Dodaj do ulubionych

Stypendium w Australii

IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.08.01, 20:14
Rozglądam się za stypendium w Australii.Możecie coś zaproponować? Dzięki!
Obserwuj wątek
    • Gość: gregpn odradzam studiowanie w australii IP: *.elblag.dialog.net.pl 07.08.01, 13:59
      szczerze odradzam wyjazd na studia do Australii, szczegolnie te organizowane
      przez polskich posrednikow, a szczegolnie firme perfect z wroclawia!!! bylem
      tam niedawno i wszystkim chetnym przesle artykul o tym jak sprawy sie maja.
      zdolalem go juz wydrukowac na miejscu, w sydney i szukam obecnie wydawcy w
      kraju. chetnych do przeczytania prosze o kontakt: gregpn@poczta.arena.pl
      • Gość: ajka Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.pentor.com.pl 10.08.01, 09:05
        Dlaczego odradzasz, ja wlasnie jade tam na 10 miesiecy. najpiewr na kurs angielskiego w Australian College of
        English, potem na 6 miesiecy kursu biznesowego do szkoly Itsl(?). Co mam robic, pojade, juz zplacila, zalatwiam
        wize. Chce tam zyc, a nie umrzec z rozpaczy!
        • Gość: gregpn Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.elblag.dialog.net.pl 10.08.01, 14:03
          porzyslij maila na moj adres a dostarcze Ci wiecej informacji. czasami lepiej
          sie wycofac zawczasu niz tracic kupe czasu i energii - mozna je spozytkowac
          lepiej..
          • Gość: ajka Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.pentor.com.pl 13.08.01, 13:14
            bardzo chetnie dowiem sie co masz w zanadzu, tylko tak dla wiadomosci, ja juz tan jade, zaplacilam
            pieniazki i nie mam odwrotu. Oprocz tego jestem wrazliwa osoba i blagam nie strasz mnie bardzo
            tylko troche
            Pozdrawiam i czekam na maila ikalat@poczta.fm
          • Gość: ciekawy Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.dma-design.com 14.08.01, 20:10
            Może nie będziesz taki tajemniczy i napiszesz conieco na forum o tym co Cię tak
            w tej Australii wystraszyło/wkurzyło? Na pewno inni czytelnicy też chętnie o
            tym poczytają. Pozdrawiam i czekam na streszczenie Twojego artykułu.
            • Gość: gregpn Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.elblag.dialog.net.pl 17.08.01, 12:00
              OK sam tego chciales - wklejam w okienko caly tekst artykulu, ktory
              opublikowalem juz w Ekspresie Wieczornym w Sydney. Milej lektury i podaj dalej..

              TEKST:

              Kuszą nadzwyczajnymi warunkami wyjazdu – na miejscu okazuje się,
              że zostaliśmy zwyczajnie naciągnięci, a pośrednicy cieszą się z zarobionych na
              nas pieniędzy.

              Australijskie Eldorado.


              W 2000 roku do Australii przyjechało przynajmniej 500 studentów z
              Polski. Zwabieni zostali obietnicami wyśmienitych szkół oraz nadzwyczajnych
              warunków do nauki i pracy (pozwalającej na zwrot inwestycji w naukę). Większość
              z nich wydała na to ogromne sumy, które można było spożytkować znacznie
              efektywniej pozostając na miejscu, w Europie (np. ucząc się języka angielskiego
              na dobrym kursie w kraju lub chociażby w Anglii). Być może po przeczytaniu tego
              artykułu mniej osób będzie przeżywało swoje rozczarowanie na pięknym i odległym
              kontynencie.

              Australia jest ostatnio niewątpliwie jednym z najsprawniej
              wypromowanych krajów na świecie. Z odległego i zdawałoby się, mało atrakcyjnego
              (w oczach turystów) kontynentu stała się wielkim magnesem dla osób spragnionych
              wrażeń. W tym także z Polski. A że młodzi Polacy nie grzeszą nadmiarem gotówki,
              swoją australijską przygodę próbują sfinansować poprzez pracę na miejscu.
              Australijskie przepisy są na tyle łaskawe, że studenci po opłaceniu czesnego za
              szkole, mają prawo przepracować legalnie 20 godzin tygodniowo. Cały wyjazd
              zaaranżować jest stosunkowo łatwo. Trzeba tylko posiadać odpowiednia ilość
              gotówki (lekko licząc przynajmniej 12 tysięcy złotych) a chętna firma/pośrednik
              zaaranżuje cały wyjazd.
              A na miejscu? No cóż, rzeczywistość odbiega nieco od tego, co
              wyobrażamy sobie po lekturze materiałów reklamowych otrzymanych od naszych
              rodzimych pośredników. I o tym właśnie chciałbym opowiedzieć.

              Wszystko zaczyna się od katalogów.

              Wybieramy się do takiej firmy (w moim przypadku znajdowała się we
              Wrocławiu), gdzie dowiadujemy się, ze Australia to niemal raj na ziemi. Szkoły
              są tanie i wszystkie prestiżowe, pracodawcy już na lotnisku łapią za rękę
              kolejnych przybyszów, życie jest niedrogie i nad wyraz przyjemne, wszyscy
              przyjaźni i zrelaksowani. Żyć nie umierać, nawet nie będzie się Wam chciało
              oglądać za Ojczyzną… Jakże bardzo można się pomylić. Ale może od początku.

              Pierwszym krokiem jest uzyskanie wizy.

              Postanowiłem nie płacić Organizatorowi wyjazdu prowizji i do ambasady
              wybrałem się osobiście. Koszt wizy turystycznej to około 300 dolarów
              australijskich (zarobki z ponad 20 godzin pracy na miejscu!)– stosunkowo drogo
              i to jeszcze nie wszystko. Po przybyciu do Australii trzeba dopłacić jeszcze
              50 dolarów, aby wklejono nam do paszportu nowa wizę (z pozwoleniem na pracę).
              Każde przedłużenie wizy (i nauki) kosztuje kolejne A$ 300. Takie same opłaty
              wiążą się ze zmianą szkoły. Aby uzyskać wizę trzeba jeszcze przejść badania
              lekarskie (zaledwie kilku wybranych lekarzy w całej Polsce), gdzie opłata
              liczona jest już w dolarach amerykańskich! Przelicznik jest tutaj zdecydowanie
              mniej korzystny i koszt badań to w przeliczeniu przynajmniej 300 złotych.

              Kolej na bilet lotniczy.

              Nasz Organizator znów zaoferuje swoją pomoc i jeśli tylko się zgodzimy,
              informuje nas, że nasz bilet będzie oczekiwał w zaprzyjaźnionym biurze podróży,
              na lotnisku we Frankfurcie (stąd odlatują praktycznie wszyscy Polacy, z którymi
              miałem okazję rozmawiać w Sydney) – dojazd do Frankfurtu – to lekko licząc
              kolejne 300 zł. Na lotnisku udajemy się do wskazanego nam wcześniej biura i
              okazuje się, że tam o naszym bilecie nic nie wiedzą! Dobrze, jeśli jeszcze
              odnajdzie w porę (tak było w moim przypadku), ale bywa inaczej. Dwie Polki
              (przybyły do Sydney na pod koniec listopada 2000 roku) miały mniej szczęścia.
              Najpierw nie mogły doprosić się swoich biletów, potem wsiadły do samolotu,
              którym dotarły do Singapuru. Tam czekała je 40 godzinna przerwa w oczekiwaniu
              na kolejne połączenie (za hotel musiały zapłacić z własnej kieszeni!!). Podczas
              wsiadania do kolejnego samolotu okazało się, że rezerwacja dokonana została z
              błędem i według komputera, nie ma ich w ogóle w Singapurze! Tylko z największym
              trudem (i dzięki życzliwości miejscowych urzędników) udało im się wsiąść do
              samolotu, na pokładzie, którego (na szczęście) znalazły się dwa wolne miejsca.

              Moja przygoda z samolotem była równie interesująca!

              Na początku organizator zadzwonił z wieścią, że cena biletów, którą
              podawał nam pierwotnie uległa zmianie i muszę dopłacić kilkaset złotych. W
              zamian za to jednak obiecał, że dostanę bilet klasy „Q”, który jest rzekomo
              lepszy od tego w klasie ekonomicznej. Pieniądze wpłaciłem niezwłocznie wiedząc,
              że komfort trwającego 24 godziny lotu warto w jakiś sposób podnieść. Na
              miejscu, w Sydney dowiedziałem się, że klasa „Q” to absolutnie najtańszy z
              biletów.. Bilet ten jest tak tani, że pozwala na przewiezienie zaledwie 20 kg
              bagażu (to waga średniej wielkości plecaka z rzeczami, które mają nam
              wystarczyć nierzadko na rok i dłużej..)!!! Nie zostałem o tym poinformowany
              przez mojego Pośrednika (i skoro zapłaciłem za rzekomo lepszy bilet nawet nie
              miałem zamiaru pytać...). Jestem pewien, że 99 % osób wyjeżdżających do szkoły
              na tak długi okres będzie miało nadbagaż w postaci przynajmniej 10 kg. Linia
              lotnicza obciąża wtedy podróżnego opłatą w wysokości 20 DM za każdy dodatkowy
              kilogram! W ten sposób można pozbyć się sporej ilości gotówki przeznaczonej na
              urządzenie się w nowym miejscu! A pamiętać należy, że wracając wieziemy
              przynajmniej tyle samo.

              Następną niespodziankę linia lotnicza zgotowała mi przy próbie zmiany daty
              powrotu widniejącej na bilecie lotniczym.

              Otóż zupełnie niezgodnie z wcześniejszymi ustaleniami z polskim
              Organizatorem zażądano ode mnie 100 DM za takową zmianę. List napisany do
              Polski poskutkował odpowiedzią, którą cytuję:
              „Dziękuję za wiadomość. Mieliśmy już taki sam przypadek z ta sama linia - agent
              nie ma prawa żądać od Państwa opłaty, ale robi to licząc, ze klienci zapłacą!
              Zaraz napiszemy do biura w Niemczech, gdzie kupowaliśmy bilet - oni tam
              zmienia Państwa rezerwacje. Kiedy chcieliby Państwo wylecieć z Australii?”
              Było mi niezwykle miło, że pozytywna odpowiedź nadeszła szybko, ale
              dlaczego mój Organizator pcha mnie w objęcia firmy, która oszukuje ludzi?!!

