blokowac wiadomosci od nieznajomych ? -- Ignorancja moze byc skorygowana przy pomocy ksiazek. Glupota wymaga strzelby i szpadla (pochwycone w sieci)
Trudno mi uwierzyć w opowieści typu "zerwał kontakty z rodziną zupełnie bez powodu". Może z racji tego, że sama mam tzw. rodzinny cyrk jestem w stanie zrozumieć i usprawiedliwić takie zachowanie. Tak o tym rozmyślam teraz, bo po raz kolejny usłyszałam historię typu: "zerwał kontakty z bratem i matką i nie wiadomo dlaczego, coś mu się poprzestawiało chyba".
Ja znam i to przypadek w swoim rodzinnym domu.Gdzie to bratowa w trzy godz.po porodzie chciała by moja matka zabrała dziecko do siebie narazie na pol roku.Mama myslała ze to szok poporodowy ale ten szok trwa juz 6 lat.zero kontaktu z synowa a z synem okresowo wcale poniewaz jest manipulowany razem z dzieckiem.Matka moja starała sie bardzo,pomagała finansowo,ubierała wnusię,zabierała na weekendy,splacała kredyt mieszkaniowy ale to wszystko mało,nie o to im chodziło.Chcieli miec dziecko i zero obowiazkow,darmowa nianke w postaci babki.Nie byli az tak młodzi bo dziecko sie urodzilo i oboje mieli po 30 lat,prace i wynajete ale osobno mieszkanie.Teraz wnuczka jest duza i nawet nie wie ze matka jej nie chciała,nie wie tez ze babcia robiła wszystko by ja widywac.Brat ja przywoził wozkiem rano a mama pod blok podwozila wieczorem puszczala mu głuchego i ten wychodzil po dziecko.Paranoja.Jak mieli remont to ja przywiozl do nas bo wiadomo kurz,bałagan szkoda dzieciaka.Jak u nas był remont tez ja przywoził bo nasz kurz był zdrowszy.Teraz tez kontakt z bratm zaden,przychodzi jak mała chora i żebrze o opieke bo bratowa twierdzi ze nie moze brac zwolnienia ale jak sama zachoruje natychmiast bierze.Moja matka jest najgłupsza matka na swiecie a bratowa to takiego typa nikt jeszcze nie widział
Ciężko o tym pisać, ale jak zawsze kiedy mam jakieś życiowe wątpliwości zaczynam od forum. Niektórzy z Was mnie znają, z lekko rozchwianych emocjonalnie wpisów - tak jest w rzeczywistości i mam z tym wielki problem. Byłam zahukanym, smutnym, niepewnym siebie dzieckiem. Ojciec czasami mnie bił i mówił, że jestem najgorsza. Gdy miałam 13 lat mój wówczas ok. 30-letni sąsiad był jedyną osobą, która się mną interesowała. Spędzał ze mną czas. Pokazał parę ładnych miejsc. Nie mam pojęcia, dlaczego rodzice w ogóle pozwalali, żebym gdziekolwiek jeździła z 30-latkiem. On tymczasem wmówił mi, że jest jedyną osobą, która mnie kocha. Któregoś dnia upił mnie i doprowadził do seksu. Powiedział rodzicom że jestem jego dziewczyną, a oni przyjęli to do wiadomości... Wszystko działo się jakby za moją zgodą, tylko, że byłam zbyt głupim dzieckiem, żeby zrozumieć, że on jest zwykłym obleśnym pedofilem, który mnie wykorzystuje. To trwało trochę, aż coś mnie otrzeźwiło i odizolowałam się od niego. On do tej pory utrzymuje kontakt z moimi rodzicami - jest jakby ich "kolegą". Rok temu znalazł mnie i przeprosił za to co mi zrobił. Już nawet nie wiem jak to skomentować, bo uważam, że jest skończonym dnem i powinien za to siedzieć w więzieniu. Nie wiem jak mam sobie ułożyć życie. Jestem zadowolona, że udało mi się bez terapii swoją własną pracą dojść do tego punktu, w którym jestem: mam skończone studia, jakąśtam pracę, w której mogę się rozwijać. Uprawiam sport, zamiast palić papierosy i brać narkotyki, jak mi się w przeszłości zdarzało. Ale w kontaktach międzyludzkich, a zwłaszcza z mężczyznami jestem do kitu. Wiele razy trafiałam też na takich naprawdę dobrych mężczyzn, których jednak zrażam swoją osobą bardzo szybko. Mam takie momenty że płaczę, albo bardzo się czegoś wstydzę, mam kłopoty z odżywianiem, z niską samooceną, kłamię (najczęściej jeśli chodzi o dom), zamykam się w sobie. W panikę wpędza mnie np myśl, że miałabym zaprosić do rodzinnego domu chłopaka i jego rodziców. W ogóle nie chcę tego robić. Nie mogę się pozbyć żalu z powodu tego, że moi rodzice w ogóle mnie nie wychowywali i mnie nie kochali. Jak sobie pomóc w takiej sytuacji? Czy w ogóle da się jeszcze żyć normalnie?
