Dodaj do ulubionych

Homilie, czytania na każdy dzień...

    • iktoto Homilia 26.07. 26.07.11, 12:06
      26.07. – Wspomnienie świętych Joachima i Anny
      Syr 44,1.10–15;

      Mt 13,16–17



      Szczęśliwe oczy wasze, że widzą i uszy wasze, że słyszą (Mt 13,16).

      Znowu powtarza się ten sam wątek: widzenie i słyszenie. Szczęśliwi jesteście, że widzicie i słyszycie. Wiemy już jednak, że aby widzieć i słyszeć, trzeba samemu otworzyć serce, pozwolić się dotknąć Słowu Bożemu. Wiemy, że wielu za czasów Pana Jezusa, chociaż Go widzieli i słyszeli, nie widziało i nie słyszało, bo twarde były ich serca, nie chcieli się nawrócić. W Ewangelii św. Jana Pan Jezus mówi o nich, że nie idą do światła, bo złe były ich uczynki i nie chcieli, by one wyszły na jaw. Po grzechu pierworodnym nikt z nas nie jest bez grzechu. Dlatego otwarcie się na Boga musi przejść przez wyznanie swoich grzechów. Podczas Mszy św. na początku, zanim zaczniemy słuchać i modlić się, wyznajemy swoje grzechy Bogu i bliźnim. Może to stało się dla nas rutyną. Trzeba jednak na nowo zobaczyć głęboki sens tego obrzędu.

      Nie tylko przypomina nam on, że sami jesteśmy grzeszni, ale także wprowadza nas w głębokie uznanie tego i wyznanie win.

      Zarówno słuchanie Słowa Bożego, jak i udział w misterium Eucharystii podejmujemy nie jako ludzie czyści, ale grzesznicy, którzy się nawracają i potrzebują nawrócenia, potrzebują Słowa Bożego, które by ich ożywiło, dało światło zrozumienia i nadzieję życia.

      Takie usposobienie dopiero właściwie nas nastawia do przyjmowania Bożych darów. Dobrze oddaje właściwą postawę przy słuchaniu Słowa Bożego sentencja św. Marka Pustelnika: „Człowiek duchowy wszystko, cokolwiek słyszy i czyta, odnosi do siebie, nie do innych”.

      Tak, to we mnie ma się dokonać przemiana, a nie mam nawracać innych. To nastawienie jest bardzo ważne. Ono dopiero pozwala Bogu przemówić w naszym sercu. Wtedy się realizuje owo błogosławieństwo: Szczęśliwe oczy wasze, że widzą i uszy wasze, że słyszą (Mt 13,16). Inaczej można tysiące razy słuchać i nie słyszeć, patrzeć i nie zobaczyć. Mistrzowie życia duchowego mówią, że prawdziwe spotkanie z Bogiem rozpoczyna się od decyzji o pójściu drogą prawdy, od wyznania swoich grzechów i odrzucenia ich. To jest wstęp, otwarcie, dzięki, któremu Bóg może prawdziwie działać w nas.
    • iktoto Homilia 17 Śr 1 27.07.11, 20:59
      17. Środa 1
      Wj 34,29–35;

      Mt 13,44–46



      Królestwo Boże jest dla każdego z nas skarbem, jest najbardziej drogocenną perłą. Pamiętamy słowa Pana Jezusa: Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,21).Właśnie to się dzieje w przypadku obu znalazców czy może odkrywców – przylgnęli całym sercem do tego, co znaleźli. Czym jest nasz skarb? Przypominają się słowa z Księgi Powtórzonego Prawa:

      Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Pan jedynie. Będziesz więc miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił (Pwt 6,4n).

      W przypowieściach ewangelijnych ta miłość wyraża się pełną determinacją. Obaj, zarówno ubogi najemny robotnik jak i bogaty kupiec handlujący perłami, sprzedali wszystko, co mieli, aby kupić pole zawierające skarb i perłę. Dopiero kiedy wszystko sprzedali, wystarczyło im na kupno.

      Tak jest z królestwem Bożym w naszym życiu. Aby je nabyć, trzeba „sprzedać” wszystko, co posiadamy. Pamiętamy słowo Pana Jezusa do bogatego młodzieńca: Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w nie­bie. Potem przyjdź i chodź za Mną! (Mk 10,21). W naszym życiu najczęściej nie będzie chodziło o sprzedanie w sensie dosłownym, ale o duchowe oddanie wszystkiego Bogu. To znaczy o wolność, co Pan Jezus nazywa „ubóstwem w duchu”. Wtedy dopiero królestwo Boże zaczyna być w naszym życiu czymś realnym, prawdziwym. Nie możecie służyć Bogu i mamonie! (Mt 6,24).

      Zobaczmy, jaka jest ta prawda o sprzedaży wszystkiego. Aby wejść do królestwa Bożego, musimy przejść przez śmierć, a ona pozbawia nas dosłownie wszystkiego. Wszystko musimy pozostawić, aby dostać się do królestwa Bożego. I nieważne, ile byśmy posiadali, zawsze trzeba zostawić wszystko. Nie mało czy dużo, ale zawsze wszystko. Taka jest cena królestwa Bożego. Odnosi się to nie tylko do posiadanego majątku, ale także do wszelkich zaszczytów, honorów, osiągniętych sukcesów, stanowisk, sławy, znaczenia, i to nawet w wymiarze religijnym. W dzisiejszym pierwszym czytaniu Mojżesz wrócił z Góry Synaj, przynosząc Izraelitom Prawo Boże. Skóra na jego twarzy promieniała (Wj 34,29). Uznano to za przejaw jego bliskości z Bogiem. Ale i to w momencie śmierci przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Każdy z nas staje całkowicie nagi wobec Boga, nawet Mojżesz. To, co nam Bóg chce dać, można przyjąć jedynie jako absolutnie bezinteresowny dar miłości. Aby go tak przyjąć, samemu trzeba być całkowicie ogołoconym.


      • iktoto Homilia 17 Czw 1 27.07.11, 21:00
        17. Czwartek 1
        Wj 40,16–20.34–38;

        Mt 13,47–53



        Pan Jezus przekazał nam kolejny obraz związany z królestwem Bożym. Jest ono podobne do sieci zarzuconej w morze i zbierającej wszelkiego rodzaju ryby. Póki sieć jest w wodzie, zbiera wszystkich, ale o tym, kto wejdzie do królestwa Boga, do Jego wieczności, decyduje sąd ostateczny.

        Na ziemi, czyli gdy sieć jest w wodzie, nie ma rozdzielenia dobrych od złych. Sieć jest obrazem Kościoła, w którym mogą się znaleźć rozmaici ludzie: dobrzy i źli. Sama przynależność do Kościoła jeszcze nikomu nie zapewnia zbawienia. O tym decyduje to, czy jest się człowiekiem „dobrym” czy „złym”. Kiedy spojrzymy na inne fragmenty Ewangelii mówiące o sądzie, szczególnie na 25. rozdział Ewangelii według św. Mateusza, to widzimy, że Pan Jezus nie pyta na sądzie o naszą przynależność religijną, a tym bardziej narodową, nie pyta o znajomość teologii i moralności, nawet nie pyta o praktyki religijne, ale pyta o nasze postępowanie względem bliźnich. Pyta, czy okazaliśmy się dla nich bliźnimi, czy zauważyliśmy ich potrzeby i na nie odpowiedzieliśmy konkretnym czynem. Jeżeli tak, to ostatecznie okazuje się, że:

        Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40).

        W królestwie Bożym ostatecznie zamieszkają ci wszyscy, którzy w życiu okazują miłosierdzie innym ludziom bez pytania o to, kim są, bez dzielenia ich na kategorie.

        Końcowa wypowiedź Pana Jezusa o nawracającym się uczonym w Piśmie wskazuje, że królestwo Boże zawiera w sobie całą mądrość, jaką poznał człowiek, odczytaną w nowej perspektywie objawienia Bożej miłości w Synu, który przyszedł na świat. Cała sztuka polega na umiejętności odczytania tej mądrości, a nie na odrzucaniu wszystkiego, co nowe czy stare. Tę mądrość może dać jedynie Duch Święty, który jest Duchem miłości.


    • iktoto Homilia 29.07. 29.07.11, 16:49
      29.07. – Świętych Marii i Marty
      Hbr 13,1–2.14–16

      J 11,19–27

      W Ewangeliach mamy trzy sceny, w których pojawiają się Maria i Marta, siostry Łazarza, przyjaciela Pana Jezusa. Ciekawe, że ewangeliści poświęcają im więcej uwagi niż samemu Łazarzowi!? Prawdopodobnie w ich domu tradycyjnie gościł Pan Jezus. Wiemy z innych fragmentów Ewangelii, że Pan Jezus nie szedł do ludzi, którzy Go nie chcieli przyjąć. Widocznie Łukasz, Marta i Maria byli bardzo gościnni. Pierwsze dzisiejsze czytanie mówi o tej cnocie, że przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę (Hbr 13,2). Każdy dobry gest w stosunku do drugiego człowieka, jak to potem powie Pan Jezus, właściwie odnosi się do Niego samego: co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Wydaje się, że relacja Pana Jezusa do Łazarza, Marty i Marii jest znakomitym obrazem Jego odpowiedzi na przyjaźń. Kiedy odnajduje w człowieku podobnego ducha miłości i otwartości, chętnie przybywa się do niego. A Pan Jezus wyraźnie lubił przebywać w domu Łazarza, Marty i Marii. To największy dar dla tego, kto ma otwarte serce.

      To otwarcie okazuje się początkiem spotkania. Podczas kolejnych spotkań z Marią i Martą Pan Jezus wypowiada ważne słowa. Pierwsze spotkanie, znane z Ewangelii według św. Łukasza, to scena z Martą uwijającą się wokół obsługi gości i Marią u stóp Pana Jezusa wsłuchaną w Jego słowa. Marta miała pretensję do swojej siostry Marii, że jej nie pomaga, i dlatego zwróciła się do Pana Jezusa z pytaniem, czy Jemu to nie obojętne, że Maria jej nie pomaga. Wówczas Pan Jezus jej odpowiedział:

      Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba <mało albo> tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10,41n).

      W całej tradycji Kościoła Maria została klasycznym typem kontemplacji, a sama scena wielokrotnie omawiana w kontekście relacji życia czynnego do kontemplacyjnego.

      Druga scena, znana z Ewangelii według św. Jana, odnosi się do wskrzeszenia Łazarza. Fragment tej sceny jest przytoczony w dzisiejszej Ewangelii. Jezus nie opuszcza swoich przyjaciół nawet w obliczu śmierci. W Ewangelii czytamy Jego zapewnienie: Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. (Łk 11,25). I rzeczywiście jako dowód na prawdziwość swoich słów wskrzesza Łazarza. Dalej jednak mamy Jego zapewnienie: Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (J 11,25n). Wskrzeszenie Łazarza nie było zmartwychwstaniem, jakie dokonało się w zmartwychwstaniu Pana Jezusa i jakie będzie naszym udziałem. Łazarz jedynie został wskrzeszony i powrócił do życia takiego, jakim poprzednio żył. Niemniej jest to ostatni wielki znak przed zbliżającą się Paschą.

      Ostatnia scena, w jakiej spotykamy Łazarza i Marię, to uczta w Betanii na sześć dni przed Paschą, która miała być także Paschą Chrystusa. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła (J 12,3). Znowu odnajdujemy Marię u stóp Pana Jezusa w geście uwielbienia! Natomiast Judasz zżymał się na ten czyn Marii, widząc w nim marnotrawstwo cennego olejku. W odpowiedzi usłyszał: Zostaw ją! Przechowała to, aby /Mnie namaścić/ na dzień mojego pogrzebu (J 12,7).

      Zobaczmy, jak dobry gest człowieka za każdym razem zostaje w przedziwny sposób nagrodzony, w sposób przekraczający ludzką wyobraźnię. Okazuje się, że otrzymujemy dzięki niemu udział w misterium zbawczym samego Boga! I tak jest do dzisiaj, jeżeli naprawdę stajemy się przyjaciółmi Jezusa, jeśli w nas odnajduje On tego samego ducha otwartości i miłości.