              Podczas rezerwacji biletu powrotnego kolejny raz jestem zaskoczony – w
              Bahrajnie (to już trzecie międzylądowanie, po 17 godzinach lotu) oczekujemy na
              kolejny samolot przez 15 godzin!!! Mój Pośrednik, tradycyjnie już, nie
              omieszkał poinformować mnie o tym szczególe.
              Tak długa podróż jest prawdziwą mordęgą. Dodatkowe czekanie na
              miniaturowym lotnisku, gdzie nawet fast-food ma ceny porządnej restauracji nie
              należy do przyjemności... Tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności dowiedziałem
              się, że w przypadku tak długiej podróży i przestoju linia lotnicza powinna
              zapewnić (na ten czas) pokój hotelowy wraz z wyżywieniem. Szukałem i znalazłem.
              Założę się jednak, że praktycznie nikt z Polaków w podobnej podróży nie ma
              nawet pojęcia o istnieniu podobnej zasady i nie powiadomiony przez Organizatora
              spędziłby przerwę cierpiąc nieludzko!!

              Jeśli ktoś a jeszcze wątpliwości to zapewniam, że podroż do Australii jest
              naprawdę męcząca.

              Z niecierpliwością oczekujemy przybycia do mieszkania, za którego
              znalezienie zapłaciliśmy A$ 200. Według zapewnień Organizatora znajduje się ono
              w samym centrum Sydney. Biorąc pod uwagę centrum, nie oczekiwałem, że będę
              dojeżdżał do niego 40 minut pociągiem. Równie dobrze można powiedzieć, że
              Malbork leży tuż przy Gdańskiej Starówce. Okazało się jednak, iż miałem
              szczęście. Mój czysty, spokojny (choć czynsz był dwa razy wyższy niż wynoszą
              ceny rynkowe) dom na odległym przedmieściu zwanym Sutherland to pestka.
              Niektórzy wylądowali w s
              • Gość: mag Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.nv.iinet.net.au 19.08.01, 08:34
                dalej,dalej hehehe juz nie moge sie doczekac:))
                pozdrowka z W.A. mag
                • Gość: mała Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.zlotow.sdi.tpnet.pl 21.08.01, 09:12
                  no właśnie czekamy na kontynuację, ja z podróży do Australi mam bardzo miłe
                  wspomnienia, więc teraz chcę się tam wybrać na magistra...z niecierpliwością
                  więc czekam na część dalszą twojej opowieści!
              • Gość: greg Re: odradzam studiowanie w australii cd.!! IP: *.elblag.dialog.net.pl 14.12.01, 13:29
                Zdecydowalem się zamieścić resztę tekstu!
                Życzę miłej lektury. Chętnym dostarczę adresy inernetowe innych studentów,
                którzy razem ze mną przebywali w Sydney i potwierdzą moją wersję wydarzeń.
                Polecam też lekturę innych postów o Australii, które potwierdzają moje
                informacje. Skoro jest tam tak słodko i pięknie, to skąd te skrzywione miny?!
                Poza tym Pan Perfect zapomniał napisać, że Australijczycy już prowadzą rozmowy
                o oddaniu całej sfery pośrednictwa edukacyjnego w ręce jednej firmy w Polsce -
                i na pewno nie będzie to Perfect z Wrocławia!!..
                Z panem Pelizgiem spotkałem się osobiście podczas targów edukacyjnych w
                Gdańsku. Koredspondencję z nim rozpocząłem w 8 miesięcy od powrotu z USA do
                Polski. Za to w Australii miałem przyjemność rozmawiać z gościem, który
                twierdził, że Perfect potrafi odpalić "gażę" za zbajerowanie kolejnego klienta -
                po moich przeżyciach jestem skłonny wierzyć tej wersji. Ekspress Wieczorny w
                Sydney, największe polonijne pismo na miejscu - z dziką radością wydrukował mój
                tekst i napisał w liście do mnie:
                "Date: Thu, 01 Mar 2001
                Subject: Re: Pan Marek W. Weiss, Ekspress Wieczorny
                From: "Marek W. Weiss" (ekspres@bigpond.net.au)

                Szanowny Panie,
                dziekuje za przeslany do list. Otrzymywalem informacje na ten temat już
                wczesniej, nikt jednak z poprzednich Czytelnikow do tej pory nie ujal tematu w
                tak zwiezly i konkretny sposob w jaki uczynil to Pan.
                Sprawa posrednikow dzialajacych w Polsce przewijala sie w kilkunastu telefonach
                jakie otrzymalem od studentow przybylych z kraju.
                Opublikujemy Panski list w nastepnym wydaniu Expressu Wieczornego.
                Jeszcze raz dziekuje za poruszenie tego tematu.
                Z powazaniem
                Marek W. Weiss
                Editor, Australian Edition Express Wieczorny-Kulisy Tygodnia
                Mobile: 0416 293 473"


                A oto ciąg dalszy tekstu:
                Jeśli ktoś a jeszcze wątpliwości to zapewniam, że podroż do Australii jest
                naprawdę męcząca.

                Z niecierpliwością oczekujemy przybycia do mieszkania, za którego
                znalezienie zapłaciliśmy A$ 200. Według zapewnień Organizatora znajduje się ono
                w samym centrum Sydney. Biorąc pod uwagę centrum, nie oczekiwałem, że będę
                dojeżdżał do niego 40 minut pociągiem. Równie dobrze można powiedzieć, że
                Malbork leży tuż przy Gdańskiej Starówce. Okazało się jednak, iż miałem
                szczęście. Mój czysty, spokojny (choć czynsz był dwa razy wyższy niż wynoszą
                ceny rynkowe) dom na odległym przedmieściu zwanym Sutherland to pestka.
                Niektórzy wylądowali w schronisku w French’s Forest, gdzie wieczorem dojeżdża
                się autobusem i promem w ciągu dwóch godzin. Centrum przeniosło się z Gdańska
                do Iławy. A w schronisku? Jedna łazienka na cały korytarz (rano dramat – każdy
                do szkoły lub pracy zdążyć musi..), czteroosobowe pokoje z piętrowymi łóżkami
                oraz prawdziwa plaga złodziejstwa. Cena tradycyjna – A$ 100 tygodniowo od osoby
                (za to w tej okolicy można spokojnie mieć własny pokój z wygodami).
                Samodzielne wynajęcie mieszkania na początku pobytu graniczy z cudem!
                Musimy mieć referencje od poprzedniego najemcy (agencja nie wnika skąd je
                weźmiemy tuż po przyjeździe) oraz zastaw w postaci czynszu za przynajmniej
                cztery tygodnie. Minimalny okres wynajmu – 6 miesięcy, bez żadnych wyjątków
                (zerwanie umowy przed terminem oznacza przepadek kaucji, tzw. „bond”). O tym
                wszystkim oczywiście nie dowiemy się od naszego Organizatora w Polsce...

                Jak naprawdę wygląda zarabianie pieniędzy w Down-under (miejscowe określenie
                antypodów)?

                Proszę bardzo. Po rozpoczęciu zajęć w szkole i kilku dniach
                aklimatyzacji pora pomyśleć o pracy. Jeśli ktoś łudzi się, że nie będzie trudno
                znaleźć zajęcie bez przynajmniej poprawnej znajomości języka – dobrze radzę w
                tej chwili się obudzić. Jest niezwykle mało prawdopodobne, że osoba władająca
                angielskim w stopniu podstawowym dostanie cokolwiek innego niż sprzątanie lub
                zmywanie naczyń w kuchni za minimalną stawkę i w naprawdę ciężkich warunkach.
                Australijczycy w Sydney (najbardziej kosmopolityczne miasto
                kontynentu), nadzwyczaj niechętnie zatrudniają obcokrajowców. Dla większości
                pracodawców jest to ostateczność wymuszona niemożnością znalezienia chętnych
                pośród miejscowych (niskie płace, mało godzin). W dodatku nasze ograniczenie
                związane ze szkołą (frekwencja na zajęciach poniżej 80% może oznaczać cofnięcie
                wizy!) oraz limitem 20 godzin tygodniowo, nie wzmacniają naszej pozycji
                przetargowej.
                Zazwyczaj więc, zagraniczni studenci przyjmowani są jako tzw. „casuals”
                (to taka nadzwyczaj ciekawa forma, gdzie zatrudniony ma same obowiązki i
                żadnych praw...), którzy mogą zostać zwolnieni z pracy w każdej chwili bez
                podania powodu. W razie potrzeby musza być gotowi stawić się do pracy choćby i
                na trzy godziny, na każde wezwanie telefoniczne (zapomnij o planowaniu Twojego
                wolnego dnia). Tydzień pracy w wielu przypadkach składa się z 15 godzin pracy
                rozłożonych na pięć do siedmiu dni.
                Samodzielne szukanie pracy trwa najczęściej około miesiąca i jest tym
                trudniejsze, że nie mamy żadnych referencji od miejscowych pracodawców.
                Także sam proces zatrudniania ciągnie się zazwyczaj przez minimum dwa
                tygodnie nawet, gdy pracodawca zapewnia, że potrzebuje ludzi od zaraz (mimo to
                będą kolejne rozmowy kwalifikacyjne, oczekiwanie na odpowiedź, szkolenie,
                badania lekarskie itp.).
                Muszę to szczególnie podkreślić:

                Australijczycy maja potężna manię na punkcie papierków wszelkiego typu.

                Niestety, referencje i dyplomy z poza ich własnego kraju są
                konsekwentnie ignorowane. Miejscowe referencje niezbędne są zarówno do tego,
                aby dostać prace, jak i do wynajęcia mieszkania. I nikogo nie interesuje, że
                dopiero przyjechaliśmy – to już tylko i wyłącznie nasz problem. Opinie od
                ostatniego przełożonego potrzebują nawet osoby chcące zostać sprzątaczką w
                hotelu. Dość długo trwa znalezienie pracodawcy, który machnie na wszystko ręką.
                Do tego czasu większość osób jest na tyle zdesperowana, że z wdzięcznością
                przyjmuje do ręki wiaderko i szczotkę.

                Podatek od zarobków zazwyczaj wynosi pomiędzy 10 a 30%.