Jednak terapia.
cyt. "Przede wszystkim musisz chronić siebie. Jeśli nie widzisz możliwości, aby zła relacja między Tobą a Twoimi rodzicami poprawiła się, natomiast powoduje ona dalsze pogarszanie się Twojego samopoczucia - zrób to, co pomoże Ci temu zapobiec. Czy ograniczyć, czy zerwać kontakt - to już Ty będziesz wiedziała najlepiej. Nie daj się wyrzutom sumienia ani ludziom, którzy z pewnością będą Cię krytykować z tego powodu, to Twoje życie, masz je tylko jedno, więc dbaj o nie najlepiej jak potrafisz. Masz prawo być szczęśliwa, a jeśli ktoś tego nie rozumie, to chyba lepiej trzymać się od takiego "osądzającego" z daleka. To nieprawda, że rodzicom wybacza się wszystko, dlatego że to rodzice, to tylko takie przekonanie silnie pokutujące w naszym społeczeństwie. Jako Twoi rodzice powinni Cię akceptować, kochać i wspierać jak nikt inny, a jeśli postępują jak Twoi wrogowie - to czy zasługują na to, żebyś była ich córką??? Miałam identyczną sytuację jak Twoja, już 12 lat dźwigam się z nerwicy i depresji, które mi zafundowali, ostatni raz widziałam ich 3 lata temu i jest to jedna z najlepszych rzeczy, jakie dla siebie zrobiłam." Nie moje pytanie i nie moja odp. Ale na temat i sensownie.
Odcięcie od rodziny, brak kontaktu i terapia (jakaś osoba prowadząca ją, być może jeszcze grupy innych osób uczęszczających)
Powiem że to forum S-V, a nie pomocy psychologicznej rodzinie. -- "Do what you want cause a pirate is free You are a pirate!"
jestem tu po raz pierwszy i wszytkich serdecznie pozdrawiam:) proszę napiszcie czy któraś z Was zdecydowała sie zerwać kontakty z rodziną męża? z jakiego powodu? jakie byly konsekwencje i czy żałuje swojej decyzji? dziekuje:) ja zastanawiam się nad tym dla tzw. świetego spokoju bo jestem zmęczona szarpaniną, wiem że nic to nie rozwiąże, ale może pozwoli mi skoncentrować się nad czymś innym.
ja jeszcze nie jestem mezatka, bede nia dopiero za kilka miesiecy, ale juz teraz wiem, ze nie nie mam ochoty utrzymywac z nimi kontaktow... wiem ze np. swieta z tesciami beda czasem nieuniknione, ale zrobie wszystko zeby sie troche od nich odciac, bo kosztuje mnie to wszystko tyle zdrowia... -- mój suwaczek Wiem, dokąd idę, więc tam dojdę :)
Na skutek terapii czy tez wrodzonej łagodności charakteru córka nie ma żadnych problemów z okazjonalnym ( 2-3 razy w roku po 2-3 godziny) przebywaniu w towarzystwie swojej matki rozmawiając "o niczym", jeżeli robi się niemiło wychodzi. to nie jest lagodnosc charakteru (co to w ogole jest?) to...
A co mam Ci dowalac, że jak dla mnie jesteś nieodklejona od rodziców i że są rzeczy niewyobrażalne, które powodują, że normalnie człowiek ma ochotę rozdeptac osobę kiedyś bliską? Ale żeby było coś konstruktywnego, musicie sobie stworzyć własne tradycje spędzania czasu, świąt, tak, żeby to było...
da się z tym żyć mając sumienie? Problem był od zawsze, teraz sie nasila i rzutuje bardzo mocno na zycie całej rodziny i wlasnie moj mąż postanowił, że jeszcze jeden "wybryk" i koniec jakichkolwiek kontaktów, na co padło stwierdzenie, że i tak tych kontaktów nie ma! Moze nie tyle nie ma, co są mocno rozluźnione....obiad 1 max 2 w m-cu, tel. co drugi, trzeci dzien i oczywiscie wspolne swieta/imprezy rodzinne.
Dobre. Ja z moją mamą mam telefon 1-2 w tygodniu, odwiedziny raz na 2 iesiące i mamy bliskie i ciepłe relacje. Z teściową telefon 1 w tygodniu, wizyta raz na 2-3 tygodnie i to też uważam za bliskie i częste. Nie napisałaś na czym konkretnie polega problem z teściową. Uważam że kontaktw nie...