      Eucharystia jest tego najwyraźniejszym znakiem i jak gdyby streszczeniem całej Ewangelii. Dobrze wyraził to św. Brat Albert w pragnieniu, aby „być jak chleb, z którego każdy może ukroić tyle, ile mu potrzeba”. Tak daje się nam Chrystus i do takiego samego gestu nas wzywa.


    • iktoto Homilia 17 Sob 1 30.07.11, 13:46
      17. Sobota 1
      Kpł 25,1.8–17;

      Mt 14,1–12

      Nie będziecie wyrządzać krzywdy jeden drugiemu. Będziesz się bał Boga twego, bo Ja jestem Pan, Bóg wasz! (Kpł 25,17).

      W prawie Mojżeszowym ta zasada otrzymała wyraźne wskazania odnoszące się do poszanowania człowieka, nawet w sytuacji niewolnictwa. W odniesieniu do Izraelitów obowiązywało prawo ograniczające niewolnictwo. W sytuacji powszechnie istniejącego systemu niewolnictwa było ono wyrazem szacunku do człowieka i jego wolności. Rok szabatowy był jednocześnie rokiem uwolnienia z niewoli. Nie wiadomo, czy ten przepis prawny był rzeczywiście respektowany – relacja z Księgi Jeremiasza sugeruje, że raczej nie – niemniej sama myśl zawarta w prawie była niezmiernie ważna i budowała podstawy do wielkiego szacunku dla osoby i jej wolności.

      Historia uwięzienia i śmierci Jana Chrzciciela, opisana w dzisiejszej Ewangelii, ukazuje, jak brakowało takiego poszanowania za czasów życia Pana Jezusa. Władza ustawiająca się ponad prawem wpada łatwo w pułapkę zła, które potrafi przewrotnie wkraść się i omamić człowieka. Prorok, jakim był Jan Chrzciciel, jest sumieniem społeczeństwa, głosem, który pochodzi od Boga. Człowiek chciałby go stłumić. Herod Antypas, syn Heroda Wielkiego, uwięził Jana, bo ten mówił publicznie, że nie może trzymać przy sobie, jako swojej żony, Herodiady, która była formalnie żoną jego brata Filipa. Święty Jan przypominał mu jedynie Prawo żydowskie. Herod bał się Jana, bo wiedział, że jest on prorokiem. Chętnie go słuchał, ale swojego postępowania nie zmienił. Jak trudno człowiekowi pysznemu, zadufanemu w swoją wielkość, upokorzyć się, uznać swój grzech i od niego się odciąć. Tragiczna scena opisana w Ewangelii ma dalsze konsekwencje. Na wstępie czytamy, że gdy Herod usłyszał o Jezusie, powiedział: To Jan Chrzciciel. On powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w nim (Mt 14,2). Herod miał jakąś obsesję na punkcie Jana. Sumienie go dręczyło, doprowadzając do stanów lękowych. Widać, że nie da się sumienia zagłuszyć siłą.

      Cała sprawa ma jeszcze dalszy ciąg nieopisany już w Ewangelii. Otóż, aby mógł żyć z Herodiadą, musiał oddalić swoją prawowitą żonę, córkę króla Nabatyjczyków – Aretesa. Ten najechał Heroda Antypasa i pokonał go. Później cesarz Kaligula zesłał Heroda na wygnanie do Galii (dzisiejsza Francja), gdzie ostatecznie zmarł. Cała „potęga” władzy Heroda upadła.

      Grzech wcześniej czy później doprowadza do upadku człowieka nawet już w tym życiu. Najważniejsza jest umiejętność przyjęcia tego, co do nas mówi Bóg.


    • iktoto Homilia 18 Nd A 31.07.11, 15:14
      18. Niedziela A
      Iz 55,1–3a;

      Rz 8,35.37–39;

      Mt 14,13–21



      Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj – modlimy się codziennie. W tej prośbie dotykamy jednak prawdziwego misterium. Od strony samego tekstu Modlitwy Pańskiej skupia się ono wokół interpretacji greckiego słowa epiusios, co tłumaczymy na język polski przez „powszedni”. Słowo to występuje tylko jeden jedyny raz właśnie w tym miejscu i dlatego nie można precyzyjnie ustalić, jakie ma znaczenie. Dlatego też istnieje kilka interpretacji tego słowa. „Powszedni”, czyli potrzebny na co dzień, jest jedną z nich.

      Problem z interpretacją tekstu Ojcze nasz przedziwnie harmonizuje z tym, co niosą w sobie pierwsze czytanie i dzisiejsza Ewangelia. Bóg przez proroka Izajasza wzywa do przyjścia do Niego, aby się nasycić:

      Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy. Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko (Iz 55,1).

      Cóż dla człowieka bardziej potrzebnego w życiu. Podobnie reagują tłumy po rozmnożeniu chleba na pustyni. Pan Jezus wytknie im to później. Ale przecież zaspokaja ich potrzebę naturalną i sam wychodzi z inicjatywą nakarmienia tłumów: wy dajcie im jeść (Mt 14,16), a następnie kazał wszystkim usiąść, błogosławił chleb i rozdawał wszystkim do syta.

      Każdemu z nas potrzeba takich oczywistych znaków Bożego działania. Inaczej wiara rozpływa się w czystej idei, pięknych wyobrażeniach, zwiewnych nadziejach. Kiedy dotykamy konkretnych znaków, okazuje się, że to, co stanowi obietnicę, nie jest jedynie piękną ideą, ale rzeczywistością. Wydaje się, że do dzisiaj, a nawet szczególnie dzisiaj, zasadniczym problemem wiary jest swoiste rozdwojenie pomiędzy jej treścią a prawdziwymi kryteriami, którymi się kierujemy w naszych wyborach.

      Obietnice Boże, jak każde słowo Boże, mają tę cechę, że przerastają nasze zrozumienie i oczekiwania. To jest „naturalne”, bo jesteśmy jedynie ludźmi. Dlatego Bóg, przemawiając do nas, mówi jednocześnie na kilku płaszczyznach. Aby Jego słowo do nas dotarło, musi mieć zrozumiały dla nas kształt. Dlatego dając obietnice, wypełnia je przede wszystkim na płaszczyźnie dostępnego dla nas doświadczenia życiowego. Jednocześnie jednak oczekuje od nas myślenia, abyśmy umieli na podstawie faktów naturalnych wnioskować i dochodzić do głębszej płaszczyzny. Nasz dramat zaczyna się często od tego, że nie potrafimy nawet zauważyć wypełnienia się Jego obietnic na tej naturalnej płaszczyźnie. Tutaj najbardziej przeszkadza nam nasza wyobraźnia.

      Nieco dalej w Ewangelii św. Mateusza, po drugim rozmnożeniu chleba, Pan Jezus ostrzega uczniów przed „kwasem faryzeuszów”, oni natomiast martwią się o chleb, którego nie zabrali ze sobą. Wówczas Pan Jezus musi im przypomnieć rozmnożenie chleba. Sam fakt do nich dotarł, ale jakoś nie trafił do ich serca i nie potrafili z niego wyciągnąć żadnych wniosków. Może najlepiej ilustruje brak tego elementarnego rozumienia anegdota o dwóch przyjaciołach, jednym wierzącym, a drugim niewierzącym. Prowadzili między sobą długie dyskusje na temat wiary. Kiedyś niewierzący powiedział: W pewnym momencie byłem bliski uwierzenia. Będąc na pustyni, zabłądziłem i całkowicie wyczerpany przypomniałem sobie o twoim Bogu. Nie mając niczego do stracenia, zacząłem się do Niego modlić o ratunek. „I co” – pyta przyjaciel. „Nic. Jego pomoc nie była mi potrzebna, bo właśnie przechodziła niedaleko karawana”.

      Aby zobaczyć działanie Boga, potrzeba w odpowiedni sposób patrzeć. Nasze wyobrażenia, podobnie jak u tego niewierzącego, uniemożliwiają widzenie Jego działania. Bóg najczęściej działa bardzo dyskretnie, nie łamiąc praw natury, wykorzystując zwykłe przypadki, dobroć ludzką itd. Natomiast my oczekujemy czegoś nadzwyczajnego. Kto ma oczy do patrzenia, a uszy do słuchania, potrafi dostrzec Jego działanie. Ta umiejętność bierze się z przytomności nieskupionej jedynie na zaspakajaniu aktualnych potrzeb, ale zwróconej ku przyszłości, patrzącej dalej.

      Takie rozeznanie staje się podstawą dostrzeżenia drugiej płaszczyzny, której chleb jest jedynie symbolem. Wspomniane na początku słowo epiusios tłumaczy się także: chleb na życie wieczne, chleb przyszłego życia, co wskazuje na Eucharystię. I tak było podczas cudownego rozmnożenia chleba. Chrystus w ten sposób przygotowywał ludzi do przyjęcia Eucharystii, która będąc pokarmem cielesnym, oznacza i realizuje komunię osobową z samym Panem. Dopiero ona nas prawdziwie nasyca, jak to pisał św. Augustyn: „Stworzyłeś nas Boże jako skierowanych ku Tobie i niespokojne jest nasze serce, póki nie spocznie w Tobie”. Nic tutaj na ziemi nie jest w stanie nas nasycić. I dopiero na tym poziomie potrafimy właściwie zrozumieć sens zarówno pierwszego czytania z proroka Izajasza, jak i znak rozmnożenia chleba.

      Jednocześnie nasycenie, jakiego doznajemy przez prawdziwą komunię z Chrystusem, a przez Niego udział w komunii Boga Trójjedynego, daje pełnię nasycenia przerastającą naszą wyobraźnię. Święty Paweł, dotykając tej tajemnicy, pisze w zachwyceniu:

      Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? (...) I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani potęgi, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (Rz 8,35.38n).

      Jest to jeden z najpiękniejszych tekstów Nowego Testamentu, podobnie jak tekst pierwszego czytania z Izajasza. Warto o nim pamiętać, gdy przychodzą na nas trudniejsze chwile. Zauważmy, że wśród przeciwności, jakie nam mogą przeszkadzać, wymieniony jest głód. Kiedy wchodzimy w żywą relację z Bogiem, w więź miłości, to nie chodzi już o zaspokojenie tej potrzeby, która była punktem wyjścia do odkrycia Bożej miłości i naszej więzi z Nim. W naszym szukaniu Boga potrzeba, byśmy umieli zobaczyć Jego działanie w życiu, ale trzeba nam pójść dalej, nie zatrzymywać się na potrzebach, jakie sami tu i teraz widzimy, ale zawierzyć Jego obietnicom, które przerastają wszelkie nasze wyobrażenia.


    • iktoto Homilia 18 Pn 1 31.07.11, 20:38
      18. Poniedziałek 1
      Lb 11,4b-15;

      Mt 14,13–21

      Kiedy Pan Jezus dowiedział się o śmierci Jana Chrzciciela – czytaliśmy o tym w sobotniej Ewangelii – chciał oddalić się na modlitwę. Pan Jezus wiedział, że śmierć Jana Chrzciciela była zapowiedzią Jego śmierci. Wobec takich tajemnic trzeba przed Bogiem szukać swojej tożsamości, sensu tego, co się dzieje. Ale nie dano Mu tego zrealizować. Bardzo szlachetny zamiar nie doszedł do skutku. Stało się zupełnie inaczej.

      Pan Jezus umiał to jednak odczytać w kategorii znaku – inne fragmenty Ewangelii mówią o tym, że pragnął, aby ludzie umieli odczytać znaki, jakie im dawał. On sam odczytał, że tłum, który się zebrał wokół Niego, jest Mu dany od Ojca. Pustynne odludzie także stało się dla Niego znakiem. Zrozumiał zatem, co miał uczynić. Dał im chleba, którego im było potrzeba. Był to bardzo wielki znak, którego, jak wiemy z Ewangelii według św. Jana, nie zrozumieli. Zaraz po śmierci Jana Chrzciciela Jezus objawił się jako nowy Mojżesz. W ten sposób misja Jezusa weszła powoli w decydującą fazę, w której czekała Go bezpośrednia konfrontacja z władzą zarówno religijną, jak i państwową. Zdumiewające jest to, jak był samotny w swojej misji, jak ludzie, nawet Jego uczniowie, niewiele rozumieli z tego, co się działo!