                Osoby, które przyjechały na krócej niż pól roku i dla celów podatkowych
                maja status „non-resident” plącą fiskusowi przynajmniej 40%!!! Część pobranego
                podatku można odzyskać. W tym celu należy udać się do tzw. „tax-agent” (czyli
                wykwalifikowany księgowy specjalizujący się w sprawach podatkowych), który za
                sumę około 100 dolarów pomoże nam sporządzić odpowiednią dokumentację. Zwroty
                przychodzą jednak dopiero w lipcu i sierpniu, a do tego czasu może nas już nie
                być w Australii. Trzeba się więc zaopatrzyć w kartę bankomatową, która będzie
                działała w Polsce (np. systemu Maestro) lub liczyć na pomoc przyjaciół, którzy
                pozostali na miejscu. Obowiązkowe składki na fundusz emerytalny mamy prawo
                odebrać dopiero, gdy sami osiągniemy wiek emerytalny! Tysiące takich martwych
                dusz zasilają w ten sposób miejscowy system...

                Zarobki netto za godzinę wynoszą raczej 10 niż 15 dolarów (jak podaje wcześniej
                wspomniany katalog).

                Łatwo więc obliczyć, że pracując 20 godzin tygodniowo można zarobić
                około A$ 200. Tyle w Sydney kosztuje życie! Większość przyjeżdżających na
                miejsce Polaków oczekuje opisanego w katalogach eldorado, gdzie łatwo nie tylko
                zarobić na życie, ale jeszcze odłożyć na szkołę i przywieźć trochę pieniędzy do
                domu. UDAJE SIĘ TO TYLKO NIELICZNYM! Pracując legalnie, 20 godzin w tygodniu,
                nie ma możliwości tego wszystkiego dokonać. No, chyba że jest się geniuszem
                komputerowym, rozrywanym przez wszystkie firmy. Z wielkim trudem, niektórzy są
                w stanie odłożyć na kolejna ratę za szkołę.

                W dodatku kartę Medicard (nasza polisa ubezpieczeniowa wraz z numerem)
                otrzymujemy dopiero po około 5-6 tygodniach od przybycia na miejsce. W
                międzyczasie zaś – jeśli coś się stanie wykładamy gotówkę z naszej kieszeni i
                liczymy że wystarczy na operację, a nie tylko amputację..
                Dopiero g
              • Gość: greg odradzam studiowanie w australii - cd 2! IP: *.elblag.dialog.net.pl 14.12.01, 14:06
                Artykuł cd. - mam nadzieję, że tym razem wejdzie do końca!

                (...)
                Zarobki w Australii wynoszą raczej 10 niż 15 dolarów.

                Łatwo więc obliczyć, że pracując 20 godzin tygodniowo można zarobić około A$
                200. Tyle w Sydney kosztuje życie! Większość przyjeżdżających na miejsce
                Polaków oczekuje opisanego w katalogach eldorado, gdzie łatwo nie tylko zarobić
                na życie, ale jeszcze odłożyć na szkołę i przywieźć trochę pieniędzy do domu.
                UDAJE SIĘ TO TYLKO NIELICZNYM! Pracując legalnie, 20 godzin w tygodniu, nie ma
                możliwości tego wszystkiego dokonać. No, chyba że jest się geniuszem
                komputerowym, rozrywanym przez wszystkie firmy. Z wielkim trudem, niektórzy są
                w stanie odłożyć na kolejna ratę za szkołę.

                W dodatku kartę Medicard (nasza polisa ubezpieczeniowa wraz z numerem)
                otrzymujemy dopiero po około 5-6 tygodniach od przybycia na miejsce. W
                międzyczasie zaś - jeśli coś się stanie wykładamy gotówkę z naszej kieszeni i
                liczymy że wystarczy na operację, a nie tylko amputację..
                Dopiero groźbą można wymóc na szkole wydanie karty tymczasowej.

                Pora wspomnieć o nauce - przecież to cel naszego wyjazdu.

                Sławny katalog opisuje każdą ze szkół jako oferującą nadzwyczaj wysoki poziom
                nauczania przy równie nadzwyczajnie przystępnych cenach. Na miejscu przekonałem
                się, że zdecydowana większość szkół, przeznaczona jest wyłącznie dla
                obcokrajowców i oferuje żenujący poziom nauki. ICH GŁÓWNYM CELEM JEST RACZEJ
                POMOC PRZYJEZDNYM W UZYSKANIU WIZY Z POZWOLENIEM NA PRACĘ. Przypomina to nasze
                rodzime prywatne szkoły - krzaki. Wstęp maja wszyscy, którzy opłacą naukę i
                nikt nie przejmuje się ich umiejętnościami. Mój kolega z Chin, mimo że
                przesympatyczny, nie potrafił przeczytać poprawnie zdania po angielsku i
                uczęszczał dzielnie na kurs Business Management.
                Agent z Polski obiecywał nam darmowe książki dostarczane przez szkołę (teraz
                żałuję, że nie mam tego na piśmie!), a wszystko, co zobaczyliśmy, to wyjątkowo
                skromnie zaopatrzona biblioteczka, w której wszystko dostępne jest tylko na
                miejscu. Szczególnie pociągające wydało się nam 10 numerów National Geographic
                z lat 1992-1996… Książki przyszło więc kupić samemu, a te są w Australii
                boleśnie drogie.
                Umowa, którą podstawia nam do podpisu w imieniu australijskiej szkoły nasz
                sympatyczny Pośrednik, nie przewiduje zwrotu pieniędzy po rozpoczęciu nauki -
                tak więc jedynym wyjściem jest wracać do domu lub kontynuować naukę, mimo że
                poziom jest mizerny.. Jeśli już wybierać szkołę w Australii - to koniecznie
                uniwersytet (przedtem sprawdzamy jego pozycje w rankingu miejscowych uczelni!).
                Drożej, ale przynajmniej jest szansa ze się czegoś nauczymy...

                Wreszcie najważniejsza przestroga.

                Nie ufajmy bezgranicznie naszym rodzimym agentom, którzy za cel stawiają sobie
                wysłanie za ocean jak największej liczby osób płacących niemałe prowizje!
                Tak zwany "Full Service" (założenie konta bankowego, zdobycie numeru
                podatkowego - "Tax File Number" i znalezienie pracy), oferowany przez "mojego"
                pośrednika z Wrocławia w cenie A$ 450, skończył się w przypadku pewnej
                studentki z Gdańska tym, że załatwiła sobie wszystko samodzielnie. Na odbiór z
                lotniska (ta usługa u naszego Pośrednika kosztuje dodatkowe A$ 60) czekała 4
                godziny. W końcu zdecydowała się na taksówkę... Pieniędzy nie odzyskała mimo
                wielu próśb. Podobne przykłady można by mnożyć. Najlepiej jest gromadzić
                wszystkie obietnice Organizatora na papierze, aby później mieć "podkładkę" pod
                ewentualne roszczenia.
                Tym, którzy znają choćby podstawy angielskiego, odradzam opłacanie
                wspomnianego "Full Service". Usługa nie należy do tanich, a konto w banku i
                numer podatkowy uzyskać można przy minimalnym wysiłku. Administracja jest
                sprawna, procedura nieskomplikowana.

                Miejscowy agent naszego pośrednika stara się o pracę dla przybyłych z dość
                mizernym skutkiem.

                W 99% przypadków to praca w roli pomywacza w knajpianej kuchni lub sprzątaczki
                w biurach (sceneria jak w Jackowie, polskiej dzielnicy Chicago..). Dodatkowo,
                często już po przybyciu na miejsce, okazuje się, że nasza obiecana praca
                pokrywa się z godzinami nauki w szkole! Ta sytuacja powtarza się na tyle
                często, że na pytanie o jakość usług w przypadku pośrednictwa pracy dla
                polskich studentów - zapytani odpowiadają nieodmiennie z ironicznym uśmiechem -
                radź sobie sam, bo umrzesz tu z głodu.

                Australia sama w sobie jest przepiękna.

                Łagodny klimat wybrzeży, malownicze krajobrazy, egzotyczna przyroda. Na pewno
                można spędzić tu wyśmienite wakacje. Pytanie tylko, czy da się coś więcej?
                Otwartość i uśmiech Autochtonów kończą się w momencie, gdy przestajemy być
                turystami, a stajemy się tanią siłą roboczą. Mimo doskonałych akcji
                propagandowych w kraju i za granicą, życie nie wygląda tu wcale różowo. Stopa
                bezrobocia w Australii wynosi obecnie 7% i nadal rośnie, a rynek pracy jest
                niezwykle mały. Nie ma tutaj miejsca na sentymenty i nasze śmiałe plany zostają
                szybko zweryfikowane przez życie. Ale, jak mawiał jeden z australijskich
                premierów: "Life was not meant to be easy" (Życie wcale nie miało być łatwym).
                I lepiej weźcie to sobie do serca.

                onfoto@poczta.onet.pl

                PS: Jedynym powodem, dla którego zdecydowałem się napisać ten artykuł jest chęć
                ostrzeżenia młodych ludzi w Polsce przed podejmowaniem decyzji wyłącznie pod
                wpływem entuzjastycznych informacji dostarczonych przez firmy w kraju. N1ie
                chodzi mi wcale o odwodzenie ich od przyjazdu do Australii, ale o
                przedstawienie im trochę bardziej realistycznego obrazu tamtejszej
                rzeczywistości. Tym bardziej, że polscy pośrednicy bezczelnie i najzwyczajniej
                w świecie nie mówią prawdy.
      • Gość: Janusz P Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 21.08.01, 12:26
        Nazywam się Janusz Pelizg i jestem właścicielem firmy PERFECT z Wrocławia -
        która miała to nieszczęście wysłać pana Grzegorza Pniewskiego (autora
        paszkwilu: ''Odradzam studiowanie w Australii''). Oprócz pana Paniewskiego
        mieliśmy szczęście pomóc w zorganizowaniu wyjazdu kilkuset innym studentom -
        wielka szkoda, że na Forum wypowiedział się tylko pan Pniewski.

        Dziwię się, że każdy może pod pseudonimem zamieścić tutaj cokolwiek - także
        wylać kubeł pomyj na każdego, na którego przyjdzie mu tylko ochota - pan
        Pniewski z uporem godnym lepszej sprawy próbuje zniechęcić młodych ludzi do
        wyjazdu do Australii. Ponieważ specjalizuję się w edukacji australijskiej już
        od 7 lat - reprezentuję m.in. najlepszy uniwersytet australijski the University
        of Sydney oraz wiele innych uniwersytetów, szkół językowych i colleges -
        chciałbym rzeczowo odnieść się do listu pana Pniewskiego - który jest iście
        groteskowy.

