Gdyby się ktoś dziwił, to to słowo w tytule, to jest moje osobiste
przekleństwo

A wzięlo mi się z komiksu o Zerko Żeglarzu, z którego uczyłam
się matematyki i był to jedyny sposób na wtłoczenie mi czegokolwiek z tej
dziedziny do głowy
A przeklnąć sobie muszę, po prostu muszę... Bo dzieci mnie wkurzyły w pracy,
potem przyszłam dodomu i widzę, że przyszły kraki z allegro, ale nie chciały
wyjść ze skrzynki pocztowej, bo się tam gniotły razem z serwetkami od SzeLLki
(dzięki

), walczyłam z nimi pięć minut na korytarzu

Żeby się zrelaksować,
zabrałam się za malowanko i nuże klakiera próbować... I chyba lata świetlne
miną zanim nauczę się z nim obchodzić.
Na opakowaniu instrukcja jest tylko po włosku i jakos tym razem sobie nie
bardzo z tym językiem radzę. Wypróbowałam więc i wychodzi na to, że to
ustrojstwo działa tak, że trzeba kłaść wierzchnią farbę na świeży krak. Sam
krak gęsty jak diabli i wcale nie umiem nałożyć na niego farby równo, bo jak
wezmę za mało na pędzel, to się maże z krakiem. Jak za dużo, to na brzegach,
po obu stronach pędzla robia się takie zgrubienia z farby i potem tylko w tych
miejscach farba pęka. I przedmiot wygląda jak w paski popękany... Auuuu
Muszę iść do pracy znów, na zebranie, potem przegrzebię archiwum i poczytam o
zmaganiach innych z tym specyfikiem. Nawet jesli nie pomoże, to może chociaz
się pocieszę
Brombramfok!