65waw
09.04.15, 00:37
Remontuję mieszkanie z lat 60 w bloku, na styl nowoczesny z nutą skandynawskiej prostoty. Mam kąt w mieszkaniu na który nie mam pomysłu - zacząłem zastanawiać się nad akwarium na na stałe zbudowanym cokole, potem przyszła myśl na zabudowanie w ścianie biokominka.
Koszt takiego biokominka to jakieś 400 zł plus koszt ekipy kolejne parę stów.
Pytanie - czy to jest coś pretensjonalnego, bezużytecznego?
Partnerka mówi nie akwarium, bo trzeba co tydzień nosić wodę do wymiany, trzymać robale w lodówce - więc na ten syf mówi nie.
Na pomysł o biokominku zareagowała mniej więcej tak: nie mieszkamy w domu i nie mamy komina, a to będzie głupie, małostkowe i pretensjonalne.
Czy tak faktycznie jest?
Mnie bardziej na "nie" przekonuje, że używać to to by się używało tylko w zimie (a widać cały czas), nie wiem czy faktycznie daje to poczcie ciepła, jak przy prawdziwym palenisku. Ale przede wszystkim dziwią mnie przepisy - takie biopaliwo ulega spalaniu i faktycznie salon musi być wietrzony by nie truć się spalinami, a prawo, dla użytkowników na szczęście, nie wymaga kratki wentylacyjnej w takim pomieszczeniu. Ale na 20 metrach budzi to moje pytania także o zdrowie.
Mam na myśli oczywiście jakiś malutki, płytki biokominek nowocześnie wbudowany w pogrubioną ścianę, wlewa się tam ciecz która się pali podobno przez 1-2 godziny a butelka cieczy kosztuje grosze w markecie budowlanym (tak słyszałem).