        Australia jest drugim po USA krajem wg liczby studentów zagranicznych. Czy
        znaczy to, że ponad 100 000 osób wybrało Australię, ponieważ
        zostało ''zmanipulowanych'' lub ''naciagniętych'' przez ''nieuczciwych pośredników''?
        Z mojego długiego doświadczenia wynika, że duża część moich nowych klientów
        przychodzi do mnie z polecenia osób, które wysłałem już do Australii (zwykle
        jeden zadowolony klient oznacza 3-4 kolegów, którzy także chcieliby tam
        pojechać). Bezsprzecznym faktem jest, że znakomita większość moich klientów
        przedłuża pobyt na miejscu w Australii, po ukończeniu kursu opłaconego w Polsce
        (niektórzy są tam już 3-5 lat - trudno zmusić kogoś, aby męczył się i cierpiał
        katusze ''down under'' tak długo - tego nie potrafie nawet ja,któremu pan
        Pniewski przypisuje iście diabelskie cechy).

        Dobrze byłoby, aby osoby zainteresowane Australią wyrobiły sobie opinię nie
        tylko na podstawie jednego paszkwilu - ale dotarły także do ludzi, którzy nie
        żałują swojej decyzji (a jest ich przeważająca większość). Chętnie służę
        adresami mailowymi osób, które są w Australii lub wróciły z niej.

        Chciałbym zająć się teraz listem pana Pniewskiego, który przypomina płacz
        zasmarkanego dziecka że kupiło lizak czerwony o smaku malinowym, a ono myślało,
        że smak bedzie truskawkowy.

        Przede wszystkim pan Pniewski przebywał wcześniej w USA, stamtąd zaczął
        korespondencję ze mną poprzez Internet - nie spotkał sie ze mna ani razu
        osobiście. Wszystko załatwiliśmy mailami oraz poprzez kuriera. Mogę przesłac
        zainteresowanym tę korespondencję - niech spróbuja znależć w niej moje
        obietnice rajskiego życia w Australii. Pan P. ma też pretensje o koszt wyjazdu -
        są to pretesje do garbatego, że ma dzieci proste. Koszt nauki w Australii jest
        dużo niższy, niż w Wielkiej Brytanii (np. intensywny kurs językowy kosztuje w
        Londynie 150 funtow za tydzien - 20 lekcji, a w Australii 200 AUD za 25 lekcji -
        czyli o polowe mniej) czy w USA (gdzie koszt studiow zaczyna sie od 7-8 tys
        USD na uniwersytecie nieznanym, a w Australii 5-6 tys AUD na dobrym
        uniwersytecie w Sydney). Gdzie sa wiec te ''ogromne sumy'' ktore
        mozna ''spożytkować znacznie efektywniej pozostając na miejscu, w Europie'' -
        kompletna bzdura - dodajcie do tego koszt życia w Anglii (3 razy droższy, niż w
        Australii) oraz mentalność brytyjczyków i sposób traktowania sezonowych
        pracowników zagranicznych w UK (nie mówię już o pogodzie...).

        Materiały reklamowe - zapraszam na nasze strony w Internecie:
        www.perfect.wroc.pl - prosze znależć tam obietnice raju na Ziemi w Australii!
        Australia ma dużo zalet - dla wielu ludzi stała się nową ojczyzną, ale jak
        wszedzie są tam także problemy (jak ten, czy będzie jutro duża fala:-)) Chętnie
        wyśle także nasz katalog - przekonajcie się sami, ile prawdy jest w wypowiedzi
        pana Pniewskiego.

        Bardzo ważne jest dla mnie, aby moi klienci jechali do Australii z relnymi
        oczekiwaniami - dlatego staram sie przygotowac ich do tego dość dlugiego
        okresu, jaki spędzą ''down under''. Przed wyjazdem mogą oni kotaktować się z
        moimi kientami w Australii, z moim rezydentem w Sydney lub z osobami, ktore
        wróciły już z Australii. Nie obiecuję im gruszek na wierzbie - takie działanie
        jest po pierwsze nieetyczne, a po drugie szybko mści się.

        Pan Pniewski rozczarował się do Australii ponieważ dla niego wzorem są USA,
        gdzie przebywał przed przyjazdem do Australii. Rzecz gustu - Australia to nie
        USA (na szczęście!!!) - chociaż wiele działań podejmuje się wzorując się na
        Stanach - mam nadzieję, że Australia zawsze pozostanie Australią. Sam byłem w
        Stanch - i to w dość ciekawych miejscach (Floryda, Nowy Jork, Wielkie Jeziora) -
        ale całą Floryde oddałbym za jedną australjska wyspę na Pacyfiku.

        Koszt wizy to 290 AUD - ale wizy studenckiej, a nie turystycznej - ta kosztuje
        140 zl (jesli wszystkie informacje sa tak scisle...) Pan Pniewski nie chcial
        placic mi ''prowizji'' (???) i sam zalatwil sobie wize - klient nasz pan - można
        i tak - wielu klientów jednak zleca nam czynności związane z wizowaniem
        (składaja dokumenty w naszym biurze - można przesłać je kurierem - a my
        odsyłamy im aszport z wizą). Wiza studencka wymaga badań medycznych - tutaj pan
        Pniewski straszy i ostrzega, że jest tylko kilku lekarzy w Polsce uznanych
        przez Ambasadę (ojojoj!!!!) i że badania kosztują 300 zł - naprawde kosztują
        ok. 200 zł - skargi i wnioski przyjmuje ambasada Australii w Warszawie.

        Na miejscu w Australii otrzymuje się nową wizę z pozwoleniem na pracę - koszt:
        50 AUD.Proszę spróbowac otrzymac pozwolenie na pracę jadąc na studia lub kurs
        językowy do USA.

        Bilet lotniczy. Pan Pniewski odkrywa przed nami Amerykę, że lot do Australii
        jest męczący (za to bardzo przyjemna jest 24 godzinna podróż autokarem do
        Londynu - lot do Australii trwa mniej więcej tyle samo). Radzmy naszym klientom
        zatrzymać się w Azji na dobę lub dłużej, aby po pierwsze przerwać długą podróż,
        a po drugie zobaczyć niezwykłe miejsca, jak np. Singapur, Bali, itd. Dwie
        klientki, które spotkał pan P. zrobiły taki właśnie postój (nikt nie wyrzucił
        ich siłą z samolotu) - a normalne jest, że za hotel i pobyt płaci się
        samodzielnie (doba w Singapurze kosztuje ok. 100 DM - za hostel, taksówki,
        wstępy, jedzenie, itd. - Bali jest jeszcze tańsze). Nie wierzę w straszna
        wersję złośliwego komputera - przy milionach lotów dziennie moga wystąpić różne
        rzeczy, ale nie ma co robic z tego tragedii porównywalnej z powodzią. Sam yłem
        w wielu miejscach w Azji i chętnie dzielę się moim doświadczeniem z klientami,
        pomagając im np. wybrać nocleg czy zaplanować trase zwiedania w danym miejscu.
        Nikt nie musi więc czekać 40 godzin na lotnisku - jeśli nie chce - zwykle
        postoje na tankowanie trwają 2-3 godziny i można lecieć dalej, jesli ktoś nie
        jest ''ciekawy swiata''. Nie narzucamy klientom miejsca wylotu, ani trasy -
        wybieraja to sami. Najczęściej najtańsze bilety sa z Frankfurtu (ponieważ lata
        stamtąd o wiele więcej linii, niż z Warszawy, a konkurencja na rynku niemieckim
        wymusza niższe ceny). Klient zawsze ma wybór - może kupić sobie bilet sam,
        jeśli znajdzie coś lepszego. Opowieść o zapewnieniach lepszej klasy Q jest
        bzdurą. Pan Pniewski ubolewa, że mógł zabrac ''tylko'' 20 kg bagażu - jest to
        standardowy limit przy lotach na wschód - lecąc do Stanów można zabrać 30 kg -
        lećcie więc do Stanów, radzi pan Pniewski. Otóż 99% naszych klientów nie ma
        problemu z tym limitem ,tym bardziej, że mozna go obejść (jest jeszcze bagaż
        podręczny, do którego można włożyć ciężkie rzeczy, jak książki, kamerę, itp.)

        Kwestia zmiany biletu - cieszę się, że pan Pniweski podał tutaj w całości moją
        odpowiedź, z której wynika, że to agent w Sydney chciał go naciągnąć na
        dodatkowe koszty. Wcale jednak nie ''pchałem pana P. w jego objęcia''!! Po prostu
        pan P. poszedł do pierwszego lepszego biura podróży na głównej ulicy w Sydney,
        aby zmienić datę powrotu - tam chciano go ''naciągnąć'', ale dzięki mojej radzie
        (oraz działaniu - jak
        • Gość: ROMERO Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 12.12.01, 18:15
          to co jechac czy nie jechac ???
        • Gość: greg komentarz do katalogów Perfectu! IP: *.elblag.dialog.net.pl 14.12.01, 14:12
          Po zapoznaniu się z katalogiem Perfectu dostępnym w internecie, mam kilka uwag
          do jego treści:
          "1. Posiadacze wizy studenckiej uzyskują pozwolenie na pracę (part-time - 20
          godzin w tygodniu w czasie trwania nauki i full-time - bez ograniczeń - okresie
          wakacji) na miejscu w Australii, zaraz po rozpoczęciu kursu."
          - Z tego, co wiem - zgodnie z przepisami na wizę z pozwoleniem na pracę
          oczekuje się obecnie przynajmniej 14 dni.

          "2. Aby uzyskać wizę australijską należy poddać się badaniu lekarskiemu u
          lekarza poleconego przez ambasadę, oraz dostarczyć wraz z wnioskiem wszystkie
          dokumenty wymagane przez ambasadę (np. zaświadczenie z uczelni lub z pracy o
          przyznaniu urlopu na czas wyjazdu)."
          - Lekarz pobiera za to opłatę - 50 dolarów. Nikt jednak nie usłyszy od Pana
          Pelziga, że są to dolary amerykańskie!