      W pierwszym czytaniu Mojżesz stanął wobec pretensji ludu, któremu już się znudziła manna i żądał mięsa. I tak jest ze wszystkim, co możemy osiągnąć na ziemi. Ostatecznie to nas znudzi i będziemy pragnęli czegoś innego, co po jakimś czasie także nas znudzi. Jednak zachowujemy się tak, jak gdybyśmy nic nie wiedzieli o tej prawdzie. Jesteśmy podobni do ludzi, którzy nasycili się chlebem na pustkowiu i szukali potem Jezusa, bo spodziewali się, że da im to, czego oczekiwali. To ciągłe pragnienie zrealizowania własnych chęci zaślepia nas i nie pozwala zobaczyć perspektywy, jaką pragnie nam pokazać Pan Jezus. Tak było, jak widzimy w dzisiejszych czytaniach, zarówno za czasów Mojżesza, jak i za czasów Pana Jezusa. Jest to stała zasadnicza przeszkoda w poznania Bożego zamysłu obdarowania nas czymś o wiele większym, niż sami jesteśmy sobie w stanie wymarzyć.

      Mojżesz wobec takiej małoduszności ludzi wylał swoją pretensję przed Bogiem, skarżąc się, że otrzymał za duży dla siebie ciężar dźwigania tego ludu. Jezus wobec o wiele większego braku zrozumienia znosił to z cierpliwością i nigdy się nie żalił przed Ojcem, choć czasem jako Człowiek wyrażał swoje zniecierpliwienie (zob. Mt 17,17).
    • iktoto Homilia 18 Wt 1 rok A 01.08.11, 21:01
      18. Wtorek 1 rok A
      Lb 12,1–13;

      Mt 15,1–2,10–14



      Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym (Mt 15,10).

      Jest to niezmiernie ważna zasada życia duchowego. Ważne jest to, co się dzieje w naszym sercu. Jedynie w nim może nastąpić prawdziwe spotkanie z Bogiem. Poza sercem nie ma spotkania z Bogiem. Dlatego same formalne zasady niczego nie dają. Są one ważne o tyle, o ile stanowią wyraz naszej wierności Bogu, z którym się spotykamy w sercu. W sytuacji opisanej w Ewangelii sama zasada obmywania rąk nie jest istotna, istotne jest kryterium oceny ludzi: formalne trzymanie się tradycji starszych, a nie szczerość serca. To wałśnie rozgniewało Pana Jezusa. Pamiętamy z wcześniejszych scen, że formalne zasady były dla faryzeuszy ważniejsze od wrażliwości serca. Najbardziej wymowna była chyba scena w synagodze w Kafarnaum z człowiekiem z uschłą ręką, kiedy dramatycznie pytał wszystkich obecnych:

      Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?» Lecz oni milczeli. 5 Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca (Mk 3,4n).

      W dzisiejszej Ewangelii chodzi o taki sam gniew. Jednak Pan Jezus podaje nam dzisiaj niezmiernie ważną zasadę życia duchowego przytoczoną wyżej. Wyraża ona sposób podejścia Pana Jezusa do Prawa w Jego komentarzu do niego w Kazaniu na górze. Czytamy tam:

      Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: „Bezbożniku”, podlega karze piekła ognistego... Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa (Mt 5,22.28).

      W naszym życiu rozstrzygające jest to, co się dzieje w sercu. Dlatego właściwą duchowością ewangeliczną jest duchowość serca. Później zrozumieli to mnisi i z całą gorliwością pielęgnowali duchowość serca. Między innymi podejmowali ćwiczenia nad opanowaniem języka, by nie wychodziło z ust żadne złe słowo, a nawet specjalnie starali się mówić same dobre słowa nawet odnoszące się do wrogów. Szczególnie jednak starali się nieustannie modlić powtarzając jakąś sentencję z psalmów lub innych fragmentów Pisama Swiętego.

      Scena z dzisiejszego pierwszego czytania pokazują, jak Bóg źle patrzy na ludzi wypowiadających złe słowa przeciw bratu. Dotyczy to jednak nie tylko słów, ale odnosi się także do wewnętrznego szemrania. Ono jednocześnie otwiera nas na działanie Złego, który jest oskarżycielem braci i cieszy się, gdy istnieją pomiędzy nami nieporozumienia, pretensje, złości i nienawiści. Stąd tak ważne jest oczyszczenie serca, bo inaczej nie jesteśmy w stanie Boga oglądać (zob. Mt 5,8).


    • iktoto Homilia 18 Sr 1 02.08.11, 20:39
      18. Środa 1
      Lb 13,1–2a.25–14,1.26–30.34–35;

      Mt 15,21–28

      W Ewangelii spotykamy bardzo trudny dialog Pana Jezusa z kobietą kananejską. Żydzi po wyjściu z Egiptu mieli za zadanie wytępić narody zamieszkujące Kanaan. Dzisiejsze pierwsze czytanie sygnalizuje powód, dla którego tak miało się stać: Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców (Lb 13,32). Z Księgi Mądrości wiemy, że w Kanaanie składano ofiary z ludzi, i to w kulcie dla boga. Takim bogiem mógł być jedynie Szatan. Stąd radykalne odrzucenie wszystkich mieszkańców Kanaanu, a z czasem pogarda dla nich i dla wszystkich pogan. Tę pogardę widać w zachowaniu apostołów: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! (Mt 15,23).

      Pan Jezus jednak rozpoczyna z nią dialog. Jest to dialog nietypowy dla Niego. Po wstępnej odmowie zgodnej z rzeczywistym powołaniem, jakie otrzymał od Ojca: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela (Mt 15,24), po dalszym naleganiu kobiety odpowiada z żydowską wyniosłością: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom (Mt 15,26). Te bardzo przykre słowa wypowiedziane do kobiety zaskakują nas. Jak Pan Jezus mógł tak brutalnie ją potraktować! Jednak te słowa były dla niej próbą. Pan Jezus wiedział, z kim ma do czynienia. W odpowiedzi usłyszał: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów (Mt 15,27). Wtedy Pan Jezus pochwalił kobietę za ogromną pokorę i zdecydowanie, które postawił za wzór wiary: O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! (Mt 15,28). Wcześniej podobnie pochwalił innego poganina, setnika, za jego wiarę: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary (Mt 8,10).

      Ten dialog z kobietą kananejską musiał zawstydzić uczniów. Stał się on wielką szkołą pokory i innego patrzenia na ludzi i ich wartość. Z czasem okażą się prawdziwe słowa Pana Jezusa, które wypowiedział w scenie z setnikiem: Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim (Mt 8,11). Jeszcze za życia apostołów okazało się, że poganie byli bardziej skorzy do słuchania Słowa Bożego niż Żydzi. Po kilkuset latach praktycznie nie było w Kościele już żadnych członków narodu wybranego.

      Scena z Ewangelii pokazała jednocześnie prawdziwość nauki Pana Jezusa odnoszącej się do modlitwy. Mówiąc o potrzebie wytrwałości na modlitwie, dał przykład człowieka, który w nocy prosił swojego przyjaciela o chleb, bo przyszedł do niego gość. Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje (Łk 11,8). Usilna prośba kobiety kananejskiej stała się żywą przypowieścią i nauką naszej modlitwy błagalnej.


    • iktoto Homilia 18 Czw 1 03.08.11, 21:03
      18. Środa 1
      Lb 13,1–2a.25–14,1.26–30.34–35;

      Mt 15,21–28

      W Ewangelii spotykamy bardzo trudny dialog Pana Jezusa z kobietą kananejską. Żydzi po wyjściu z Egiptu mieli za zadanie wytępić narody zamieszkujące Kanaan. Dzisiejsze pierwsze czytanie sygnalizuje powód, dla którego tak miało się stać: Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców (Lb 13,32). Z Księgi Mądrości wiemy, że w Kanaanie składano ofiary z ludzi, i to w kulcie dla boga. Takim bogiem mógł być jedynie Szatan. Stąd radykalne odrzucenie wszystkich mieszkańców Kanaanu, a z czasem pogarda dla nich i dla wszystkich pogan. Tę pogardę widać w zachowaniu apostołów: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! (Mt 15,23).

      Pan Jezus jednak rozpoczyna z nią dialog. Jest to dialog nietypowy dla Niego. Po wstępnej odmowie zgodnej z rzeczywistym powołaniem, jakie otrzymał od Ojca: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela (Mt 15,24), po dalszym naleganiu kobiety odpowiada z żydowską wyniosłością: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom (Mt 15,26). Te bardzo przykre słowa wypowiedziane do kobiety zaskakują nas. Jak Pan Jezus mógł tak brutalnie ją potraktować! Jednak te słowa były dla niej próbą. Pan Jezus wiedział, z kim ma do czynienia. W odpowiedzi usłyszał: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów (Mt 15,27). Wtedy Pan Jezus pochwalił kobietę za ogromną pokorę i zdecydowanie, które postawił za wzór wiary: O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! (Mt 15,28). Wcześniej podobnie pochwalił innego poganina, setnika, za jego wiarę: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary (Mt 8,10).

      Ten dialog z kobietą kananejską musiał zawstydzić uczniów. Stał się on wielką szkołą pokory i innego patrzenia na ludzi i ich wartość. Z czasem okażą się prawdziwe słowa Pana Jezusa, które wypowiedział w scenie z setnikiem: Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim (Mt 8,11). Jeszcze za życia apostołów okazało się, że poganie byli bardziej skorzy do słuchania Słowa Bożego niż Żydzi. Po kilkuset latach praktycznie nie było w Kościele już żadnych członków narodu wybranego.

      Scena z Ewangelii pokazała jednocześnie prawdziwość nauki Pana Jezusa odnoszącej się do modlitwy. Mówiąc o potrzebie wytrwałości na modlitwie, dał przykład człowieka, który w nocy prosił swojego przyjaciela o chleb, bo przyszedł do niego gość. Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje (Łk 11,8). Usilna prośba kobiety kananejskiej stała się żywą przypowieścią i nauką naszej modlitwy błagalnej.


    • iktoto Homilia 18 Czw 1 03.08.11, 21:22
      18. Czwartek 1
      Lb 20,1–13;

      Mt 16,13–23



      Wczoraj w kontekście sceny Przemienienia Pańskiego mówiliśmy o św. Piotrze jako o kimś, kto wierzył w Pana Jezusa jako Mesjasza i bardzo pragnął, aby On zaczął już działać i wyzwalać Izraela. I dzisiejsza Ewangelia potwierdza tę postawę św. Piotra, który odważnie wyznał wiarę, że Jezus jest Mesjaszem. Zaraz jednak potem, kiedy usłyszał o Jego śmierci w Jerozolimie z ręki arcykapłanów i uczonych w Piśmie, oburzył się na to: Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie (zob. Mt 16,22). W odpowiedzi słyszy: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku (Mt 16,23).

      Święty Piotr i nie tylko on, ale właściwie wszyscy Żydzi wyobrazili sobie, że Mesjasz przyjdzie, aby zbrojnie uwolnić Izraela z niewoli i ponadto da im panowanie nad innymi narodami. Dlatego tak trudno przyszło im uwierzyć w Pana Jezusa, w to, że jest Mesjaszem, bo został ukrzyżowany, czyli poniósł śmierć taką jak niewolnik i najgorszy zbrodniarz. Święty Paweł używa tego samego słowa, jakie wypowiedział Pan Jezus do św. Piotra: Zejdź mi z oczu … bo jesteś zawadą. Zobaczmy: dla Żydów i św. Piotra zawadą, zgorszeniem (skandalem) była myśl o tym, że Mesjasz miał zginąć na krzyżu.

      A właśnie dla Pana Jezusa zgorszeniem (skandalem) była namowa, aby miał uniknąć krzyża. Jakże odmienne są myśli Boskie i myśli ludzkie.

      Nie myślmy, że my krzyż już tak rozumiemy jak Pan Jezus. Wiemy, że On nas zbawił na krzyżu, ale czy prawdziwie sami bierzemy swój krzyż i widzimy w nim swoje zbawienie, czy znieważanie przyjmujemy z łagodnością, czy potrafimy przyjąć z cierpliwością i ufnością cierpienie, niesprawiedliwość? A ponieważ Pan Jezus mówi:

      Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 10,38n).

      Stale chyba jeszcze jesteśmy jak św. Piotr, który widzi Mesjasza triumfującego siłą nad wrogami, i nie rozumiemy jeszcze miłości Bożej tak wielkiej, że Syna Swego dał.
    • iktoto Homilia 18 Czw 1 03.08.11, 21:23
      18. Czwartek 1
      Lb 20,1–13;

      Mt 16,13–23



      Wczoraj w kontekście sceny Przemienienia Pańskiego mówiliśmy o św. Piotrze jako o kimś, kto wierzył w Pana Jezusa jako Mesjasza i bardzo pragnął, aby On zaczął już działać i wyzwalać Izraela. I dzisiejsza Ewangelia potwierdza tę postawę św. Piotra, który odważnie wyznał wiarę, że Jezus jest Mesjaszem. Zaraz jednak potem, kiedy usłyszał o Jego śmierci w Jerozolimie z ręki arcykapłanów i uczonych w Piśmie, oburzył się na to: Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie (zob. Mt 16,22). W odpowiedzi słyszy: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku (Mt 16,23).

      Święty Piotr i nie tylko on, ale właściwie wszyscy Żydzi wyobrazili sobie, że Mesjasz przyjdzie, aby zbrojnie uwolnić Izraela z niewoli i ponadto da im panowanie nad innymi narodami. Dlatego tak trudno przyszło im uwierzyć w Pana Jezusa, w to, że jest Mesjaszem, bo został ukrzyżowany, czyli poniósł śmierć taką jak niewolnik i najgorszy zbrodniarz. Święty Paweł używa tego samego słowa, jakie wypowiedział Pan Jezus do św. Piotra: Zejdź mi z oczu … bo jesteś zawadą. Zobaczmy: dla Żydów i św. Piotra zawadą, zgorszeniem (skandalem) była myśl o tym, że Mesjasz miał zginąć na krzyżu.

      A właśnie dla Pana Jezusa zgorszeniem (skandalem) była namowa, aby miał uniknąć krzyża. Jakże odmienne są myśli Boskie i myśli ludzkie.

      Nie myślmy, że my krzyż już tak rozumiemy jak Pan Jezus. Wiemy, że On nas zbawił na krzyżu, ale czy prawdziwie sami bierzemy swój krzyż i widzimy w nim swoje zbawienie, czy znieważanie przyjmujemy z łagodnością, czy potrafimy przyjąć z cierpliwością i ufnością cierpienie, niesprawiedliwość? A ponieważ Pan Jezus mówi:

      Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 10,38n).

      Stale chyba jeszcze jesteśmy jak św. Piotr, który widzi Mesjasza triumfującego siłą nad wrogami, i nie rozumiemy jeszcze miłości Bożej tak wielkiej, że Syna Swego dał.
    • iktoto Homilia 18 Pt 1 04.08.11, 21:42
      18. Piątek 1
      Pwt 4,32–40;

      Mt 16,24–28

      Prawdziwie uwierzyć w Mesjasza, który na krzyżu oddał za nas życie, oznacza jednocześnie naszą gotowość na przyjęcia Krzyża!

      Polecenie, jakie dzisiaj nam przekazuje Pan Jezus, nazwane przez kogoś „zapomnianym przykazaniem”, należy do najczęściej powtarzanych przez Pana Jezusa zasad życia. Występuje ono w odmiennym brzmieniu aż 7 razy we wszystkich Ewangeliach, co znaczy, że jest ono dla Niego bardzo ważne.

      Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16,24n)

      Ta zasada mówi o podstawowym wyborze, którego każdy z nas musi dokonać i dokonuje niezależnie od tego, czy sobie ze swoich wyborów zdaje sprawę czy nie. Wybór dotyczy naszego życia: czy kurczowo trzymamy się tego życia przemijającego, które i tak kończy się śmiercią, czy zawierzamy życiu, jakie nam objawił Pan Jezus, obiecując w nim udział.

      Przy czym prawdziwego wyboru nie dokonuje się przez deklarację słowną, ale w samym życiu przez wybór wartości, według których realnie żyjemy. Objawia się on najlepiej w trudnych chwilach: wybieramy, czy chcemy utrzymać to, co tutaj posiadamy, za wszelką cenę; czy też potrafimy przyjąć cierpienie, wierząc w Boże błogosławieństwa i wzorując się na Chrystusie. Co jest dla nas ważne? Komfort życia różnie rozumiany, czasem po prostu jako „spokój” tu, czy Boże obietnice.

      „Wziąć swój krzyż” nie oznacza: zadawać sobie dodatkowe cierpienia. Pan Jezus wyraźnie powiedział, że jeżeli prawdziwie będziemy Jego uczniami, to trudne doświadczenia przyjdą. Świat was nienawidzi, bo nie jesteście ze świata. Wystarczy być prawdziwie uczniem Chrystusa, a krzyż sam się pojawi. Do nas należy to, abyśmy go podjęli.

      Jeżeli nie zrobimy tego, stracimy nowe życie, jakie nam obiecał Pan Jezus i nawet to, co staramy się tutaj zachować, czyli w sumie wszystko.
    • iktoto Homilia 6.08. 05.08.11, 20:16
      6.08. – Przemienienie Pańskie A
      Dn 7,9–10.13–14;

      Mt 17,1–9



      Pan Jezus odsłania swoją chwałę, ukazuje to, kim jest:

      To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! (Mt 17)

      Taki jest sens przemienienia na Taborze. Bardzo ważną rolę odgrywają w tej scenie dwie postacie Starego Testamentu: Mojżesz i Eliasz. Nieraz czytamy w Ewangelii: „Jak czytacie w Prawie i u Proroków”. „Prawo i Prorocy” oznaczają dla Żydów po prostu Pismo Święte. Pan Jezus, ukazuje się w otoczeniu Mojżesza, który reprezentuje Prawo zawarte w „Księgach Mojżeszowych”, i Eliasza reprezentującego proroków. W tym kontekście słowa: To jest mój Syn umiłowany oznaczają: To Ten, o którym mówi Prawo i Prorocy. Potem wszystko wraca do zwyczajności. Tabor nie stał się końcem objawienia się Boga w postaci Syna. Tabor tylko rzucił światło na Golgotę.

      W Księdze Daniela prorok Daniel ma wizję podczas snu. Wizja jest także liturgiczna: oto tron Boga, który zasiada na sąd. Otwarto księgi, w których jest wszystko zapisane. Pojawia się na obłokach tajemnicza postać Syna Człowieczego, któremu Bóg przekazuje władzę i królowanie nad wszystkimi narodami.

      Wizja proroka Daniela dotyczy przyszłości, a właściwie końca świata, jak mówimy. Daniel jednak zapowiada, jak do tego panowania dochodzi. Tabor mówi: To jest ten Syn Człowieczy. Ale zobaczmy dalej. Święty Piotr: «Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza» (Łk 9,33). O co chodziło w tej propozycji? Święty Piotr proponuje założyć obóz, swoisty sztab generalny do walki z wrogami. Właściwie wszystko jest: jest Mesjasz, jest Boże zlecenie: Jego słuchajcie! Jest potwierdzenie i wsparcie całej tradycji. A zatem wreszcie rozpocznie się wyzwolenie Izraela i wieczne panowanie Mesjasza!

      Ale wszystko znika i Pan Jezus każe im nic nie mówić, aż powstanie z martwych. Co by to miało znaczyć? Pamiętamy, że św. Piotr jeszcze raz myślał, że właśnie zaczyna się walka i należy uderzyć mieczem. Działo się to w Ogrójcu. Wówczas Pan Jezus kazał mu schować miecz. Nie w ten sposób nastąpi przekazanie władzy Synowi Człowieczemu. Nastąpi to zupełnie inaczej – na Krzyżu. Pan Jezus mówi o tym: A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie (12,32). W sposób syntetyczny, ale obejmujący całość, proces przekazywania władzy ujął św. Paweł w Hymnie o kenozie Chrystusa:

      Miejcie w sobie to samo nastawienie, jakie miał Chrystus Jezus.
      On będąc w postaci Boga
      nie uznał swojej równości z Bogiem
      za coś, co trzeba bezwzględnie utrzymać,
      ale sam siebie ogołocił
      przyjąwszy postać sługi,
      i stał się podobny do ludzi,
      tak że zewnętrznie wyglądał [tylko] na człowieka.
      Uniżył samego siebie
      stając się posłuszny aż do śmierci
      i to śmierci na krzyżu.
      Dlatego też Bóg wywyższył Go ponad wszystko
      i dał Mu Imię
      ponad wszelkie Imię,
      aby na Imię Jezusa
      zgięło się każde kolano
      istot niebieskich, ziemskich i podziemnych
      i aby każdy język wyznawał, że
      Panem jest Jezus Chrystus
      na chwałę Boga Ojca (Flp 2,5–11).


    • iktoto Homilia 19 Nd A 06.08.11, 20:58
      19. Niedziela A
      1 Krl 19,9a.11–13;

      Rz 9,1–5;

      Mt 14,22–33

      W dzisiejszym pierwszym czytaniu prorok Eliasz spotyka się z Bogiem na tej samej górze, gdzie Mojżesz otrzymał od Boga tablice. W tym czasie, podobnie jak w dzisiejszym opisie, Bóg objawił się Izraelowi w postaci burzy, trzęsienia ziemi, ognia, gwałtownego wiatru. Izraelici przerazili się wówczas i prosili Mojżesza:

      Mów ty z nami, a my będziemy cię słuchać! Ale Bóg niech nie przemawia do nas, abyśmy nie pomarli! (Wj 20,19).

      Eliasz jednak wiedział, że te wszystkie żywioły szły przed Bogiem, ale Jego samego nie było w nich. Dopiero szmer łagodnego po­wie­wu (1 Krl 19,12) wskazał na prawdziwe przyjście Pana. Eliasz umiał rozpoznać prawdziwe znaki obecności Boga.

      W scenie z Ewangelii także czytamy o silnym wietrze, który przeszkadzał uczniom dopłynąć do drugiego brzegu. Wtedy ujrzeli kroczącego po wodzie Jezusa i usłyszeli Jego słowa: Od­wa­gi, Ja jes­tem, nie bój­cie się (Mt 14,27). Pokój jest jednym z wymownych znaków Bożej obecności. Bardzo wymowny jest pokój poranka zmartwychwstania i pojawień się Zmartwychwstałego. Kiedy Jezus przyszedł do uczniów wieczorem, powitał ich słowami: Pokój wam! (Łk 24,36). Dalszy przebieg wydarzeń ze św. Piotrem potwierdza tę prawdę. Na słowo Pana Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, dochodził do Jezusa. Kiedy jednak uległ niepokojowi na skutek lęku, zaczął tonąć. Usłyszał potem wyrzut ze strony Pana Jezusa: Czemu zwątpiłeś, małej wia­ry? (Mt 14,31).

      Przyjściu Boga towarzyszy pokój. Niestety, często nasz lęk powoduje jakieś zablokowanie, zwątpienie, niepokój, trwogę… To, niestety, nie pozwala nam prawdziwie otworzyć się na Niego. Wydaje się nam, że może lepiej byłoby, gdyby ktoś inny mówił nam o Bogu i przekazywał od Niego polecenia. Nam łatwiej jest przyjmować takie pośrednictwo niż bezpośrednie spotkanie. Tym samym jednak toniemy w chaosie tego świata, tracąc to, co najważniejsze. Aby spotkać Boga żywego, trzeba umieć przetrwać wszelkie burze, nawałnice, ogień… które wydają się nas całkowicie niszczyć. Nie możemy ulec lękom, jakie się pojawiają w związku z doświadczeniem sił, które nas przemagają. Bóg ostatecznie pojawia się w łagodności i pokoju temu, kto to wszystko przetrwał w spokojnej ufności.

      W Liście do Rzymian św. Paweł odsłania inny wymiar braku spotkania się z Bogiem żywym. Cierpi on ze względu na odrzucenie wiary w Jezusa Chrystusa przez jego rodaków, uczestników tej samej obietnicy, dziedziców całej tradycji religijnej Abrahama i proroków. Jak wiemy z innych fragmentów Nowego Testamentu, szczególnie z Dziejów Apostolskich, odrzucili oni Jezusa jako Mesjasza ze względu na krzyż, który dla nich był zgorszeniem (skandalem). Mesjasz w ich pojęciu powinien być zwycięzcą, powinien tryumfować, a śmierć na krzyżu była wyrazem klęski i całkowitego poniżenia. Taki Mesjasz był dla nich zupełnie nie do przyjęcia. Wynikało to z pewnej wizji Boga, nieuwzględniającej Jego pokory. Żydzi oczekiwali wodza zwyciężającego siłą, natomiast Chrystus przyszedł, poddając się w pokorze niszczącej sile ludzkiej nienawiści. Prowadzą Go jak owcę na rzeź, i jak baranek, który milczy, gdy go strzygą, tak On nie otwiera ust swoich (Dz 8,32). I właśnie dlatego, że nie wszedł On w konfrontację z siłami świata, używając podobnej siły, zwyciężył zupełnie inną mocą, mocą wykraczającą poza świat, mocą miłości, która jest istotą Boga.
    • iktoto Homilia 19 Pn 1 08.08.11, 19:27
      19 poniedziałek 1
      Pwt 10,12–22;

      Mt 17,22–27

      Czego oczekuje od nas Pan? Na to pytanie odpowiada w pierwszym czytaniu autor Księgi Powtórzonego Prawa. Odpowiedź obejmuje właściwie dwie sprawy:

      1. „abyś się bał Pana, Boga swojego”

      2. „chodził wszystkimi Jego drogami, miłował Go, służył Panu, Bogu twemu, z całego swojego serca i z całej swej duszy, strzegł poleceń Pana i Jego praw”

      Wpierw mamy mieć w sobie bojaźń Pana, a następnie wypełnianiali Jego poleceń. Określenie „bojaźń Pana” może nieco mylić. Nie oznacza ona lęku, czy trwogi. Zarówno lęk jak i trwoga blokują, paraliżują człowieka. Bojaźń Pana natomiast prowadzi do poważnego traktowania Boga, do autentycznego uznania Boga za Boga, kogoś najważniejszego w życiu.

      Może się to określenie wydawać dziwne, ale zobaczmy jak to jest w życiu, czy Pan Bóg jest rzeczywiście kimś najważniejszym. Wystarczy przyjrzeć się swoim własnym zachowaniom. Czy wzgląd na Boga jest rzeczywiście dla nas najważniejszy, czy przypadkiem nie kierujemy się bardziej względem ludzkim, czyjąś opinią, chęcią podobania się ludziom. To jest bardzo delikatna sprawa i wymaga dużej wewnętrznej uczciwości i odwagi, aby zobaczyć w sobie taką skłonność. „Bojaźń Boża” w Księgach mądrościowych Starego Testamentu jest początkiem mądrości, bo od niej zaczyna się wolność i możliwość stanięcia w prawdzie.

      Od niej także rozpoczyna się prawdziwe chodzenie ścieżkami Pana, bo nic nam Jego dróg nie zasłania i stać nas na chodzenie drogami prawdy. Prawda też jest najlepszym sprawdzianem tego, czy rzeczywiście mamy w sobie „bojaźń Pana”. Jeżeli nas nie stać na uznanie prawdy, na przyznanie się do prawdy, na jej wypowiedzenie, to ciągle coś innego jest dla mnie ważniejsze od Pana Boga, jeszcze boje się czegoś innego i Pan Bóg jeszcze nie jest prawdziwie moim Bogiem.

      W Nowym Testamencie na miejsce bojaźni Bożej pojawi się pokora, która wyrasta ze świadomości, że sam niczego nie potrafię zrobić, że wszystko, co we nas dobre, ma swoje źródło w Bogu i jest dobre o tyle, o ile pozwalamy, aby On w nas dokonywał całego dobra. Na każdym etapie życia wewnętrznego chodzi o to jedno: aby Bóg był najważniejszy. „Bojaźń Boża” oznacza także miłość Boga – miłość nie jako uczucie, ale jako rzetelną wierność, co się wyraża „chodzeniu ścieżkami Pana i wypełnianiu Jego poleceń i Praw”. Jezus był praktykującym Żydem. Mimo, że był Synem, szanował przepisy obowiązujące Żydów, co pokazuje dzisiejsza Ewangelia.
      • iktoto Homilia 9.08. 08.08.11, 19:27
        9.08. – Świętej Teresy Benedykty od Krzyża (Edyty Stein)
        Oz 2,16b.17b.21–22

        Mt 25,1–13 (Mt 16,24–27)

        Chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca (Oz 2,16).

        Bóg pragnie trafić do każdego z nas. „Mówić do serca” oznacza dotarcie do wnętrza, do „ukrytego centrum” w nas, jak o sercu mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. To w nim dokonują się najważniejsze wybory pomiędzy życiem i śmiercią, zawierzeniem i jego brakiem. Według Biblii człowiek myśli sercem. Nie są to jedynie logiczne operacje myślowe, ale wysiłek zrozumienia prowadzący do podejmowania życiowych decyzji. Pan Jezus wielokrotnie apelował do naszego serca i wzywał do jego otwarcia: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha! (Mk 4,9). Trzeba słuchać sercem. Inaczej takie słuchanie niczego w nas nie zmienia w nas. Jedynie prawda odkryta w sercu prowadzi do zmiany naszej postawy. W sposób szczególny odnosi się to do relacji między osobami. Serce jest prawdziwym miejscem spotkania z Bogiem i drugim człowiekiem. Póki nie odkryjemy wzajemnie prawdy na poziomie serca, ciągle pozostajemy dla siebie obcy. Harmonia serc czyni z naszej więzi głęboką przyjaźń. Tym bardziej odnosi się to do miłości.

        Serce słuchające oznacza w Biblii mądrość. Salomon, wzór mądrości w Starym Testamencie, jako młody władca prosił Boga o serce pełne rozsądku [dosłownie: serce słuchające] do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny? (1 Krl 3,9). Biblijna przypowieść o niewiastach mądrych i głupich ukazuje, jaki jest los tych, którzy słuchają Ewangelii sercem i tych, którzy słuchają jedynie zewnętrznie. Ci ostatni są głupi, to znaczy bezmyślni, pozbawieni rozsądku. Mądrość polega na tym, że umie się rozpoznać to, co jest w życiu najważniejsze i zatroskaniu się o to, by w swoim życiu tego nie zaniedbać. W zwykłym życiu wiele innych spraw nieustannie nas przygniata. Istnieje ogromna pokusa takiego zajęcia się tymi wszystkimi sprawami, że brakuje nam czasu na sprawy najważniejsze. Aby nie dać się im przygnieść, potrzeba słuchania sercem. W sercu musi także nastąpić refleksja nad tym, co usłyszeliśmy, by zgodnie z refleksją uporządkować własne życie, przyjmując właściwą postawę. Jedynie wtedy budujemy dom na skale zgodnie ze słowami Pana Jezusa, gdy nie tylko słuchamy, ale także wypełniamy Jego nakazy (por. Mt 7,24).

        Życie duchowe nie polega na trzymaniu się schematu pobożności i samej doktryny, ale na wysiłku wprowadzania treści wiary w życie. Edyta Stein, św. Siostra Benedykta od Krzyża, usłyszała Boże wezwanie i potrafiła je podjąć. Kosztowało ją to bardzo wiele. Musiała wyrzec się prawie wszystkiego. Pójście za Jezusem było w jej przypadku prawdziwym ogołoceniem się, oddaniem życia zgodnie z wymaganiem Jezusa: Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16,25). Na koniec odłożono dla niej krzyż w postaci śmierci w komorze gazowej w Oświęcimiu. Ziarno wpadło w ziemię i obumarło, wydając plon.
    • iktoto Homilia 19 Sob 1 13.08.11, 18:58
      19. Sobota 1
      Joz 24,14–29;

      Mt 19,13–15

      Rozstrzygnijcie dziś, komu chcecie służyć: bożkom czy Bogu żywemu?

      To pytanie postawił Jozue pod koniec swojego życia Izraelitom. Powiedział im jednocześnie, że Bóg żywy jest „Bogiem zazdrosnym”, co oznacza, że nie toleruje obok siebie żadnych innych bogów. Pan Jezus powiedział później w Ewangelii: Nie możecie służyć Bogu i mamonie (Mt 6,24). Przy czym Mamona to bożek pieniędzy. My często po prostu utożsamiamy go z samymi pieniędzmi, bo rzeczywiście dzisiaj nikt nie oddaje czci żadnemu bożkowi o nazwie Mamona, ale kiedy zbytnio jesteśmy przywiązani do pieniędzy, to taki kult rzeczywiście sprawujemy.

      Bóg jedyny nie toleruje żadnych bogów. Znamienny jest fakt, że kiedy w Rzymie dawny panteon – świątynię wszystkich bogów, których Rzymianie sprowadzali od podbitych narodów – przerobiono na kościół i na jego szczycie stanął krzyż Chrystusa, wszystkie bożki zostały z niego wyrzucone. Jest to obraz tego, co winno stać się w naszym sercu, jeżeli rzeczywiście prawdziwie chcemy służyć Chrystusowi.

      I w tym kontekście warto odczytać scenę z przynoszonymi do Chrystusa dziećmi. Były to niemowlęta, przynoszono Mu je, a nie przyprowadzano(!). Po ludzku patrząc, tak jak Apostołowie, nie było w tym wielkiego sensu, bo te dzieci niczego nie były w stanie zrozumieć, nauczyć się od Mistrza, jak nazywano Pana Jezusa. Pan Jezus jednak im odpowiedział:

      Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie (Mt 19,14).

      To słowo było skierowane do Apostołów jako pouczenie. Takie małe dzieci nie są w stanie samodzielnie przeżyć na świecie, są całkowicie zależne od rodziców. Wszystko o nich otrzymują. Taka jest też nasza relacja z Bogiem: wszystko mamy od Niego, bez Niego nie możemy żyć. Pan Jezus mówi w Ewangelii św. Jana: Beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15,5b). I tylko mając taką świadomość, możemy prawdziwie otworzyć się na Niego. Z naszej strony jest potrzebne, abyśmy do Niego przyszli, powierzyli się Mu i wybrali Go na swojego Pana. Natomiast zbawienia dokonuje w nas On sam.

      To prawdziwe pełne oddanie oznacza jednocześnie, że nie szukamy ratunku i pomocy gdzieś indziej, w innych siłach, czyli że nie mamy żadnych innych bożków. Żądza pieniędzy wyrasta z potrzeby poczucia siły, wielkich możliwości, chęci zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ułożenia życia według własnego upodobania. Bóg przy takim nastawieniu nie jest potrzebny, a jeżeli nawet tak, to jedynie jako Ktoś, kto potwierdzi nasze moralne wybory. Nie jest On wtedy Bogiem, ale jednym z bożków.

      Nasza wiara musi być prosta i jednoznaczna, bez asekurowania się, bez pozorów. Takiej wiary oczekuje od nas Pan Jezus.


      • iktoto Homilia 20 Nd A 13.08.11, 18:59
        20. Niedziela A
        Iz 56,1.6–7;

        Rz 11,13–15.29–32;

        Mt 15,21–28

        Nie­dob­rze jest zabrać chleb dzieciom i rzucić psom (Mt 15,26).

        Jakżeż te słowa Pana Jezusa szokują nas, przyzwyczajonych do Jego miłosierdzia! Jak Pan Jezus mógł się w ten sposób odezwać do biednej kobiety!?

        Spójrzmy na sytuację: Pan Jezus przebywa w okolicach Tyru i Sydonu, tj. w kraju pogan, poza obszarem żydowskiego zamieszkiwania. Kobieta kananejska, czyli poganka, woła do Niego: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Poganka nazywa Jezusa Synem Dawida! To jest swoiste wyznanie wiary. Musiała wiedzieć, co to znaczyło, musiała znać oczekiwania żydowskie na mesjasza. W swoim zawołaniu wyznała wiarę, że On jest owym oczekiwanym Mesjaszem. Pan Jezus milczał. Był wspaniałym pedagogiem. Uczniowie znali doskonale słowa proroka Izajasza z dzisiejszego I czytania:

        Cu­dzo­ziem­ców zaś, którzy się przyłączyli do Pana, ażeby Mu służyć i aże­by miłować imię Pana … przy­pro­wa­dzę na mo­ją Świętą Górę i roz­we­se­lę w moim domu modlitwy (Iz 56,6n).

        Pan Jezus czeka na ich reakcję. Odpraw ją, bo krzy­czy za nami (Mt 15,23).

        W tym miejscu trzeba małego wyjaśnienia.

        1. Żydzi mieli ogromne poczucie swojego wybrania przez Boga. To im się należało zbawienie i dziedzictwo w królestwie Boga. Poganie i niewierni to motłoch, któremu wara od udzielonej obietnicy. Dotyczyło to także Rzymian, którzy w tym czasie okupowali Palestynę! Nie-Żydzi, tak zwani goje od wyrazu: goim – ‘poganin’, zupełnie się nie liczyli. Uczniowie mieli taką żydowską mentalność.

        2. Pan Jezus był rzeczywiście posłany tylko do „owiec, które poginęły z domu Izraela” Zauważmy, że nie głosił nigdy Ewangelii poganom, chociaż się z nimi spotykał. Nakazał później to po swoim zmartwychwstaniu uczniom, ale sam był posłany tylko do Żydów.

        W tym kontekście padły okrutne słowa o psach. Pan Jezus odsłonił w nich całą żydowską pogardę dla pogan. Cały kontekst pokazał, jak ta postawa jest ślepa na ludzką biedę, na żywego człowieka, jak zamknięta jest na miłosierdzie, a ponadto nie potrafi zobaczyć prawdziwej więzi z Bogiem. W odpowiedzi na słowa Jezusa padło wspaniałe wyznanie wiary pokornej kobiety:

        Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z ok­ruszyn, które spadają ze stołu ich panów(Mt 15,27).

        Na te słowa pełne pokory Jezus odpowiedział:

        O niewiasto, wielka jest two­ja wia­ra. Pokora kobiety nie mogła pozostać bez odpowiedzi (Mt 15,28).

        Przypominamy sobie innego poganina, setnika, który także zasłużył na wspaniałą ocenę Pana Jezusa: Zaprawdę u nikogo w Izraelu nie znalazłem takiej wiary (Mt 8,10). Okazuje się, że ci „wierni” Żydzi mogą się uczyć wiary od pogan! To było nie do wyobrażenia dla Żydów, wręcz było zgorszeniem. Ale trzeba pamiętać, że jest to do dzisiaj bardzo aktualne w odniesieniu do nas, chrześcijan. My także możemy bardzo wiele się nauczyć z wiary od ludzi innej religii czy wręcz ludzi tak zwanych „niewierzących”. Niestety, sytuacje bardzo często się powtarzają: jakżeż dzisiaj często padają w środowiskach katolickich słowa pogardy w odniesieniu do niewierzących. Podobnie jak Żydzi mamy poczucie wyższości w stosunku do innych. A niestety, moglibyśmy się od nich bardzo wiele nauczyć. Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu ubolewa nad tym, że Żydzi nie uwierzyli i poganie ich wyprzedzają. Ma jednak nadzieję, że nastąpi nawrócenie Żydów, że jest to jedynie doświadczenie dane od Boga, aby odkryli kiedyś pełnię wiary przez miłosierdzie, wiary pokornej, bez wyniosłości, wiary, w której spotkają się z poganami jak z braćmi.

        Scena z dzisiejszej Ewangelii jest szkołą odkrywania prawdziwej wiary. Nie można nosić w sobie uprzedzeń, trzeba potrzeć głębiej. W innym miejscu Pan Jezus mówi: po owocach poznacie ich (Mt 7,16.20). Kobieta kananejska okazała się pokorna. Pokora jest jednym z podstawowych owoców i znaków prawdziwej wiary. Więź z Bogiem nie zależy od żadnej przynależności czy pochodzenia, ale od prawdy życia. Bardzo wyraźnie pisze o tym św. Paweł:

        Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą – dziedzicami (Ga 3,28n).

        Bóg nie ma względu na przynależność człowieka do narodu, klasy, rasy... On patrzy inaczej, patrzy na serce człowieka. I Pan Jezus pragnie nas dzisiaj tego nauczyć.


    • iktoto Homilia 15.08. 14.08.11, 21:48
      15.08. – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
      Ap 11,19a; 12,1.3–6a.10ab;

      1 Kor 15,20–26;

      Łk 1,39–55



      W Najświętszej Maryi Pannie spotykamy się ze szczególnym misterium, odnajdujemy w Niej to, co w nas ludziach, w każdym z nas najszlachetniejsze; to, co w nas najbardziej autentyczne, naszą najprawdziwszą odpowiedź na fakt bycia stworzonym przez Boga i powołanie do życia z Nim. W Niej jednocześnie to misterium przyjmuje konkretną postać i historię aż po zwieńczenie. Dzisiaj przeżywamy uroczystość, w której czcimy to zwieńczenie, ostateczny tryumf. Ale zanim do tego doszło, Maryja musiała na tym świecie borykać się z wieloma trudnościami. Musiała zderzyć się z grzechem, szczególnie w jego społecznym wymiarze, obecnym zarówno w społeczności religijnej, jak i świeckiej.

      Ewangelia dzisiejsza mówi o nawiedzeniu Elżbiety. Ta, po pozdrowieniu Maryi, wypowiada do Niej zaskakujące słowa:

      Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? (Łk 1,42n).

      Elżbieta w dziwny sposób odkrywa obecność Chrystusa w łonie Maryi. Zauważmy, że w nas także tajemnica Jego obecności istnieje od naszego chrztu! Ktoś może powiedzieć: No tak, ale w Maryi był on fizycznie obecny!... Warto wówczas przypomnieć sobie słowa samego Pana Jezusa w odpowiedzi na wołanie pewnej kobiety:

      Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś. Lecz On rzekł: Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je (Łk 11,27n).

      Po wiekach św. Augustyn powiedział: „Maryja jest o wiele bardziej godna czci przez to, że prawdziwie uwierzyła i stała się Służebnicą Pańską, niż przez to, że fizycznie urodziła Syna Bożego”. Elżbieta w dzisiejszej scenie ewangelijnej mówi do Niej, zwracając uwagę właśnie na Jej zawierzenie Bogu: Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana (Łk 1,45).

      Na te słowa Elżbiety Maryja wyśpiewuje swoją pieśń uwielbienia – Magnifikat. Dużo by można mówić o tym hymnie. Tutaj warto zwrócić uwagę tylko na jeden moment. Maryja uwielbia w nim szcze­gólną łaskawość Boga, który „spogląda na uniżenie słu­że­bni­cy”, „głodnych nasyca dobrami, a bogaczy z niczym odprawia”, „Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie”... Jednak wtedy tej łaskawości jeszcze nie było widać w ludzkim doświadczeniu: Żydzi podlegali niewoli rzymskiej, poniżani i marzący o wolności; ubodzy ludzie, tak jak dawniej byli okradani przez bogaczy; jedni opływali w dobra, a inni cierpieli głód... Gdzie zatem nasycenie głodnych…?!

      Tutaj spotykamy się z dziwną zdolnością Maryi widzenia prawdy w jej ostatecznym wymiarze, który może stać w całkowitej opozycji do chwilowego doświadczenia tu, na ziemi. Hymn Maryi przypomina błogosławieństwa, jakie wypowiedział Pan Jezus w Kazaniu na górze: błogosławieni ubodzy, cisi, płaczący, prześladowani... Dla nas są one jeszcze wielką nadzieją i ufnością, a Maryja już śpiewała pieśń pochwalną, tak jak gdyby to wszystko się już spełniło.

      Jest to szczególny dar widzenia prawdy w jej pełni i zrealizowaniu, prawdy, która nie daje się zwieść pozorom ziemskich ocen. Chrześcijanin jest człowiekiem, który już żyje rzeczywistością niebieskiej ojczyzny, choć jeszcze czeka go długa droga ziemskiej pielgrzymki. Obietnica i nadzieja dana nam przez zmartwychwstanie Chrystusa jest mocniejsza niż wszelkie doczesne doświadczenia. Wszystko bowiem tutaj na ziemi przemija i kończy się śmiercią. On natomiast, zmartwychwstając, daje nam życie na wieki – prawdziwe życie. Czymże jest wobec niego to, co tylko przelotne?

      Maryja ma w sobie ten realizm ostateczny. Na Jej przykładzie także uczymy się, że właśnie realizm ostateczny jest solidniejszy od wszystkiego innego. Ona nas wyprzedza w naszym udziale w zrealizowaniu się królestwa Jej Syna, tak samo jak nas wyprzedzała w wierze: zanim ktokolwiek uwierzył w to niepojęte Boże objawienie się w Jej Synu, Ona już kroczyła drogą wiary. Kiedy uczniowie się rozproszyli po śmierci Pana, Ona zdawała najtrudniejszy egzamin z wiary, zdała go i dlatego stała się naszą Matką w wierze. Ona konsekwentnie szła za swoim Synem. Dlatego do niej – jako tej, która poszła zaraz za Chrystusem jako pierwsza z ludzi właśnie dzięki swojemu pełnemu zawierzeniu Bogu – odnosimy słowa św. Pawła:

      I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności. Chrystus jako pierwszy, potem ci, co należą do Chrystusa, w czasie Jego przyjścia (1 Kor 15,22n).

      Uzyskała udział w tej pełnej prawdzie, którą wyznawała w swoim hymnie uwielbienia i którą zawsze wyżej stawiała niż cokolwiek. Życie wieczne nie jest bowiem powrotem do naszego życia, ale życiem nowym, całkowicie odnowionym przez Boga, życiem takim, jakim je On zamyślił i stworzył.

      Scena z Apokalipsy, która otwiera dzisiejsze czytania, jest wizją ukazującą prawdę tego, co się wydarzyło, co się dzieje i jaki jest tego ostateczny sens – prawdę w jej ostatecznym sensie. W ikonografii Kościoła przedstawia się Niepokalane Poczęcie Najświętszej Marii Panny jako Niewiastę stojącą na księżycu, mającą gwiazdy wokół głowy. To właśnie z tej wizji. Niewiasta to Maryja, ale jako obraz Kościoła. Ona urodziła Syna, ale to Kościół rodzi Syna. Nasza Eucharystia, a w niej konsekracja, jest „rodzeniem Chrystusa” dla nas i w nas, co się dokonuje przez komunię. Smok, jego zaciekła walka i chęć pożarcia Dziecka to obraz prawdy o walce z szatanem. Walka toczy się w całej historii, ale zarazem w sercu każdego z nas. Jest niebezpieczna, a potęga smoka wydaje się przemagać, ale

      I zostało porwane jej Dziecię do Boga
      i do Jego tronu. A Niewiasta zbiegła na pustynię,
      gdzie miejsce ma przygotowane przez Boga,
      I usłyszałem donośny głos mówiący w niebie: «Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego
      i władza Jego Pomazańca (Ap 12,5n).

      Apokalipsa, wbrew potocznej opinii, jest księgą pocieszenia. Ukazuje pozytywny finał, ukazuje ostateczne zwycięstwo mimo całej okropności świata i trwającej walki. Bóg porywa do swojego tronu dziecię, a Niewieście, czyli Kościołowi w jego najgłębszej istocie, przygotował miejsce na pustyni, miejsce spokojne i bezpieczne, gdzie moc węża–szatana nie sięga.

      Dzisiejsza uroczystość jest wielką radością, jest naszym wyznaniem ostatecznej prawdy o zwycięstwie Maryi i Kościoła, i naszym zwycięstwie w Kościele, w Mistycznym Ciele Chrystusa. Mamy udział w tym zwycięstwie wtedy, gdy prawdziwie idziemy drogą wiary, karmimy się „chlebem życia” i przyjmujemy Chrystusa w Eucharystii, pozwalając, by się On w nas narodził i nas przemieniał.
    • iktoto Homilia 20 Wt 1 15.08.11, 19:21
      20. Wtorek 1
      Sdz 6,11–24a;

      Mt 19,23–30



      Bogatemu trudno będzie wejść do królestwa niebieskiego (Mt 19,23).

      W Ewangelii według św. Marka Pan Jezus bardziej precyzyjnie mówi: Jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność (Mk 10,24). W ten sposób Pan Jezus wskazuje na to, co w bogactwie przeszkadza wejść do królestwa Bożego. W tym przypadku bogactwo oznacza pokładanie ufności w dostatku. Przy takim określeniu bogactwa mogą nim być naznaczeni także ci, którzy nie posiadają wiele dóbr ziemskich, ale są nastawieni na ich zdobywanie i marzą o nim.

      W Piśmie Świętym istnieje także pozytywne pojęcie bogactwa. Czytamy w nim, że Bóg jest „bogaty w miłosierdzie” (zob. Ef 2,4). Bogactwo w tym przypadku nie polega na tym, że Bóg wiele posiada, ale na tym, że wiele daje. Bogactwo jest w tym przypadku hojnością. Bogaty jest nie ten, kto wiele posiada, ale ten, kto wiele daje. Pan Jezus nas wzywa do takiego bogactwa przed Bogiem (zob. Łk 12,21), to znaczy do tego, byśmy potrafili autentycznie dawać. Pan Jezus mówi o tym bogactwie w dalszej części dzisiejszej Ewangelii:

      Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? Jezus zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy (Mt 19,27–29).

      Zasiądą w królestwie Bożym na dwunastu tronach, to znaczy: otrzymają władzę w niebie. Ale oni także otrzymują już tutaj na ziemi swoiste bogactwo: bogactwo ludzkiej miłości. I tak się rzeczywiście dzieje z tymi, którzy „opuszczają wszystko” swoje, by pójść za Chrystusem. Niezależnie od tego, czy będzie to kształt życia zakonnego, czy świeckiego, prawdziwe pójście za Chrystusem prowadzi do pięknych spotkań z ludźmi.

      Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny, pozytywny element dzisiejszej Ewangelii, który ujawnia po raz kolejny odmienność naszych ludzkich perspektyw i Bożego miłosierdzia. Pan Jezus powiedział: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego (Mt 19,24), na co św. Piotr jęknął: Któż więc może być zbawiony? (Mt 19,25). W odpowiedzi usłyszał: U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe (Mt 19,26).

      Bóg może więc zbawić także człowieka bogatego, którego zaślepiły dobra tego świata. Kiedy często modlimy się o nawrócenie naszych bliskich, którzy się zagubili na różne sposoby, pamiętajmy o tym zdaniu Pana Jezusa: u Boga wszystko jest możliwe. Nawet to, co wydaje się niemożliwe. O tym trzeba pamiętać także w przypadku nas samych. Bóg może zbawić i mnie – takiego grzesznika!


    • iktoto Homilia 20 Śr 1 16.08.11, 17:54
      20. Środa 1
      Sdz 9,6–15;

      Mt 20,1–16a



      Przypowieść o robotnikach w winnicy jest dla nas bardzo pouczająca. Przyjrzyjmy się jej bliżej: Gospodarz najmuje rano pracowników, umawiając się z nimi, że zapłaci jednego denara za dniówkę. Wieczorem wypłaca wszystkim równo po denarze łącznie z tymi, którzy przepracowali tylko jedną godzinę. Pierwsi mają pretensję o to, że zostali potraktowani niesprawiedliwie. Wtedy pada pytanie: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? (Mt 20,13). Gospodarz jest obrazem Boga, a postawa robotników pracujących od rana przypomina zachowanie starszego syna z przypowieści o miłosiernym ojcu, nazywanej często przypowieścią o synu marnotrawnym. Charakteryzuje ich myślenie porównawcze: nam się więcej należy, bo mamy większe zasługi. Takie myślenie jest wielką przeszkodą w życiu religijnym, gdyż nie pozwala zobaczyć tego, co jest najważniejsze: Bożego miłosierdzia! To, co najważniejsze w naszym życiu, otrzymujemy darmo dzięki miłości Boga. I tylko wówczas, gdy potrafimy przyjąć to jako dar miłości, możemy wejść w autentyczną więź z Bogiem, więź miłości. Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? (Mt 20,15). Z Bogiem nie można niczego załatwić. Jedynie w miłości możemy się z Nim spotkać.

      Jednak autentyczna więź miłości wymaga konsekwencji. Jeżeli doświadczamy miłosierdzia, to sami także powinniśmy podobne miłosierdzie okazywać innym. Nasze myślenie powinno się kształtować na podobieństwo myślenia Pana Boga. Jego podstawowym wymiarem jest pragnienie dobra dla innych, z którego wyrasta radość z dobra, gdy widzimy, że to dobro się urzeczywistnia. Święty Paweł wskazał cechy prawdziwej miłości:

      Miłość nie zazdrości,
      nie szuka poklasku,
      nie unosi się pychą;
      nie jest bezwstydna,
      nie szuka swego,
      nie unosi się gniewem,
      nie pamięta złego;
      nie cieszy się z niesprawiedliwości,
      lecz współweseli się z prawdą. (1 Kor 13,4nn)

      Miłość współweseli się z dobrem. Tylko takie myślenie niesie w sobie życie, które jest ze swojej istoty wspólnotą, komunią. Nie ma w nim miejsca na prywatę, zamknięcie i wyrastającą z nich konkurencję. Władza nie jest dominacją, lecz służbą. Podobnie wszelkie dobro jest dobrem służącym wszystkim.

      Fatalny przykład żądzy władzy i tragedii, do której doprowadziła, mamy w pierwszym czytaniu. Jotam, syn Gedeona, jedyny ocalały z rzezi synów Gedeona, dokonanej ręką jednego z nich, zapowiada konsekwencje takiego układu: ogień wyjdzie z krzewu cierniowego (Abimelek) i spali cedry libańskie (możni Sychem). Na żądzy nie można niczego zbudować.





      17.08. – Świętego Jacka
      2 P 1,4–11;

      Mk 1,14–20



      Często pytamy: co mamy robić? Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii zasadniczo streszcza całe orędzie, jakie do nas kieruje:

      Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże, nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię (Mk 1,15).

      Właściwie reszta jest rozwinięciem tej wypowiedzi. Zawiera ona dwa wymiary: orędzie o bliskości królestwa Bożego i wezwanie do nawrócenia. Ten porządek jest ważny, ponieważ nawrócenie wymaga motywacji. Niestety, bardzo często zapominamy o tym i domagamy się od siebie i innych nawrócenia po prostu, dlatego,że tak powinno być. Prawdziwe nawrócenie wymaga autentycznej motywacji: pragnienia udziału w królestwie Bożym.

      Dla nas ważne jest jednak konkretne przełożenie tego pragnienia na życie, czyli podjęcie jakiegoś działania. Co robić? Pan Jezus mówi: nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Ale co to znaczy i jak to zrobić?

      Nawrócenie, metanoja, jest przede wszystkim przemianą odnoszenia się do świata: zmianą zwykłego ludzkiego widzenia na takie, którego uczy nas Pan Jezus. Wielką lekcję daje nam w Kazaniu na górze w błogosławieństwach. W ludzkiej ocenie wymieniani należą do nieszczęśliwych, a Pan Jezus nazywa ich szczęśliwymi. Aby to tak widzieć, trzeba inaczej patrzeć i oceniać. Tego trzeba się uczyć.

      Dalsza scena Ewangelii ukazuje początek nauki: Pan Jezus powołuje pierwszych uczniów. Marek pisze, że powiedział im: chodź za mną, a oni natychmiast pozostawili wszystko i poszli za Nim. Jak to wyglądało faktycznie, trudno powiedzieć. Wiemy z Ewangelii św. Mateusza, że Jezus przebywał potem w domu Szymona i uzdrowił jego teściową. Istotne jest jednak zdecydowanie i jednoznaczność w pójściu za Jezusem. Wydaje się, że w większość kryzysów wiary, szczególnie w życiu zakonnym, polega na braku tego radykalizmu pójścia za. Jest on warunkiem koniecznym, aby prawdziwie stać się uczniem Jezusa. Nie raz to podkreśla: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego (Łk 9,62). Jest to bardzo ważna prawda, o której trzeba sobie przypominać: o co mi naprawdę chodzi w moim życiu?

      Ale potem następuje nauka. Stajemy się uczniami i tymi uczniami nie przestajemy być. Jeżeli komuś się wydaje, że nie jest już uczniem, to znaczy, że jeszcze niczego nie zrozumiał z Ewangelii. Apostołowie uczyli się bezpośrednio od Jezusa, z Jego nauczania, sposobów reagowania, rozstrzygnięć i decyzji. Dla nas ta nauka jest zapisana w Ewangeliach i nauczaniu apostołów. W dzisiejszym I czytaniu: 2 P 1 mamy bardzo cenne wskazania:

      Dlatego też właśnie wkładając całą gorliwość, dodajcie do wiary waszej cnotę, do cnoty poznanie, do poznania powściągliwość, do powściągliwości cierpliwość, do cierpliwości pobożność, do pobożności przyjaźń braterską, do przyjaźni braterskiej zaś miłość (2 P 1,5–7).

      Apostoł wymienia ciąg wartości, które trzeba w sobie budować: wiara, cnota, poznanie, powściągliwość, pobożność, przyjaźń, miłość. I dopiero kiedy wszystkie te wartości będą w nas obecne, nie uczynią was one bezczynnymi ani bezowocnymi przy poznawaniu Pana naszego Jezusa Chrystusa (2 P 1,8). Można by się dłużej zastanawiać nad porządkiem tych wartości i ich powiązaniem, ale najważniejsze wydaje się to, że w ich zestawie mamy powiązane ze sobą dwa wymiary: nasze wewnętrzne nastawienie i praktykę w życiu. Nasze poznawanie Jezusa dokonuje się w praktyce życia. Tak właśnie poznawali Go apostołowie i taka sama zasada odnosi się do nas: jedynie praktyczne życie wiarą i wyrastającymi z niej konsekwencjami pozwala prawdziwie poznawać Jezusa. Bez praktyki poznanie staje się bezowocne. Wydaje się, że dzisiaj jest to ogromne zagrożenie. Pragniemy poznania Jezusa, żyjąc sobie po swojemu, nie rezygnując ze swoich upodobań. Stąd braki w życiu wiary.

      Wydaje mi się, że najważniejszą mądrością życia monastycznego jest odkrycie i wprowadzenie w praktykę właśnie tej prawdy: aby poznać Jezusa, trzeba samemu prawdziwie całym sobą starać się żyć Ewangelią. To przynosi nam samym stokrotne obdarowanie, jak czytaliśmy we wczorajszej Ewangelii.


    • iktoto Homilia 20 Czw 1 17.08.11, 22:13
      20. Czwartek 1
      Sdz 11,29–39a;

      Mt 22,1–14



      Przypowieść o uczcie stwarza wiele kłopotów, przede wszystkim z tego powodu, że Ewangelista złączył ze sobą dwie przypowieści zupełnie różne, mówiące o zupełnie innych sprawach. Niemniej każda z nich jest dla nas zaskakująca.

      Pierwsza przypowieść mówi o zaproszeniu na ucztę. Odpowiada jej przypowieść z Łk 14,16–24. Dziwne jest dla nas samo odmawianie królowi. Jakie były tego motywy? Jakie mogły być? Normalnie nie jest to dla nas zrozumiałe. Bo takie rzeczy się nie dzieją w zwykłych warunkach. Pomijając nawet samą godność i nobilitację zaproszonych, które powinny ich skłonić do przyjęcia zaproszenia, pozostawała jeszcze obawa, że władca mógłby odmowę przyjąć jako zniewagę i się zemścić, co zresztą następuje. Dlaczego więc zaproszeni odmawiali?! Jest to przedziwne, jednak w przypowieści nie chodzi o realizm w tej materii. Jest to przypowieść alegoryczna, w której Pan Jezus chciał powiedzieć Żydom, że nie przyjmując Go jako Mesjasza i Syna Bożego, odrzucają zaproszenie samego Boga na ucztę weselną i dlatego będą odrzuceni.

      Historia ze znieważaniem sług i zabiciem ich, w zwykłych realiach niewyobrażalna, w istocie się realizowała, bo przecież sam Jezus został wyrzucony z miasta i zabity. To samo spotkało i Jego uczniów, poczynając od św. Szczepana. Święty Łukasz podaje dla tej przypowieści właściwą puentę: żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty (Łk 14,24). Z historii wiemy, że zapowiedź zburzenia miasta realizowała się później, gdy Rzymianie zburzyli Jerozolimę.

      W ten sposób ta nierealna przypowieść w rzeczywistości się zrealizowała w sposób bardzo konkretny! Trzeba pamiętać, że to samo odnosi się do naszego życia. Także zupełnie bezsensowne działania, takie jak odmowa przyjęcia zaproszenia na ucztę królewską, stale się w naszym życiu powtarzają. Wystarczy pomyśleć o naszym zaangażowaniu w Eucharystię, która jest właśnie tą ucztą. Ilu w ogóle się nią nie przejmuje i na nią nie chodzi, bo mają „ważniejsze spawy”. A jeżeli na nią przychodzimy, to o czym podczas niej myślimy? Jak często poddajemy się rozproszeniu: myślimy o swoich sprawach, tak jak gdyby były one ważniejsze od spotkania z Bogiem! A przecież wiemy, że tutaj jest obecny sam Bóg i nie tylko zaprasza nas do ucztowania z Nim, ale się nam ofiarowuje! W swoich deklaracjach pewnie powiemy, że Eucharystia jest najważniejszym momentem naszego dnia i centrum życia, ale jak jest w naszym autentycznym przeżywaniu? I rzeczywiście, uznając swoją głupotę i niegodność, widzimy, jak Bóg rzeczywiście zaprasza wszystkich z opłotek. Sami zresztą do nich należymy. W tej Bożej otwartości jest nasza nadzieja. Istotne jest, by to uznać.

      Druga przypowieść mówi o innym aspekcie uczty: konieczności pewnego minimum, którego symbolem jest szata godowa. Boże wymagania względem nas są naprawdę niewielkie. Jeżeli ich nie wypełniamy, to w istocie lekceważymy Go. I dlatego został wyrzucony z uczty człowiek, który nie miał tej szaty. Niestety, wielkim problemem dzisiejszej pobożności jest niepoważne traktowanie Boga. Chcemy Go mieć takiego, jaki nam odpowiada. Kiedy pojawiają się jakieś wymagania, przez nas niechciane, uważamy, że to tylko staroświeckie przekonania i zmieniamy sobie obraz Boga na taki, który nam pasuje, czyli na taki, który niczego nie wymaga. Bardzo mocno mówi o tym dzisiaj papież Benedykt XVI. Uważa on, że jest to choroba naszego czasu. O tym przypadku mówi druga przypowieść o uczcie. Jesteśmy niepoważni, niepoważnie traktujemy Boga, co wychodzi także w pierwszej przypowieści, natomiast o sobie samych mamy wysokie mniemanie – uważamy, że się nam należy udział w uczcie. Tutaj trzeba, aby każdy z nas zrobił sobie rachunek sumienia, na ile poważnie traktuje Boga.
    • iktoto Homilia 20 Pt 1 18.08.11, 20:42
      20. Piątek 1
      Rt 1,1.3–6.14b–16.22;
      Mt 22,34–40

      Będziesz miłował… (Mt 22,37).

      To jest pierwsze i najważniejsze przykazanie, które Pan Jezus dla jasności rozpisuje na dwa, zgodnie z ich brzmieniem w Starym Testamencie. W Ewangelii według św. Jana prawda o jednym przykazaniu miłości została wyrażona jeszcze dobitniej. W niej Pan Jezus właściwie mówi tylko o tym jednym przykazaniu, które jest jednocześnie znakiem miłości do Niego. Wszystkie inne przykazania są jedynie rozpisaniem tego jednego, podwójnego przykazania: Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy (Mt 22,40). Później św. Augustyn wypowie to przykazanie w sposób paradoksalny: „Kochaj i czyń, co chcesz!”. Niestety, w takim brzmieniu odpowiada ono ludziom, którzy manipulują słowami i ich sensem. Takie brzmienie tego przykazania jest zatem niebezpieczne, ale w istocie prawdziwe. Jeżeli poznamy miłość i poddamy się jej dynamice, to nie będziemy mogli nikomu niczego złego zrobić, a przede wszystkim poznamy Boga, który jest miłością.

      Przykazanie miłości nas porywa, ale także przeraża. Co znaczy bowiem kochać? Nikt z nas tego naprawdę nie wie, bo tylko Bóg potrafi kochać. A miłość, jaką On nam pokazał, całkowicie nas przerasta. Podziwiamy ją, gdy odnosimy ją do nas, ale kiedy Pan Jezus nam mówi: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem (J 15,12; zob. 13,34), nasz zachwyt przeradza się w przerażenie. Kto z nas potrafi kochać do oddania życia za przyjaciół? (zob. 1 J 3,16). Kto z nas potrafi opierać się grzechowi, aż do śmierci męczeńskiej? (zob. Hbr 12,4).

      Jedno podwójne przykazanie miłości zawiera w sobie jednocześnie odniesienie do zasadniczej prawdy o nas samych. Jesteśmy stworzeni na obraz Boga i jako Jego ikony winniśmy także odbijać Jego życie, którego treścią jest miłość. Przykazanie miłości odnosi nas do wzoru, którym jest Bóg. Cała etyka uczniów Jezusa jest konsekwentnie zbudowana na tym podobieństwie. Pan Jezus nie daje np. innego uzasadnienia potrzeby miłości nieprzyjaciół – najtrudniejszego w naszym mniemaniu wymiaru przykazania miłości – jak spojrzenie na Ojca niebieskiego, który dobrze czyni zarówno dobrym, jak i złym (zob. Mt 5,48). W ten sposób przykazanie miłości Boga z całego serca staje się nie tyle obowiązkiem do wypełnienia, ile raczej warunkiem stawania się Jego dzieckiem. Możemy Go bowiem naśladować, jedynie kochając. W przeciwnym razie „ciężar” przykazania miłości nas przerośnie. Tak niestety, dzieje się w życiu nawet bardzo dobrych i wrażliwych z natury uczniów Chrystusa, którzy się załamują.

      Miłość przybiera zazwyczaj bardzo konkretny kształt w życiu. W małżeństwie powoduje całkowitą zmianę życia obojga małżonków. Jedno zmienia życie ze względu na drugie. Miłość zobowiązuje, stwarza więź trwalszą niż więzi krwi. Dzisiejsze pierwsze czytanie z Księgi Rut pokazuje taką więź miłości synowej Rut do jej teściowej Noemi. Okazuje się, że nawet w wymiarze naturalnym prawdziwa miłość posiada w sobie dar z życia. Nie odnosi się to tylko do małżeństwa, ale także do innych więzi, np. przyjaźni. Takiego szczerego daru Bóg nigdy nie lekceważy, bo w nim rozpoznaje obraz swojej miłości.


    • iktoto Homilia 21 Nd A 20.08.11, 21:18
      21. Niedziela A
      Iz 22,19–23;

      Rz 11,33–36;

      Mt 16,13–20

      Dzisiaj Kościół daje nam do przemyślenia pewien wymiar tajemnicy Kościoła. Święty Paweł w pierwszym czytaniu, stając wobec niepojętej tajemnicy Jego zamysłu zbawczego, pisze: O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! (Rz 11,33). Ten zamysł jest dla nas zdumiewający. Nie jesteśmy w stanie w całości go zrozumieć. Poznamy go, kiedy przej­dzie­my do „domu Ojca”. Póki jesteśmy tutaj, na ziemi, nie rozumiemy go w pełni. Odsłania się jedynie wobec nas cząstka jego tajemnicy.

      Dla św. Pawła i całego pokolenia apostołów przejawiła się ona wpierw i przede wszystkim w sposobie, w jaki Bóg zbawia – przez miłość do końca, przez przyjęcie krzyża, poddanie się męce i śmierci Syna Bożego. Ta tajemnica przerosła wszystkich. Dopiero Duch Święty odsłonił sens tego dzieła, którego do dzisiaj w pełni nie rozumiemy. Drugim szokiem dla apostołów było udzielenie poganom daru Ducha Świętego i pokazanie przez to, że i oni mają udział w zbawieniu. I właśnie wobec tej tajemnicy św. Paweł staje zdumiony i zadziwiony – w dzisiejszym drugim czytaniu. Pierwszym, który ochrzcił pogan, jak wiemy, był św. Piotr. On jest także bohaterem dzisiejszej Ewangelii. Pan Jezus mówi do niego:

      Ty jesteś Piotr – Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bra­my pie­kielne go nie przemogą. I tobie dam klucze kró­les­t­wa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, bę­dzie zwią­zane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, bę­dzie roz­wią­zane w niebie (Mt 16,18n).

      Jest to odpowiedź na jego wyznanie wiary w Jezusa jako Mesjasza Bożego. Ważne dla Jezusa było to, że „ciało i krew nie objawiły mu tej prawdy, lecz Ojciec, któ­ry jest w nie­bie” (zob. Mt 19,17). Dla Jezusa to kryterium jest podstawowe. Przyszedł przecież pełnić wolę Ojca. Chwilę później Piotr usłyszy ostrą reprymendę: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie (Mt 16,26). Tutaj kryterium jest także zgodność lub brak takiej zgodności z wolą Ojca. Można się zastanawiać, dlaczego Pan Jezus wybrał właśnie Piotra, a nie innego apostoła, np. św. Jana, którego bardzo miłował? Przecież jedynie Jan pozostał przy swoim Mistrzu aż do samej śmierci, a Piotr się Go zaparł (!), o czym Pan Jezus wcześniej wiedział. To także wynika z wielkiego misterium Bożego zamysłu zbawczego. Być może, powodem było właśnie doświadczenie własnej słabości. W rozmowie po zmartwychwstaniu Pan Jezus pytał Piotra trzykrotnie o miłość. W końcu Piotr powiedział: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Dopiero kiedy wiemy, że sami nic nie do końca nie wiemy, że niczego nie możemy sami uczynić, że wszystko jest w Jego ręku, stajemy się gotowi prawdziwie służyć. Piotr, który miał stać się skałą, musiał tego bardzo głęboko doświadczyć w swoim życiu.

      Jednocześnie Piotr stał się przykładem ogromnego miłosierdzia Bożego wobec kogoś, kto upadł. Pan Jezus przyszedł uzdrowić i zbawić tych, którzy są słabi i pogubieni. Dlatego też nie przypadkiem właśnie Piotr rozpoznał, że zbawienie stało się także udziałem pogan (zob. Dz 11,18). Dla nas ta prawda nie jest już żadnym zaskoczeniem, sami wywodzimy się z ludów pogańskich, choć już od ok. 1000 lat ochrzczonych. Niemniej misterium Bożego miłosierdzia i dla nas jest wielką tajemnicą. I nam czasem wydaje się, że wiemy, komu Bóg powinien udzielić życia wiecznego, a komu nie. Nawet burzymy się, że może zbawienie otrzymać ktoś, kto całe życie był złym człowiekiem i skrzywdził wielu. Takie pretensje świadczą o tym, że ciągle nie rozumiemy tej ogromnej tajemnicy Bożego zamysłu, który pragnie zbawić wszystkich, a nie tylko wybranych, pobożnych i uczciwych ludzi. Dlatego też bardzo różne są ścieżki Boże w sercach ludzkich. Nikt z nas ich nie zna, nikt z nas nie był doradcą Boga w Jego działaniu. Jesteśmy jedynie uczestnikami wielkiego misterium realizacji Jego wielkiego planu zbawienia. Sami mamy w nim jakiś skromny, niewielki udział.

      Zdumiewający dla nas jest nie tylko ogrom miłości Boga, ale także Jego odwaga przekazania słabemu człowiekowi odpowiedzialności za rozwój Bożego królestwa na ziemi. Władza kluczy oznacza właśnie taką odpowiedzialność. Dobrze ilustruje to dzisiejsze pierwsze czytanie, w którym prorok Izajasz mówi o odebraniu kluczy Szebnie, a przekazaniu Eliakimowi. I z historii wiemy, że różnie bywało z uczciwością sprawowania władzy w Kościele na różnym szczeblu. Były momenty, które budzą nasz sprzeciw i zgorszenie. Jednak Boże zawierzenie słabemu człowiekowi jest większe, niż sobie to wyobrażamy. Skąd taka wiara, gdy jednocześnie wie On doskonale, jacy jesteśmy?! Jak­że nie­zbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Je­go dro­gi!


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka