martabg
15.11.06, 11:54
W szpitalu byłam dzielną dziewczynką. Usmiechałam się, żartowałam z
koleżankami z sali, odwiedzałam starsze kobietki i dotrzymywałam im
towarzystwa w ich strachu przed operacją.
Nawet nazwano mnie oddziałowym słoneczkiem.
Na zabieg szłam jeszcze ufnie, jakbym nie ogarniała tego, co będzie za chwilę.
W momencie wejścia na obskurną salę zabiegową zaczęłam się telepać, trząść,
widok fotela ginekologicznego z pasami do przywiązywania nóg, wszystko takie
stare, zniszczone, wzbraniałam się przed wejściem na fotel.
Jeszcze wenflon, pierwsza dawka znieczulenia, jeszcze przytomna, doszło do
mnie, co się właśnie dzieje, i co się będzie działo za chwilę.
Zaczęłam płakać. Ale podano już drugą dawkę, jeszcze tylko słowa "Zaraz
zaczynamy", i już mnie nie było...
Obudzono mnie dokładnie po pół godzinie, kazano zejść z fotela, nie spać, na
wózek, do sali, do męża, kroplówka, i ból.
Jeden zastrzyk, drugi zastrzyk, już nie boli, już nie śpię, już wszystko
dobrze.
Uśmiecham się, żartuję z koleżankami z sali, starsze panie tym razem
odwiedzają mnie.
Na drugi dzień wypis, powrót ze szpitala.
W domu jednak pękłam. Już nie miałam siły być twardą. Nie patrze mężowi w
oczy, bo zaczynam płakać. Gdy zostaję sama, płaczę. Dzisiaj we śnie przeszłam
chyba 100 zabiegów, rozpamiętuję każdy moment zabiegu, sekunda po sekundzie,
aż słyszę "Zaraz zaczynamy".
Wiem, że były jakieś problemy, dziś w nocy śniłam, że tak naprawdę to miały
być trojaczki, ale nic mi nie powiedzą, bo już za późno. Chwila po tym inny
sen, po zabiegu okazuje się, że był niepotrzebny, ale to też trzeba
przemilczeć, ja się nie dowiem.
I jeszcze ten fizyczny ból. Mam okres, wiem, że boli, i wiem dlaczego.
Teraz tego nie rozumiem, nie widzę sensu, przecież już wszystko mi zabrali, a
to ciągle boli. Każde odwiedziny w toalecie to kolejny napad histerycznego
płaczu.
Gdzie moje twarde ja?
Dlaczego trzymałam się dzielnie a teraz pękłam?
Dlaczego przeszłam dobrze przez to wszystko, co było najstraszniejsze a
teraz, w domu, zaczyna mnie to męczyć?
Bez sensu