          "3. Firma nasza opiekuje się uczestnikiem od momentu dokonania wpłaty, przez
          pomoc w staraniu się o wizę, zakup tańszych biletów lotniczych (często z
          atrakcyjnym jedno- lub kilkudniowym postojem tranzytowym, np. na Bali, w
          Singapurze czy w Tajlandii) aż do przygotowania zakwaterowania w Australii,
          odbioru z lotniska, przywiezienia do miejsca zakwaterowania oraz do szkoły w
          Australii.
          Z listu dyrektora Perfectu (dół strony): (...) szczegółowo przygotowujemy
          wyjazd każdego klienta (...) rezerwujemy i wykupujemy tańsze bilety lotnicze
          dla naszych klientów."
          - W naszym przypadku była to tylko deklaracja -
          a. do pierwotnej ceny biletu zrobiliśmy dopłatę, aby zyskać bilety dające
          rzekomo wyższy standard - w Sydney uświadomiono nam, że są to bilety klasy Q,
          najtańsze z możliwych,
          b. firma współpracuje z biurami podróży, które próbują naciągać klientów na
          dodatkowe opłaty (np. za pierwszą zmianę terminu wylotu) - wie o ich praktykach
          i nadal kieruje tam polskich studentów,
          c. bilety najczęściej należy odebrać w biurze podróży w terminalu lotniska we
          Frankfurcie nad Menem. Biuro to notorycznie "gubi" rezerwacje. Na miejscu
          dowiedzieliśmy się, że na dwie godziny przed odlotem do Australii - naszych
          biletów nie ma!
          d. Perfect nie informuje, że na trasie do Sydney niezbędne są dwa
          międzylądowania. Czas oczekiwania na kolejne połączenie może wynieść nawet 15 i
          więcej godzin. W takim przypadku linie lotnicze są zobowiązane zapewnić
          podróżnym pokój w hotelu!!! Absolutnie żaden z polskich studentów nie wiedział
          o tym fakcie.

          "4. Poprzez nasze biuro w Sydney pomagamy znaleźć prace dla naszych klientów
          udających się do jednej ze szkól w tym mieście. Rodzaj pracy zależy od
          kwalifikacji i znajomości języka - najczęściej jest to praca w supermarketach,
          restauracjach, hotelach, sprzątanie biur lub obsługa sklepów na stacjach
          benzynowych. Osoby pracowite, dobrze wykonujące swoje obowiązki, mogą zarobić
          nawet 300 A$ tygodniowo, a w okresie wakacyjnym (grudzień, styczeń) zwykle
          więcej.
          - Pośrednictwem tym zajmuje się jedna osoba. Z bardzo mizernym skutkiem. Nie
          spotkałem w ciągu 6 miesięcy nauki nikogo, kto byłby zadowolony z usług tego
          pośrednika. Najczęściej po przyjściu na miejsce okazuje się, że godziny pracy
          kolidują z nauką, a zakres obowiązków odbiega od obiecanego."

          "5. Polski student potrzebuje ok.160 A$ tygodniowo, aby utrzymać się w
          Australii, tzn. opłacić zakwaterowanie, wyżywienie i transport. Suma ta może
          wahać się zależnie od miasta: Sydney jest najdroższe a Brisbane, Perth, Gold
          Coast i Cairns najtańsze. (...) Student azjatycki zadawala się jedzeniem za 15
          A$ na tydzień, Polak musi wydać przeciętnie 30 - 40 A$ na tydzień. Tańsza
          żywność kupować można w supermarketach i na sobotnich targach. Wiele osób
          znajduje prace w hotelach lub restauracjach, co umożliwia zmniejszenie wydatków
          na jedzenie."
          - Nieprawda: potrzebne jest około $200: jedzenie - minimum $60 (obiad w
          mieście, w tanim azjatyckim barze to ok. $9); bilety ok. $40 (mieszkania
          organizowane przez Perfect znajdują się w odległych dzielnicach!!!); mieszkanie
          $100 - stawki za wynajem proponowane przez Perfect (ceny nawet w dzielnicach
          podmiejskich są wyższe od rynkowych!)

          "6. "PERFECT" oferuje uczestnikom kursów zakwaterowanie przy rodzinach
          australijskich, w hotelach młodzieżowych lub w mieszkaniach dzielonych z innymi
          studentami. Najczęściej studenci wykupują miesięczne zakwaterowanie u rodziny
          australijskiej, a po tym okresie wynajmują mieszkania (3-4 osoby zajmują 2-3
          pokojowy apartament)."
          - Proszę nie zostać zmylonym nazwą "Hotele młodzieżowe"!!! Są to podłego
          standardu schroniska dla tzw. backpackers (trampów podróżujących możliwie
          najtaniej i nie zwracających uwagi na standard noclegu). Na miejscu zaś: ciasne
          pokoje wieloosobowe, jedna łazienka na piętrze, nagminne kradzieże kosztownych
          przedmiotów z bagażu współmieszkańców!

          "7. Standard zakwaterowania zależy od klienta: oferujemy zakwaterowanie u
          rodzin australijskich (z wyżywieniem) lub zakwaterowanie w tzw. shared
          accommodation - mieszkaniach wynajmowanych wspólnie przez kilkoro studentów -
          każdy ma własny pokój (można także dzielić pokój z inna osoba wg życzenia), a
          wspólnie korzysta się z kuchni i łazienki. Oplata za shared accommodation
          wynosi w Sydney 80 - 120 $ za tydzień (w innych miastach jest taniej) zależnie
          od standardu i lokalizacji."
          - Nie wspomniano słowem, że wynajęcie mieszkania przez osobę dopiero co
          przybyłą z Europy graniczy z cudem. Agenci biur pośrednictwa bezwzględnie
          wymagają: wynajmu na okres minimum pół roku; miesięcznej kaucji (która przepada
          w przypadku skrócenia pobytu w mieszkaniu); referencji uzyskanych od
          właścicieli poprzedniego mieszkania (nikogo nie obchodzi, że takich nie
          posiadamy - to dobry sposób na "spławienie" niepewnego klienta) oraz od
          obecnego pracodawcy (zaświadczenie o posiadaniu dochodów).
          Nie pomogą tutaj żadne karty kredytowe... Australijczycy po prostu niechętnie
          wynajmują lokale obcym. Jedynym wyjściem jest szukanie kąta w mieszkaniu już
          przez kogoś wynajętym (inni studenci lub rodzina).

          "8. Miasta australijskie są bardzo rozlegle (np. Sydney rozciąga się na
          szerokości ok. 100 km) - dlatego bardzo ważne jest miejsce zamieszkania. Dobra
          lokalizacja jest droższa, ale pozwala oszczędzić sporo czasu na dojazdach do
          szkoły lub do pracy. W Sydney staramy się zakwaterować naszych studentów we
          wschodnich dzielnicach (Bondi, Balmain, Cremorne, Vaucluse, Kingsford,
          Randwick, Elysabeth Bay) tak, aby lokalizacja była atrakcyjna, a dojazd do
          szkoły i do pracy w miarę dogodny."
          - Dzień przed wyjazdem szef Perfectu osobiście zapewniał mnie, że będziemy
          (wraz z M. Studzińską) mieszkać "w samym centrum Sydney". Jak się okazało,
          nasze mieszkanie położone było w Sutherland - dzielnica na odległych,
          południowych obrzeżach miasta, 40 minut pociągiem od centrum, jeden z
          najdroższych biletów sieciowych.
          - Schronisko, które przytrafiło się innym studentom położone było w French's
          Forest - wieczorem dojazd autobusem i promem zajmował ok. 2 godzin!
          - Nie spotkałem osób, którym Perfect zapewniłby mieszkania w wymienionych
          powyżej dzielnicach szczególnie, że choćby Vaucluse jest najbogatszą,
          najbardziej luksusową dzielnicą miasta i długo by tam szukać studentów z
          Polski...

          "9. Alpha Beta Colleges to Alpha Beta English College (szkoła języka
          angielskiego) oraz Alpha Beta Business College (kursy biznesu, informatyki,
          turystyki, finansów). Szkoła ta znajduje się w centrum Sydney, niedaleko Hyde
          Park. Szkoła języka angielskiego oferuje kursy językowe na różnych poziomach
          zaawansowania oraz kursy specjalistyczne, przygotowujące do egzaminów
          językowych, do nauki w szkołach średnich i na uniwersytetach australijskich."
          - Szkoła legenda - ze względu na niskie ceny i niewiarygodnie niski poziom
          zapisują się do niej wszyscy ci, którzy pragną otrzymać wizę z pozwoleniem na
          pracę, a nie są zainteresowani nauką. Wg relacji świadków szkołę regularnie
          nawiedzają agenci imigracyjni, którzy orientują się w poziomie szk
        • Gość: greg komentarz do katalogów Perfectu- 2! IP: *.elblag.dialog.net.pl 14.12.01, 14:17
          oto cd.

          "9. Alpha Beta Colleges to Alpha Beta English College (szkoła języka
          angielskiego) oraz Alpha Beta Business College (kursy biznesu, informatyki,
          turystyki, finansów). Szkoła ta znajduje się w centrum Sydney, niedaleko Hyde
          Park. Szkoła języka angielskiego oferuje kursy językowe na różnych poziomach
          zaawansowania oraz kursy specjalistyczne, przygotowujące do egzaminów
          językowych, do nauki w szkołach średnich i na uniwersytetach australijskich."
          - Szkoła legenda - ze względu na niskie ceny i niewiarygodnie niski poziom
          zapisują się do niej wszyscy ci, którzy pragną otrzymać wizę z pozwoleniem na
          pracę, a nie są zainteresowani nauką. Wg relacji świadków szkołę regularnie
          nawiedzają agenci imigracyjni, którzy orientują się w poziomie szkoły i nie
          dowierzając jej władzom, osobiście sprawdzają frekwencję (poniżej 80% oznacza
          cofnięcie wizy)...

          "10. KENT INSTITUTE OF BUSINESS AND TECHNOLOGY
          Kent prowadzi kursy języka angielskiego, oraz kursy biznesu i informatyki w
          swoich 3 campusach w centrum Sydney. Godne polecenia są zwłaszcza bardzo dobre
          kursy informatyki za stosunkowo niska cenę. Dużą zaleta tych kursów jest
          możliwość elastycznego planowania godzin zajęć. (...) Program nauczania jest
          bardzo elastyczny, studenci mogą rozpocząć naukę w każdy poniedziałek - mogą
          także dowolnie wybierać zajęcia rano lub wieczorami."
          - W zamian zyskujemy liczną kadrę z Europy Wschodniej (np. Czesi) - sam
          spotykałem te osoby. Szefem marketingu i jednym z wykładowców jest Joseph
          Kysilka - wspólnik Perfectu w australijskich interesach. Czy potrzeba dalszych
          rekomendacji?..

          "11. Holmes Colleges to jedna z najlepszych szkól w Australii.
          (...)Wszystkie szkoły znajdują się w centrum miast, są klimatyzowane i bardzo
          dobrze wyposażone we wszystko, co jest potrzebne do efektywnej nauki.
          (...)W Holmes Colleges studiuje wielu Australijczyków, co świadczy o renomie i
          klasie szkoły."
          - a. jeśli to jest najlepsza szkoła - poziom szkół w Australii jest bardzo
          mizerny
          b. wyposażenie biblioteki szkolnej w Sydney: szczególnie rzucają się w oczy
          pięcioletnie numery National Geographic i stare komputery, z trudem radzące
          sobie z dostępem do internetu. Książki nieliczne - mieszczą się w trzech, czy
          czterech regałach.
          c. przez 6 miesięcy nauki nie było mi tam dane ani spotkać, ani słyszeć o
          australijskim studencie (urodzonym na miejscu lub władającym biegle językiem
          angielskim).
          d. szef Perfectu zapewniał nas telefonicznie, że w cenę kursu wliczone są także
          podręczniki - oczywiście nigdy ich nie zobaczyliśmy. Studenci muszą się
          zadowolić tylko kserokopiami.
          - W trakcie spotkania organizacyjnego, szef filii szkoły w Sydney napomknął
          tylko, że Australijczycy pojawiają się w szkole "czasami". Miejscowi unikają
          takich szkół, jak ognia wiedząc, że uczęszczają tam sami obcokrajowcy i poziom
          zajęć bywa desperacko niski - jako, że wielu studentów ma problemy z
          komunikowaniem się po angielsku.

          "12. Z listu dyrektora Perfect: ... mamy własne biuro i własnych rezydentów w
          Sydney, którzy pomagają naszym klientom m.in. w znalezieniu zakwaterowania,
          odbierają ich z lotniska, pomagają we wszystkich formalnościach po przyjeździe
          (jak: uzyskanie pozwolenia na prace, karty ubezpieczenia medycznego, numeru
          podatkowego, otwarcie rachunku bankowego, zakup telefonów komórkowych, itp.).
          Pomagamy także naszym klientom w znalezieniu pracy w Australii;"
          - Za usługi te trzeba słono zapłacić - około $400. Zdarza się jednak, że
          studenci nie są odbierani z lotniska, a nie mogąc się doczekać pomocy -
          wymienione wyżej sprawy załatwiają sami. Zrobiła tak znajoma studentka i przez
          5 miesięcy nie mogła odzyskać wpłaconych na rzecz Perfectu pieniędzy! (nie
          wiemy, czy w ogóle je dostała) - dwoje świadków wysłuchało jej opowieści.

          Mam nadzieję, ze powyższy komentarz wystarczy. Fragmenty wytłuszczone pochodzą
          z informacji zawartych na stronie www.perfect.wroc.pl
          Dodam jeszcze kilka słów:
          Australia doświadcza od kilku lat stałego wzrostu bezrobocia przy równoczesnym
          spadku wartości swojej waluty. Lekiem na rosnącą rzeszę bezrobotnych stało się
          organizowanie nauki dla obcokrajowców. Jak się okazuje - recepta jest
          skuteczna. Niskie ceny i szansa na pozostanie w kraju po ukończeniu nauki jest
          nad wyraz kusząca dla młodych ludzi z Azji oraz Europy Środkowo - Wschodniej.
          Utrzymanie się w szkole nie jest jednak prostą sprawą dla wielu studentów. A
          brak promocji oznacza cofnięcie wizy, wydalenie z kraju i brak wpływów z tytułu
          nauki. W związku z tym szkoły zainteresowane są utrzymaniem w szkole nawet
          najbardziej "opornych". Głośną sprawą stała się rezygnacja jednego z
          nauczycieli akademickich na Sydney University. Otóż osoba ta stwierdziła, że
          nie może wykonywać poprawnie swoich obowiązków w sytuacji, gdy polityką władz
          rektorskich jest zalecenie promowania wszystkich studentów zagranicznych (!).
          Historię tę usłyszałem od Polki wykładającej na tym uniwersytecie język
          hiszpański (jej mąż, Amerykanin - jest także nauczycielem akademickim).

          To by było na tyle. Pozdrawiam wszystkich niepoprawnych optymistów... Jasne, te
          wszystkie głosy niezadowolenia to po prostu niedowartościowani studenci, którzy
          oczekwiali złotej karty Visa na dzień dobry. Tylko kto w to uwierzy?!
          greg
      • Gość: Janusz P Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 21.08.01, 12:27
        Nazywam się Janusz Pelizg i jestem właścicielem firmy PERFECT z Wrocławia -
        która miała to nieszczęście wysłać pana Grzegorza Pniewskiego (autora
        paszkwilu: ''Odradzam studiowanie w Australii''). Oprócz pana Paniewskiego
        mieliśmy szczęście pomóc w zorganizowaniu wyjazdu kilkuset innym studentom -
        wielka szkoda, że na Forum wypowiedział się tylko pan Pniewski.

        Dziwię się, że każdy może pod pseudonimem zamieścić tutaj cokolwiek - także
        wylać kubeł pomyj na każdego, na którego przyjdzie mu tylko ochota - pan
        Pniewski z uporem godnym lepszej sprawy próbuje zniechęcić młodych ludzi do
        wyjazdu do Australii. Ponieważ specjalizuję się w edukacji australijskiej już
        od 7 lat - reprezentuję m.in. najlepszy uniwersytet australijski the University
        of Sydney oraz wiele innych uniwersytetów, szkół językowych i colleges -
        chciałbym rzeczowo odnieść się do listu pana Pniewskiego - który jest iście
        groteskowy.

        Australia jest drugim po USA krajem wg liczby studentów zagranicznych. Czy
        znaczy to, że ponad 100 000 osób wybrało Australię, ponieważ
        zostało ''zmanipulowanych'' lub ''naciagniętych'' przez ''nieuczciwych pośredników''?
        Z mojego długiego doświadczenia wynika, że duża część moich nowych klientów
        przychodzi do mnie z polecenia osób, które wysłałem już do Australii (zwykle
        jeden zadowolony klient oznacza 3-4 kolegów, którzy także chcieliby tam
        pojechać). Bezsprzecznym faktem jest, że znakomita większość moich klientów
        przedłuża pobyt na miejscu w Australii, po ukończeniu kursu opłaconego w Polsce
        (niektórzy są tam już 3-5 lat - trudno zmusić kogoś, aby męczył się i cierpiał
        katusze ''down under'' tak długo - tego nie potrafie nawet ja,któremu pan
        Pniewski przypisuje iście diabelskie cechy).

        Dobrze byłoby, aby osoby zainteresowane Australią wyrobiły sobie opinię nie
        tylko na podstawie jednego paszkwilu - ale dotarły także do ludzi, którzy nie
        żałują swojej decyzji (a jest ich przeważająca większość). Chętnie służę
        adresami mailowymi osób, które są w Australii lub wróciły z niej.

        Chciałbym zająć się teraz listem pana Pniewskiego, który przypomina płacz
        zasmarkanego dziecka że kupiło lizak czerwony o smaku malinowym, a ono myślało,
        że smak bedzie truskawkowy.

        Przede wszystkim pan Pniewski przebywał wcześniej w USA, stamtąd zaczął
        korespondencję ze mną poprzez Internet - nie spotkał sie ze mna ani razu
        osobiście. Wszystko załatwiliśmy mailami oraz poprzez kuriera. Mogę przesłac
        zainteresowanym tę korespondencję - niech spróbuja znależć w niej moje
        obietnice rajskiego życia w Australii. Pan P. ma też pretensje o koszt wyjazdu -
        są to pretesje do garbatego, że ma dzieci proste. Koszt nauki w Australii jest
        dużo niższy, niż w Wielkiej Brytanii (np. intensywny kurs językowy kosztuje w
        Londynie 150 funtow za tydzien - 20 lekcji, a w Australii 200 AUD za 25 lekcji -
        czyli o polowe mniej) czy w USA (gdzie koszt studiow zaczyna sie od 7-8 tys
        USD na uniwersytecie nieznanym, a w Australii 5-6 tys AUD na dobrym
        uniwersytecie w Sydney). Gdzie sa wiec te ''ogromne sumy'' ktore
        mozna ''spożytkować znacznie efektywniej pozostając na miejscu, w Europie'' -
        kompletna bzdura - dodajcie do tego koszt życia w Anglii (3 razy droższy, niż w
        Australii) oraz mentalność brytyjczyków i sposób traktowania sezonowych
        pracowników zagranicznych w UK (nie mówię już o pogodzie...).

        Materiały reklamowe - zapraszam na nasze strony w Internecie:
        www.perfect.wroc.pl - prosze znależć tam obietnice raju na Ziemi w Australii!
        Australia ma dużo zalet - dla wielu ludzi stała się nową ojczyzną, ale jak
        wszedzie są tam także problemy (jak ten, czy będzie jutro duża fala:-)) Chętnie
        wyśle także nasz katalog - przekonajcie się sami, ile prawdy jest w wypowiedzi
        pana Pniewskiego.

        Bardzo ważne jest dla mnie, aby moi klienci jechali do Australii z relnymi
        oczekiwaniami - dlatego staram sie przygotowac ich do tego dość dlugiego
        okresu, jaki spędzą ''down under''. Przed wyjazdem mogą oni kotaktować się z
        moimi kientami w Australii, z moim rezydentem w Sydney lub z osobami, ktore
        wróciły już z Australii. Nie obiecuję im gruszek na wierzbie - takie działanie
        jest po pierwsze nieetyczne, a po drugie szybko mści się.

        Pan Pniewski rozczarował się do Australii ponieważ dla niego wzorem są USA,
        gdzie przebywał przed przyjazdem do Australii. Rzecz gustu - Australia to nie
        USA (na szczęście!!!) - chociaż wiele działań podejmuje się wzorując się na
        Stanach - mam nadzieję, że Australia zawsze pozostanie Australią. Sam byłem w
        Stanch - i to w dość ciekawych miejscach (Floryda, Nowy Jork, Wielkie Jeziora) -
        ale całą Floryde oddałbym za jedną australjska wyspę na Pacyfiku.

        Koszt wizy to 290 AUD - ale wizy studenckiej, a nie turystycznej - ta kosztuje
        140 zl (jesli wszystkie informacje sa tak scisle...) Pan Pniewski nie chcial
        placic mi ''prowizji'' (???) i sam zalatwil sobie wize - klient nasz pan - można
        i tak - wielu klientów jednak zleca nam czynności związane z wizowaniem
        (składaja dokumenty w naszym biurze - można przesłać je kurierem - a my
        odsyłamy im aszport z wizą). Wiza studencka wymaga badań medycznych - tutaj pan
        Pniewski straszy i ostrzega, że jest tylko kilku lekarzy w Polsce uznanych
        przez Ambasadę (ojojoj!!!!) i że badania kosztują 300 zł - naprawde kosztują
        ok. 200 zł - skargi i wnioski przyjmuje ambasada Australii w Warszawie.

        Na miejscu w Australii otrzymuje się nową wizę z pozwoleniem na pracę - koszt:
        50 AUD.Proszę spróbowac otrzymac pozwolenie na pracę jadąc na studia lub kurs
        językowy do USA.

        Bilet lotniczy. Pan Pniewski odkrywa przed nami Amerykę, że lot do Australii
        jest męczący (za to bardzo przyjemna jest 24 godzinna podróż autokarem do
        Londynu - lot do Australii trwa mniej więcej tyle samo). Radzmy naszym klientom
        zatrzymać się w Azji na dobę lub dłużej, aby po pierwsze przerwać długą podróż,
        a po drugie zobaczyć niezwykłe miejsca, jak np. Singapur, Bali, itd. Dwie
        klientki, które spotkał pan P. zrobiły taki właśnie postój (nikt nie wyrzucił
        ich siłą z samolotu) - a normalne jest, że za hotel i pobyt płaci się
        samodzielnie (doba w Singapurze kosztuje ok. 100 DM - za hostel, taksówki,
        wstępy, jedzenie, itd. - Bali jest jeszcze tańsze). Nie wierzę w straszna
        wersję złośliwego komputera - przy milionach lotów dziennie moga wystąpić różne
        rzeczy, ale nie ma co robic z tego tragedii porównywalnej z powodzią. Sam yłem
        w wielu miejscach w Azji i chętnie dzielę się moim doświadczeniem z klientami,
        pomagając im np. wybrać nocleg czy zaplanować trase zwiedania w danym miejscu.
        Nikt nie musi więc czekać 40 godzin na lotnisku - jeśli nie chce - zwykle
        postoje na tankowanie trwają 2-3 godziny i można lecieć dalej, jesli ktoś nie
        jest ''ciekawy swiata''. Nie narzucamy klientom miejsca wylotu, ani trasy -
        wybieraja to sami. Najczęściej najtańsze bilety sa z Frankfurtu (ponieważ lata
        stamtąd o wiele więcej linii, niż z Warszawy, a konkurencja na rynku niemieckim
        wymusza niższe ceny). Klient zawsze ma wybór - może kupić sobie bilet sam,
        jeśli znajdzie coś lepszego. Opowieść o zapewnieniach lepszej klasy Q jest
        bzdurą. Pan Pniewski ubolewa, że mógł zabrac ''tylko'' 20 kg bagażu - jest to
        standardowy limit przy lotach na wschód - lecąc do Stanów można zabrać 30 kg -
        lećcie więc do Stanów, radzi pan Pniewski. Otóż 99% naszych klientów nie ma
        problemu z tym limitem ,tym bardziej, że mozna go obejść (jest jeszcze bagaż
        podręczny, do którego można włożyć ciężkie rzeczy, jak książki, kamerę, itp.)

        Kwestia zmiany biletu - cieszę się, że pan Pniweski podał tutaj w całości moją
        odpowiedź, z której wynika, że to agent w Sydney chciał go naciągnąć na
        dodatkowe koszty. Wcale jednak nie ''pchałem pana P. w jego objęcia''!! Po prostu
        pan P. poszedł do pierwszego lepszego biura podróży na głównej ulicy w Sydney,
        aby zmienić datę powrotu - tam chciano go ''naciągnąć'', ale dzięki mojej radzie
        (oraz działaniu - jak
        • Gość: Emily Re: odradzam studiowanie w australii IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 22.11.01, 21:48
          Chcialabym jeszcze nawiazac do listu pana Janusza P. z firmy Perfect.

          Czy mysli pan, ze zadowolony klient pisalby takie rzeczy o biurze, ktore
          zalatwia wszystko tak jak powinno byc? Zadowolony klient napisalby np.
          skorzystalem z uslug bardzo dobrego biura. Dzieki temu jestem teraz w pieknej
          Australii i zachecam do korzystania z uslug tej firmy.

          Stalo sie jednak inaczej. Niezadowoliny klient napisal jak biuro utrudnilo mu
          dotarcie do Australii i pomoglo w wydaniu wiecej pieniedzy niz bylo planowane.

          A co do tych dwoch pan, ktore znalazly sie w Singapurze to nie sadze zeby
          zrobily sobie fantastyczna wycieczke a pewnemu poznanemu Polakowi mowily, ze
          jakies biuro ich oszukalo.

          I jeszcze jodno. Pan Grzegorz P. nie pisze zeby nie jechac do Australii, tylko
          zeby uwazac na firme ktora organizuje wyjazd!
          • Gość: alka analfabeta funkcjonalny IP: *.gdansk.sdi.tpnet.pl 12.02.02, 14:43
            Dyskusja z facetem z Perfectu nie ma chyba większego sensu. To przecież
            analfabeta funkcjonalny - ktoś taki czyta tekst i nie rozumie jego treści.
            Dlatego nie potrafi rzeczowo odpowiedzieć na list grega.
            Ale analfabetyzm jest dla niego doskonałym alibi - wszystkie obietnice składane
            studentom z Polski są nieważne - przecież Pelizg sam nie wie, co napisał w
            listach skierowanych do tych ludzi... Bajeruje jak tylko może, a potem udaje,
            że sprawy nie było!
            Ot i cała historia.
      • Gość: gregpn Re: odradzam studiowanie w australii IP: 134.197.62.* 19.06.02, 19:53
        "Pozdrowienia z Nevady!

        Tutaj Mr Pelizg i firma Perfect z Wroclawia tez nie pozostaja anonimowe!
        Slyszalem juz pare barwnych opowiesci, do ktorych moglbym dolozyc przede
        wszystkim moja wlasna! Ale lepiej o tym zapomniec..

        Moze w koncu pora zawlec goscia do sadu.. Bedzie to jednak trudne - jesli
        rzeczywiscie wysyla 250 osob rocznie do Australii (tak jak sie chwali), oznacza
        to, ze zarabia przynajmniej 0.5 miliona zlotych rocznie na tym procederze (bo
        trudno nazwac jego serwis "uslugami"). A taka kasa pozwoli mu wykupic prawnika
        przekreta i zalozyc kazda sprawe!

        Chcecie na studia? Walcie smialo, ale szukajcie innych firm, bo na tej sparzylo
        sie juz wiele osob. Szkoda, ze Polska demokracja oferuje tak slaby dostep do
        wymiaru sprawiedliwosci i zwyklym szaraczkom nie uda sie nawet scignac takich
        drobnych cwaniaczkow jak Janusz Pelizg. Ale przeciez od tego jest internet, aby
        tepic podobnych szalbierzy!

        Pozdrowienia dla studenckiej braci z calego swiata!

        Veer"
        • Gość: veer just joking IP: *.library.irt.unr.edu 21.06.02, 17:39
          oczywiscie zartowalem, to nie byl gregpn, ale w sumie on i
          jego "circa8team" wypowiadaja sie w takze w moim imieniu... Dzieki greg!
          Well done guys!

          And to all of you thinking about going somewhere abroad - the States are
          thousand times better than Australia - I have checked both!!!
          Veer
        • Gość: Jarek Greg to frajer i nieudacznik IP: *.gliwice.sdi.tpnet.pl 13.07.02, 14:50
          Jestem teraz Melbourne w nie jestem dyrektorem banku i tego nie oczekiwalem ale
          rowniez nikt mi tego nie obiecywal. Lecac do australii nastawiłem sie ze przez
          pirwszy rok bede musial zadowolic sie bylejaka praca.obecnie zostalo mi jeszcze
          pol roku nauki na uniwersyteci ktory wykupilem w Perfectcie po studiach
          prawdopodobnie stane sie australijczykiem i po 2 latach ciezkij pracy i nauki w
          australi moze zostane DYREKTOREM BANKU.Przyjezdza tu mnostwo Frajerow ktorzy
          mysla ze im sie wszystko nalezy rzeczywistosc jest inna kto chce tylko chce temu
          sie na 75% uda a zaden kraj nie daje takich mozliwosci zostania na stale.Ja
          pracuje w knajpie na poczatku mylem gary az sie kurzylo teraz jestem kelnerem
          pracuje w najbardziej ruchliwych godzinach i zarabiam 500 aud tygodniowo ale to
          mi zajelo dwa lata
          1 rada
          jezeli decydujecie sie na wyjazd do australii nastawcie sie ze na poczatku
          bedzie trudno
          2 rada
          szkole musicie wybrac taka aby uczylo sie w niej minimum 50% australijczykow
          sa one drozsze ale nic nie jest za darmo
          3 rada
          nie sluchajcie nieudacznikow typu greg bo to frajer niech sie wezmie do roboty a
          nie bzdury wypisuje nieznam go ale to chyba gosc typu szczesliwego nowego yorku
          tam tez byli nieudacznicy a pozatym on tez byl w USA
          4 rada
          pamietajcie kazdy pan JANUSZEK bedzie was bajerowal ale taka jego praca a wy
          skorzystajcie z jego usług bo jak chcecie jechac do australi to nie macie innego
          wyjcia A JECHAC MIM WSZYSTKO WARTO
          Macie jakis pytania piszcie jarekzlubina@yahoo.com
          • Gość: Aka Jareczku, Ty w Australii?! To najprawdziwszy cud!! IP: *.tpnet.pl / *.gdansk.sdi.tpnet.pl 25.07.02, 08:31
            no popatrz, popatrz, niby siedzisz w Australii, a twoj IP mowi ze piszesz z
            Polski - jak w morde strzelil..

            Moze najpierw wyjedz, zobacz jak tam jest, a dopiero potem zaczynaj ladowac
            jaki to z Ciebie "success story".. Chociaz, jesli uda Ci sie zostac
            Australijczykiem bedac w Gliwicach - pozostanie tylko skladac szczere
            gratulacje! Coz to by byla za sila przebicia.
            Te 500 dolarow jest zaiste imponujace, szczegolnie ze malo polskich pracodawcow
            decyduje sie na wyplacanie pensji w walucie obcej. Moze podzielisz sie z nami
            informacja, ktora firma jest dla Ciebie tak laskawa? Czyzby to pan Januszek
            wyplacal Twoje niebotyczne premie.. Znajac zycie, pewnie jestes rencista, bo z
            takim intelektem trudno znalezc prace gdziekolwiek w Polsce.
            Powyzsze posty, jak mi sie zdaje, traktuja o poziomie szkol i slabej obsludze
            przez posrednika i trudno wyczytac cokolwiek o checi zostania dyrektorem banku -
            przeczytaj jeszcze raz jesli dasz rade.

            pozdrowienia i sprobuj sie naprawde wybrac za granice, paszport nie jest drogi,
            a wrazenia moga byc naprawde fajne..
            • Gość: jarek kłamca zdemaskowany IP: *.gliwice.sdi.tpnet.pl 28.07.02, 14:36
              Sorry ze sie wtraciłem w nie swoja dyskusje ale jak słysze ludzi którzy
              narzekaja na Australie to mnie krwe zalewa. Bylem tam turystycznie pracowałem
              i jak ktoś chce to zawsze znajdzie prace a to ze ktos został zbajerowane przez
              posrednika to tylko jego winna.
    • Gość: x Re: Stypendium w Australii IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 21.08.01, 10:11
      x
      • Gość: WRTY Fakty i mity? IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 23.08.01, 23:39
        Mam to szczęście że do Australii mogę jechać na własną rękę nie korzystając z
        uprzejmości pośredników.
        Moje obserwacje dotyczą lat 1998-1999 kiedy to kilkoro z mioch znajomych
        skorzystało z oferty cytowanej firmy. Zaznaczam iż nie jest to próba
        reprezentatywna ale zadziwia zbieżność pewnych odczuć. Hmmm

        1. Bilet należy kupować poza Polską - proponuję w Niemczech - wychodzi taniej -
        ile obecnie nie jestem w stanie podać ale zazwyczaj bywało około 20%. Wiążą się
        z tym oczywiście inne dogodności - sprawniejsza podróż - krótsze
        międzylądowania,a także możliwość RZECZYWISTEGO wyznaczenia sobie miejsca na
        trasie przelotu w którym np. można się zatrzymać na dwa - trzy dni. O tym że
        Singapur jest piękny w 40stopniowym upale z plecakiem gdy czeka się do 16
        godzin na połączenie (przygoda z PERFECTEM mojej znajomej) raczej nikogo
        przekonać się nie da. ;)
        2. Szkoły w Australii są różne i wbrew pozorom tanie są do czasu - do
        wyczerpania możliwości przepisania ocen z przedmiotów zaliczonych na studiach w
        Polsce.
        Oczywiście szkółki językowe o bardzo podrzędnym charakterze, aczkolwiek miłe,
        są tanie jeżeli chce sie przez 3-4 miesiące a może dłużej podszlifować sam
        język. Na pozostanie w Australii one nie wystarczają.
        3. Zakwaterowanie - hmmm jak się ma szczęście nie jest bardzo złe ale
        rzeczywiście Perfect przebija średnią rynkową gwarantując przy tym opiekę
        rodzin sprowadzającą się do np. ;) wydzielenia osobnej lodówki z podłym żarciem
        (nie jedzeniem!) dla gościa. Każda stancja jest lepsza .... ;).
        4. Opieka rezydenta - zależy, raczej bierna i małokontaktowa - przywiezie ew.
        poszuka pracy a spotkałem się ze stwierdzeniem z ust klientów Prefectu iż
        zaproponował im " no to macie tu gazetę i coś sobie wybierzcie"

        5. Usamodzielnienie delikwenta następuje szokowo około trzech miesiącach od
        przyjazdu często połączone jest z koniecznością zmiany stancji (wysokie koszty)
        oraz z poszukiwaniem źródeł finansowania pobytu - nie zawsze legalnych.

        Mimo to nikomu nie będę odradzał usług Perfectu bo może wcale tak nie jest jak
        część jego klientów twierdzi.
        • Gość: cola australia IP: *.ptf.com.pl 16.11.01, 13:00
          powiem szczerze ze zastanowily mnie wasze nie dosc pochlebne recenzje z wyjazdu
          do Australii..wlasnie chcialam znalezc jakiegos posrednika..piszecie ze lepiej
          wyjechac na wlasna reke..ale jak to zorganizowac? od czego zaczac? bardzo
          prosze o kontakt;-) serdecznie pozdrawiam - cola5@wp.pl
    • Gość: luki Re: Stypendium w Australii IP: *.MAN.atcom.net.pl 03.11.01, 16:09
      zrobiła się jatka, a nikt nie odpowiedział na pytanie ....

      STYPENIDIUM !!!

    • Gość: greg podsumowanie! IP: *.elblag.dialog.net.pl 17.12.01, 15:58
      pod adresem onfoto.republika.pl znajdziecie wiele informacji na temat
      wyjazdów do Australii. ich lektura z pewnością pomoże podjąć decyzję gdzie, z
      kim i jak jechać...
      • yak-ona Re: podsumowanie! 31.01.02, 00:19
        a moi znajomi pojechali z perfectem i sobie chwala...
        moze jak wroce z usa tez to uczynie...od nich slysze same pochwaly!!!
        • Gość: AsterX Re: podsumowanie! IP: *.nsw.bigpond.net.au 27.04.02, 09:57
          Haha, to chyba jakas niezwykla pomylka, LOL.
          Mieszkam w Sydney od wielu lat i o Perfect nie slyszalem dobrego slowa.

          7 lat w biznesie? Perfect lipe odstawia i tyle.
          Biuro tutaj na miejscu? pfft, koles ktory za przedluzenie szkoly pobiera wiecej
          od innych 'przedstawicieli' i dla kazdego studenta ma inne ceny - moze cena
          wacha sie na gieldzie???

          Jasiu wspomnial ze oprocz Greg-a nikt nie narzekal. A czemu? Bo kazdy ma to
          gdzies - chce zapomniec o fatalnych przygodach dzieki biurowi Perfect.
          Niestety, jesli sie tego nie rozdmucha to Jasiu dalej bedzie tak dzialac.

          Cos mi sie wydaje ze najwyzszy czas sprawdzic te 'opowiesci dziwnej tresci' i
          wspaniala bajke jaka opisuje Perfect na swej stronie. A tymi
          przedstawicielstwami to juz ja sie zajme - mieszkam tu, znam jezyk i system.
          Dowiem sie szybko czy naprawde m.in. University of Sydney ma z Toba uklad i na
          jakich to jest warunkach :)

          Napisalem do Greg-a bo chce zrobic Perfect-owi anty-reklame. Po prostu dosc mam
          dziadostwa. Szczegolnie dlatego ze tu mieszkam i nie chce by ludzie mieli
          przykre wspomnienia z tego kraju poprzez jednego leszcza.

          Jesli ktos chce pomoc lub ma pytania to niech pisze: koala125@hotmail.com

          Niestety, na pytania typu 'co doradzasz ?' nie bede, na razie, mogl za bardzo
          odpowiedziec. Nie siedze w tym temacie na co dzien wiec rownie dobrze moglbym
          zaspiewac tak jak Jasiu. Natomiast jestem w stanie podzielic sie informacjami
          na porzadku dziennym typu 'co, gdzie, jak, za ile' itd.

          Z czasem mysle o wrzuceniu czegos na NET [broszurki szkol w formacie .pdf] i
          ceny oferowane przez tutejszych agentow dla porownania [azjaci maja najnizsze].
          Opisy poszczegolnych szkol pozostawie tutejszym studentom/kolesiom z ktorymi
          mam kontakt i ktorym moge przekazac pytania na ktore nie znam odpowiedzi.

          W skrocie dodam, ze Perfect ma uklad z najgorszymi szkolami jakie tu sa. Wiec
          nie lapcie sie za glowy po pierwszym tygodniu zajec...chyba ze chcecie tylko
          dostac wize. :)

          To tyle, reszta przez email.

          Nara,
          AsterX .·°º¤ ©
    • Gość: veer just joking IP: *.library.irt.unr.edu 21.06.02, 17:40
      oczywiscie zartowalem, to nie byl gregpn, ale w sumie on i
      jego "circa8team" wypowiadaja sie w takze w moim imieniu... Dzieki greg!
      Well done guys!

      And to all of you thinking about going somewhere abroad - the States are
      thousand times better than Australia - I have checked both!!!
      Veer
    • Gość: melon ALBION TO NAJWIEKSZA PORAŻKA www.kokosen.pl\au IP: *.zywiec.sdi.tpnet.pl 27.07.02, 12:21
      Właśnie wróciłem z Australii i musze przyznać ze to wyprawia ALBION HOUSE w
      SYDNEY woła o pomste do nieba.Rezydentem jest 23 letni debil który podczas
      mojego połtorarocznego pobytu nie załatwił nikomu pracy to co w Polsce obiecują
      to bajki dla dzieci.Szkoła do której zostałem wysłany to totalna
      Pasta.Prace "Pomógł" mi załatwic gosć z Perfectu- Pomógł ponieważ musiałem mu
      za to zapłacic 200 dolców.Greg masz racje ze to co obiecują w polsce to mija
      sie z prawda na miejscu, ale mimo wszystko nie odradzam wyjazdu bo przygoda
      jest niezapomniana. Chce jeszcze raz jechac do Australi i moze bede załatwiał
      wyjazd samemu ale moze ktoś wie jezeli nie dostane wizy jaka jest pewnosc ze mi
      zwróca kase poniewaz biura to jednak gwarantują

      Pozdrawiam Melon

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka