all2 20.02.04, 11:26 Scientists: Bush administration distorts research Thursday, February 19, 2004 Posted: 3:09 PM EST (2009 GMT) WASHINGTON (AP) Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
all2 Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 20.02.04, 11:27 a tu jest link www.cnn.com/2004/ALLPOLITICS/02/19/scientists.bush.ap/index.html Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 20.02.04, 15:45 Znowu zaczynasz? ;) Odpowiedz Link Zgłoś
all2 Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 21.02.04, 00:09 A czy spokój zawsze jest najważniejszy? :) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 21.02.04, 12:13 No więc Bush uznał, że nie... ;) Odpowiedz Link Zgłoś
freewolf Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 20.02.04, 23:04 Angielski??? Nie o tej porze!!!! No dobra, jutro przeczytam to o ludzkiej godzinie i się ustosunkuję. Odpowiedz Link Zgłoś
h.olender Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 23.02.04, 11:33 Eeeetam, naukowcy jak dzieci - tylko sie czepiaja. A przeciez powszechnie wiadomo, ze DEBILJU Bush jest wybitnym intelektualista. Mieszkancow Grecji nazwal onegdaj Gracjanami :-) Mieszkancow Krety pewnie by nazwal kretynami. Odpowiedz Link Zgłoś
all2 Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 23.02.04, 11:41 Gdzieś mam listę złotych myśli Busha popełnionych podczas kampanii wyborczej. W wolniejszej chwili wpiszę. Zupełnie nie ustępuje Wałęsie, a nawet pod pewnymi względami go przewyższa. Nie ma się czego wstydzić - równamy do najlepszych. Odpowiedz Link Zgłoś
h.olender Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 23.02.04, 12:00 all2 napisała: > Gdzieś mam listę złotych myśli Busha popełnionych podczas kampanii wyborczej. > W wolniejszej chwili wpiszę. Tez kiedys czytalem w "Gazecie" rozne "zlote mysli" DEBILJU Busha, ale niewiele juz z tego pamietam, poza pseudonaukowymi twierdzeniami o zyciu na Marsie. Chetnie wiec poczytam :-) > Zupełnie nie ustępuje Wałęsie, a nawet pod pewnymi względami go przewyższa. > Niema się czego wstydzić - równamy do najlepszych. Skoro Bush wzoruje sie na Walesie, to raczej Amerykanie rownaja do nas w poziomie zidiocenia swoich przywodcow panstwowych ;-) Odpowiedz Link Zgłoś
all2 Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 23.02.04, 12:05 h.olender napisał: > Skoro Bush wzoruje sie na Walesie, to raczej Amerykanie rownaja do nas w > poziomie zidiocenia swoich przywodcow panstwowych ;-) Czyli jednak zostaliśmy wiodącym mocarstwem. Odpowiedz Link Zgłoś
h.olender Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 23.02.04, 12:18 all2 napisała: > Czyli jednak zostaliśmy wiodącym mocarstwem. Nigdy nie bylo co do tego watpliwosci :-) Za komuny np. Rosjanie zmalpowali od nas pomysl sprzedawania alkoholu tylko w godzinach popoludniowych. Tylko ten nasz "wynalazek" na skale swiatowa jeszcze udoskonalili. Tam - zdaje sie - wodke mozna bylo kupic dopiero od godziny 15.00. A kolejki przed sklepami monopolowymi ustawialy sie od samego rana, co bardzo sprzyjalo rozwojowi kontaktow miedzyludzkich. Czasami musiala az interweniowac milicja. Stan wojenny Rosjanie tez wprowadzili po Jaruzelskim, tyle ze w sposob kompromitujaco nieudolny. Jednym slowem, Polak potrafi :-) Odpowiedz Link Zgłoś
all2 Buszyzmy 23.02.04, 12:13 Nie jest najważniejszą sprawą bycie gubernatorem czy też pierwszą damą jak w moim przypadku. Mój brat Jeb jest gubernatorem Teksasu. - Dziennikarz: - Florydy. - Bush: - Florydy. Stanu Floryda. To najwyraźniej jest budżet. Jest w nim mnóstwo liczb. Sądzę, że wszyscy się zgadzamy: przeszłość minęła. Jestem przekonany, że istota ludzka i ryba mogą koegzystować w pokoju. Rodzina jest tam, gdzie skrzydła dostają marzeń. To ważne zagadnienie: ile dłoni uścisnąłem? Jeśli nie osiągniemy sukcesu, grozi nam ryzyko porażki. Mars jest mniej więcej w tej samej odległości od Słońca i jest to bardzo ważne. Widzieliśmy obrazy, na których są, jak nam się wydaje, kanały oraz woda. Jeóli jest tam woda, to znaczy, że jest i tlen. Jeżeli jest tlen, to znaczy, że możemy oddychać. Holocaust był obrzydliwym etapem historii naszego narodu. To znaczy - historii naszego stulecia. Ale przecież wszyscy żyliśmy w tym stuleciu. To jest - nie żyliśmy w tym stuleciu. Będziemy mieli najlepiej wykształcony naród amerykański na świecie. Mamy mocne zobowiązania wobec NATO. Jesteśmy częścią NATO. Mamy mocne zobowiązania wobec Europy. Jesteśmy częścią Europy. Niska frekwencja wyborcza wskazuje na to, że mniej ludzi idzie głosować. Kiedy mnie pytają, kto wywołał rozruchy i zabójstwa w Los Angeles, moja odpowiedź jest prosta i jasna: Kto jest winien rozruchów? Winni są uczestnicy rozruchów. Kto jest winien zabójstw? Winni są zabójcy. Wszyscy jesteśmy gotowi na nieprzewidziane wydarzenia, do których może dojść albo nie dojść. Nadszedł czas, by rodzaj ludzki wkroczył do Układu Słonecznego. Wypiwiadać się publicznie jest bardzo łatwo. Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Buszyzmy 23.02.04, 13:13 all2 napisała: . > > To najwyraźniej jest budżet. Jest w nim mnóstwo liczb. > Kupuję ten tekst. Ma szanse zrobić u mnie w firmie niezłą karierę :)))) Odpowiedz Link Zgłoś
aand Re: Buszyzmy 23.02.04, 17:02 Przepraszam, ale tak mi się skojarzyło po przeczytaniu: I'm a cowboy in the big town I'm looking for my pony A mans best friend is his pony Aaah! I'm a cowboy Aaah, cowboy! I need my pony I lost my pony In the big town I'm a cowboy in the big city Looking for my pony I'm a cowboy X3 I'm not alone Not lonely Not alone Not lonely I'm a cowboy I'm stuck like A cowboy In the big city And he affects me The odour of his skin, oh It works in my head I wanna eat him I wanna be in him I'm a cowboy Smelt like I sat in In a tine-mine Nose is struck In the back My back is struck But who knows I am I am a Cowboy! Cowboy! On the second floor On a brass bed In a big city I found my pony But I paid a prize I got a silver-bullet Through my heart I'm a were-cowboy I am a were-cowboy A weeere Weeere-cowboy A were-cowboy Were-cowboy Weeere-cowboy I am a were-cowboy Cowboy! Odpowiedz Link Zgłoś
h.olender nie ma roznicy miedzy Bushem a Saddamem 23.02.04, 17:00 Bezrobocie w Iraku przekroczylo 60 procent. Coraz czesciej przed siedziba tymczasowych wladz koalicyjnych odbywaja sie protesty. Wczoraj demonstrowali emeryci. Zadali dziesieciokrotnej podwyzki swiadczen. To juz druga demonstracja zorganizowana przez emerytow, ktorzy dostaja miesiecznie 20-25 dolarow, a chcieliby podwyzki do 200 (...) - Wladze koalicyjne obiecaly podwyzke emerytur. Ale chyba zapomnialy dodac, ze pieniadze dostaniemy dopiero po smierci - mowil rozzalony Musa Salaimem, dawniej robotnik w bagdadzkiej fabryce. - Nikt z wladz do nas nawet nie wyszedl. Traktuja nas gorzej niz urzednicy Saddama. Bremer jest takim samym klamca jak on - tez duzo obiecuje, ale nigdy nie dotrzymuje slowa (...) - Gdzie jest cale bogactwo Iraku? Saddam Husajn byl zlodziejem, ktory ludzi glodzil i wszystko wydawal na zbrojenia i rozbudowe armii. Amerykanie nas od niego wyzwolili. Do czyjej kieszeni trafiaja pieniadze za iracka rope? - krzyczal Chalad Abdul Mussam. - Czym Bremer rozni sie od Saddama? Tym, ze wciaz mowi o prawach czlowieka. Ale czy mozna byc czlowiekiem, jesli granica ubostwa to 60 dolarow miesiecznie, a my czesto dostajemy mniej niz 20? - pytal dr Mahdi Abdul Wahid, kiedys dyrektor w Ministerstwie Zdrowia. - Dla porownania general z dawnej armii Saddama dostaje ponad 500 dolarow miesiecznie. Nie ma roznicy miedzy Bushem a Saddamem. Bush po prostu lepiej klamie - dodaje. (Rzeczpospolita, 17 lutego 2004, korespondencja z Bagdadu pt. "Bieda jak za Saddama", podtytul: Irakijczycy nie wierza w amerykanskie obietnice) Odpowiedz Link Zgłoś
alex.4 Re: 24.02.04, 02:16 Dlaczego Kerry ma większe szanse w starciu z Bushem niż Dean Bartosz Węglarczyk, Waszyngton 22-02-2004, ostatnia aktualizacja 22-02-2004 16:01 Howard Dean - głos lewicowego skrzydła amerykańskich Demokratów - przegrał walkę o nominację na kandydata na prezydenta, bo jego poglądy są obce zdecydowanej większości Amerykanów. Liczy się ten, który zna się na polityce zagranicznej i wojnie Historycy i dziennikarze lubią odnajdywać pojedyncze momenty, o których można powiedzieć, że odmieniły bieg historii. W kampanii Deana takim momentem miało być wystąpienie po przegranych prawyborach w Iowa, gdy przez kilkadziesiąt sekund zachowywał się on jak wściekłe zwierze. Skrajność nie do przyjęcia Ten wybuch wściekłości z pewnością mu nie pomógł, ale przełomowym momentem kampanii Deana był występ podczas jednej z debat wyborczych, gdy oświadczył: - Pojmanie Saddama Husajna wcale nie czyni Ameryki bardziej bezpieczną. Dean miał więcej takich wypowiedzi - np. gdy całkiem serio oświadczył, że nie chce orzekać o winie Osamy ben Ladena, zanim nie osądzi go niezależny sąd. Myślę, że wśród Polaków podobny szok wywołałaby wypowiedź polskiego premiera podczas II wojny na temat, powiedzmy, Hitlera. Były gubernator Vermont - stanu uważanego za jedno z najbardziej liberalnych (czyli w języku amerykańskiej polityki - lewicowych) miejsc w Ameryce - zdecydował się na kampanię ryzykowną i niecodzienną. Zwrócił się bowiem do wyborców najbardziej sfrustrowanych i niezadowolonych, dla których polityka jest zawsze brudna, a Demokraci i Republikanie niewiele się różnią. To nic, że Dean przez lata był częścią tej samej politycznej machiny. Podczas kampanii wyborczej cztery lata temu do tych samych wyborców apelował Ralph Nader, lider Partii Zielonych, polityk łączący hasła skrajnie populistyczne z lewackimi. W tym roku Nader milczy, a lukę po nim wypełnił Dean. Jego komitety wyborcze zaczęły powstawać w tych samych miejscach, gdzie cztery lata wcześniej odnosił sukcesy Nader - np. w stanie Waszyngton, w którym według sondaży duża część mieszkańców za większe zagrożenie dla światowego pokoju uważa Republikanów niż al Kaidę. Początkowo kampania zaczęła przynosić fantastyczne rezultaty - do obozu Deana zaczęli ściągać ekolodzy, antyglobaliści i młodzież, która nigdy wcześniej nie widziała sensu angażowania się w politykę. Co ciekawe, w wywiadach wielu zwolenników Deana porównywało go do Johna F. Kennedy'ego, zapominając, że zaangażowana od dziesięcioleci w politykę rodzina Kennedych jak mało która była częścią "partyjnej nomenklatury". Gubernator Dean oparł kampanię na totalnym potępieniu George'a Busha i słabych Demokratów, którzy - jak twierdzi - nie mieli dość silnej woli i twardego kręgosłupa, by przeciwstawić się prawicowej rewolucji. Bush więc "oszukał Amerykanów co do przyczyn inwazji na Irak"; "nie uczynił Ameryki nawet o jotę bezpieczniejszą"; "nabija kieszenie najbogatszym kosztem najbiedniejszych"; "nie robi nic, by zmniejszyć obszary biedy"; "nie interesuje się dziećmi i ich przyszłością" oraz "jest człowiekiem lobbystów i wielkich koncernów". Specjaliści od sondaży ostrzegali już kilka miesięcy temu, że doskonałe notowania Deana nie muszą się przełożyć na wynik wyborczy. Gdy w połowie grudnia - u szczytu popularności Deana - powiedziałem znajomemu socjologowi, że sprawa nominacji dla gubernatora jest przesądzona, ten odparł: - Ludziom bardzo się podoba pomysł szalonej randki z Deanem, ale małżeństwo to już poważniejsza sprawa. Człowiek na Busha Gdy Dean przepadł w prawyborach i wycofał się z wyścigu, wielu komentatorów skwitowało to, mówiąc: - Wyborcy chodzili na randkę z Howardem Deanem, ale wyszli za mąż za Johna Kerry'ego. Entuzjazm i młodzieńczy bunt zwolenników Deana nie mogły nie imponować. Wbrew przekonaniu jego zwolenników Dean prezentował jednak poglądy wyłącznie wąskiej grupy Amerykanów i nie miał najmniejszych szans z Bushem. W 2004 r. idealnym rywalem dla Busha jest Kerry - jeśli ktokolwiek ma szanse pokonać prezydenta, to właśnie senator z Bostonu. Wszyscy politolodzy są zgodni, że po raz pierwszy od zimnej wojny kampania będzie się znowu kręcić wokół polityki zagranicznej. A bostończyk najlepiej ze wszystkich demokratycznych kandydatów na kandydata na prezydenta zna się na polityce zagranicznej. Gdy w 1992 r. do walki o Biały Dom stawał młody gubernator Arkansas Bill Clinton, ZSRR był w proszku, Ameryka była zwycięzcą, a jedynym problemem wydawał się rozmiar deficytu budżetowego i wysokość giełdowego wskaźnika Dow Jones. Na początku lat 90. niektórzy ekonomiści sądzili, że Amerykę czeka okres nieustającego rozwoju gospodarczego. W okresie optymizmu wywołanego upadkiem muru berlińskiego Clinton ze swą pasją do rozwiązywania problemów społecznych wpasował się doskonale. 11 września - pamiętamy W 2004 roku Amerykanie wciąż przeżywają traumę spowodowaną 11 września. To, co dla wielu Europejczyków (i amerykańskich liberałów z wielkich miast Wschodniego Wybrzeża) wydaje się być już historią, dla innych jest wciąż żywe. Wystarczy przejechać się do niewielkich miasteczkach Południa i środka USA, by zobaczyć amerykańskie flagi, wielkie transparenty "Pamiętamy 11 września" czy zdjęcia strażaków i policjantów poległych w WTC. W Memphis - stolicy bluesa i jazzu - byłem niedawno na mszy w kościele czarnych mieszkańców tego miasta. Modlitwę prowadził niegdysiejszy mistrz muzyki soul Al Green i właśnie dla jego głosu odwiedziłem tę świątynię. Jednak to nie Green, lecz 12 kobiet - matek żołnierzy walczących w Iraku - było w centrum zainteresowania wiernych. Wszystkie siedziały w pierwszym rzędzie, a wierni kolejno podchodzili do nich i z szacunkiem ściskali im ręce. Na tablicy parafialnej wiszą informacje, kto z mieszkańców Memphis jest w której jednostce i jak można się z nimi skontaktować. Parafia pastora Greena szykowała się akurat do powitania jednego z rannych żołnierzy wracających ze szpitala w Niemczech. Uczestnicy tamtej mszy to typowi wyborcy Demokratów - czarni, biedni i sfrustrowani wciąż istniejącymi w delcie Missisipi podziałami rasowymi. To nie są zwolennicy George'a Busha. Ale na wpiętych w klapy garniturów znaczkach wyborczych widziałem jedynie twarze Kerry'ego i senatora Johna Edwardsa - ani na jednej nie było Howarda Deana John Kerry doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że krytykować Busha za wojnę w Iraku można jedynie w ograniczonym stopniu. Wbrew przekonaniu wielu liberałów wojna ta cieszy się bowiem poparciem większości Amerykanów, a porównywanie jej do wietnamskiego koszmaru jest poważnym nadużyciem. Uczestnicy mszy w Memphis, jak wielu innych, nie postrzegają Iraku jako powtórki z Wietnamu. Przede wszystkim dlatego, że dziś - nie jak w latach 60. - na wojnę udają się wyłącznie ochotnicy. Zwolennicy Deana nie zauważyli, że liczba ochotniczych zgłoszeń do wojska wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat trzykrotnie. Większość Amerykanów uważa wreszcie, że lepiej z fundamentalistami walczyć na irackiej pustyni, niż ścigać ich na ulicach Manhattanu. Dean drogo zapłacił za stwierdzenie, że Bush nie uczynił Ameryki bezpieczniejszą - bez względu bowiem na ocenę poszczególnych kroków tej administracji nikt przy zdrowych zmysłach nie może nie zauważyć, że od ponad trzech lat al Kaidzie nie udał się żaden kolejny zamach na terenie USA. Kerry wolałby gospodarkę W przeciwieństwie do Deana, który z polityką zagraniczną nie miał nigdy nic wspólnego, Kerry - który jako senator ma dostęp do tajnych raportów wywiadu - wie, na jakich informacjach Biały Dom oparł swą decyzję o inwazji na Irak. Kerry wie, że już za czasów Billa Clintona CIA ostrzegała o ambicjach Saddama Husajna utworzenia z Iraku mocarstwa z bronią masowego rażenia. Prezydent nie mógł po 11 września tych informacji lekceważyć. Jako były oficer Kerry d Odpowiedz Link Zgłoś
alex.4 Re: dokonczenie 24.02.04, 02:18 Kerry wolałby gospodarkę W przeciwieństwie do Deana, który z polityką zagraniczną nie miał nigdy nic wspólnego, Kerry - który jako senator ma dostęp do tajnych raportów wywiadu - wie, na jakich informacjach Biały Dom oparł swą decyzję o inwazji na Irak. Kerry wie, że już za czasów Billa Clintona CIA ostrzegała o ambicjach Saddama Husajna utworzenia z Iraku mocarstwa z bronią masowego rażenia. Prezydent nie mógł po 11 września tych informacji lekceważyć. Jako były oficer Kerry doskonale wie, że w armii USA panuje powszechne przekonanie, że bez względu na to, czy Irak miał taką broń, czy nie, inwazja była nieuchronna i lepiej było przeprowadzić ją szybciej niż później. Kerry wie, bo donoszą mu o tym koledzy w mundurach, że wojsko zarzuca Clintonowi bezczynność i brak zdecydowania, które przez całe lata 90. pozwalały al Kaidzie działać praktycznie bezkarnie. Emerytowany oficer wojsk lądowych USA powiedział mi niedawno, że "wojna z terroryzmem powinna była się zacząć najwcześniej w 1993 roku, gdy fundamentaliści zabili 17 naszych ludzi w Mogadiszu, lub najpóźniej w 1998 roku, gdy al Kaida wysadziła w powietrze nasze dwie ambasady w Afryce". Kerry doskonale rozumie, że podejmowane wówczas przez Clintona decyzje o symbolicznych odwetowych atakach rakietowych na puste obozy al Kaidy w Afganistanie jedynie mobilizowały terrorystów do jeszcze bardziej zuchwałych ataków - i ostatecznie doprowadziły do ataku na World Trade Center i Pentagon. Senator John Kerry poparł plan inwazji na Irak nie dlatego, że - jak twierdzi Dean - został wraz z innymi oszukany przez Biały Dom, lecz dlatego, że czytał te same co prezydent raporty wywiadu. Jeden z wojskowych doradców Kerry'ego w poufnej rozmowie z grupą amerykańskich reporterów przyznał kilka dni temu, że "nie można mówić o żadnym oszustwie czy złej woli Busha, lecz co najwyżej o podjęciu złej decyzji na podstawie informacji, które już po fakcie okazały się błędne". Jest oczywiste, że nie wszystko w planie Busha gra. Tak gwałtowny spór z Niemcami i Francją był błędem, choć również zacietrzewione były obie strony, a nie tylko Waszyngton. Biały Dom błędnie zrezygnował również z angażowania się w rozwiązanie konfliktu palestyńsko-izraelskiego, Bush nie ma także pomysłu na to, co zrobić z Koreą Północną (której pogarda dla międzynarodowej społeczności jest doskonałym dowodem na to, że świat nie mógł za żadną cenę pozwolić Saddamowi na posiadanie broni masowego rażenia). Z drugiej jednak strony kapitulacja Muammara Kaddafiego, ujarzmienie imperialnych ambicji Pakistanu czy pokojowe sygnały wysyłane przez Syrię są dowodem, że Bush nie jest szaleńcem. Podczas kampanii wyborczej Kerry będzie więc bardzo ostrożnie krytykować Busha za wojnę z terroryzmem. Zamiast tego Kerry będzie starał się przerzucić ciężar debaty na sprawy gospodarcze: obcięcie podatków, reformę szkolnictwa czy kryzys systemu emerytalnego, czyli tematy tradycyjnie będące domeną Demokratów. Istnieją bowiem poważne przesłanki, by sądzić, że mając te same informacje co Bush prezydent John Kerry podjąłby po 11 września bardzo podobne decyzje. Odpowiedz Link Zgłoś
aand Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 24.02.04, 09:43 Przypomniał mi się stary pomysł Yello Biafry z zespołu Dead Kennedys, który startując w wyborach na gubernatora Kalifornii, zapowiedział że w wypadku zwycięstwa poprzebiera polityków w stroje clownów. Od razu nabrałbym do nich sympatii i zaufania - tak bardzo szczerze zwracaliby się do obywateli, tak prawdziwie... Biafra dostał ok. 6% oddanych głosów. Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 24.02.04, 10:10 No cóż poprzebieranie polityków w stroje klaunów miałyby tę zaletę, że staliby się jacyś tacy bardziej prawdziwi. Błazen w garniturze, to jednak nie to samo... A tu taka mała wizja naszego wejścia na salony europejskie: Rok 2006, Bruksela, budynek Parlamentu Europejskiego. Deputowani z kilkunastu krajów i szefowie rządów utkwili wzrok w trybunie, za którą schował się korpulentny mężczyzna przybyły z kraju nad Wisłą. Na szlachetne czoło tajemniczego Sarmaty opadała blond grzywka, falując niczym łan pszenicy w letni dzień, zaś czerstwa i spalona słońcem solarium twarz przypominała pachnący bochen, ulepiony spracowanymi dłońmi polskich gospodyń. Na szyi dyndał niebieski krawat upstrzony biało czerwonymi gwiazdkami. Mężczyzną tym był Przewodniczący. ... -Tall room !!! (Wysoka Izbo!) Welcome in the name of all penis of polish SELFDEFENCE! (Witam w imieniu wszystkich członków samoobrony!). Today I drink coffe with Anan. (Dziś piłem kawę z sekretarzem generalnym ONZ). Balcerowicz must go on! (Balcerowicz musi odejść) I have all on this shit! (Mam wszystko na tej kartce!). Selfedefence is big party and ice is poor in Poland! (Samoobrona jest dużą partią, a lud jest biedny w Polsce). Po czym swoje krótkie, acz mocne przemówienie zakończył zniżając głos do basu Schwarzennegera: - I' ll be back! (Jeszcze tu wrócę) I kiedy Przewodniczący schodził z mównicy deputowani europejskich rządów zgotowali mu owację. Bądź co bądź Przewodniczący był polskim premierem. Uśmiechnął się z zadowoleniem i tylko nieliczni dostrzegli błyszczące w jego oczach figlarne little eye-bitches (kurwiki). :) Odpowiedz Link Zgłoś
alex.4 Re: Naukowcy też nie lubią Busha - postscriptum 24.02.04, 15:15 forum humorum:) pzodr Odpowiedz Link Zgłoś