Gość: Ania
IP: *.ipt.aol.com
20.04.05, 23:55
www.BezCenzury.Net
------------------------------------------------------------------------------
ADAM MICHNIK KAŻE MILCZEĆ
Dziki lustrator jest zły
Witold Bachorz
Krzysztof Wyszkowski, założyciel Wolnych Związków Zawodowych w latach 70. na
Wybrzeżu, jeden z bohaterów Sierpnia'80 nie wycofuje swych pytań o legalność
tzw.Komisji Michnika z roku 1990.
Znany bojownik o demokrację i wolność słowa, Adam Michnik, grozi sądem
każdemu, kto zadaje zbyt dużo pytań w sprawie tzw. Komisji Michnika, która w
1990 dokonała w archiwach MSW „dzikiej lustracji”. Mimo tych gróźb,
redakcja „BezCenzury.Net” zamierza jednak pytać.
Sprawa tzw. Komisji Michnika, wydawałoby się, zamierzchła, bo sprzed 15 lat,
ożyła po publikacjach Krzysztofa Wyszkowskiego, jednego z
twórców „Solidarności”, obecnie kontestującego cały, okrągłostołowy porządek
III RP. Chodzi o czteroosobową, nieformalną grupę, która w 1990 roku
zapragnęła pooglądać tajne archiwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W skład
tego, rzekomo naukowego, zespołu weszło trzech historyków (prof. Andrzej
Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Bogdan Kroll) i jeden polityk – ówczesny poseł OKP,
Adam Michnik. Oficjalnym pretekstem penetracji zbiorów archiwalnych bezpieki
była pilna potrzeba zabezpieczenia akt i przekształcenie ich w profesjonalne
archiwum, służące naukowcom i badaczom historii. Jednak z ponad
dwumiesięcznego pobytu (komisja wertowała teczki od 2 kwietnia 1990 do 27
czerwca 1990) nie zachowały się jakiekolwiek ślady spełnienia procedur,
niezbędnych przy dostępie do tajnych dokumentów państwowych. Gdy
publicysta „Tygodnika Solidarność”, Krzysztof Wyszkowski, opisał w czerwcu
1990 na łamach swej gazety wątpliwości co do legalnych podstaw
działania „komisji” – Michnik i jego koledzy w pośpiechu zakończyli swą
archiwalna kwerendę.
Opinia publiczna nigdy nie dowiedziała się czego naprawdę szukał redaktor
naczelny „Gazety Wyborczej” w piwnicach MSW. Nie wiadomo także co naprawdę
znalazł. Prasa ówczesna, łącznie z samą „Wyborczą” raczej milczała na ten
temat. Z pobytu posła-redaktora w tamtym miejscu zachowała się raptem krótka
wzmianka w „Gazecie Wyborczej”.
Kto podniesie rękę na Michnika…
Po 15 latach od tamtych wydarzeń wciąż nie wiadomo, co redaktor
naczelny „Gazety Wyborczej” robił w archiwach MSW. Sam Michnik nigdy tego nie
wyjaśnił – przeciwnie: zakazał o tym pisać i mówić. Rozsierdził się do tego
stopnia, że 4 marca 2005 roku ukazało się w „Gazecie Wyborczej” dość
kuriozalne, jak na ostoję wolności słowa, oświadczenie. Pełnomocnik Adama
Michnika, Piotr Rogowski, przestrzega w nim, że będzie wytaczał procesy
osobom powtarzającym - jak to określił - nieprawdę i pomówienia wobec
naczelnego „Gazety Wyborczej”, jakoby w 1990 r. zapoznał się on z teczkami
służb specjalnych PRL nt. Andrzeja Drawicza, Dariusza Fikusa i Lesława
Maleszki.
Skąd u Michnika taka gwałtowna, wręcz alergiczna reakcja na hasło „teczki
służb specjalnych”? Dla uważnego czytelnika prasy po roku 1989 reakcja ta nie
powinna być zaskoczeniem: ilekroć ożywa w Polsce temat lustracji i
dekomunizacji, krąg towarzyski, zaliczany do orientacji „promichnikowskiej”
popada w histerię. Tym razem furię wyzwoliło pojawienie się tzw. listy
Wildsteina i gwałtowny nawrót zbiorowej pamięci o lustracyjnych grzechach
zaniechania. Konsekwentnym, by nie rzec – uporczywym rzecznikiem tej pamięci
jest Krzysztof Wyszkowski – jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych
na Wybrzeżu, opozycjonista więziony i internowany przez SB już w latach 70.
Prekursor barbarzyńców
Niedawno, bo 11 lutego 2005, na fali zainteresowania tzw. listą Wildsteina, w
Tygodniku Solidarność ukazał się komentarz Wyszkowskiego, przywołujący
zachowania Michnika z czasów jego penetracji archiwów bezpieki. Zachowania te
nie przynoszą chluby szefowi „Gazety Wyborczej”: „Adam Michnik w 1990 roku
dostał nieograniczony i niekontrolowany dostęp do najściślej strzeżonej
wiedzy. Wertował akta, w tym personalne, przez dwa miesiące, aż do czasu, gdy
rozchodzące się po mieście plotki o "komisji obywateli ponad prawem"
spowodowały moją interwencję – wspomina Wyszkowski w „Tysol-u” i stawia
pytania: - Ludzie, którzy okrzyknęli Wildsteina barbarzyńcą, powinni byli
wcześniej zapytać profesora Jerzego Holzera, pracownika Polskiej Akademii
Nauk i współpracownika IPN, czy mówił swoim znajomym, że widział w archiwum
SB materiały świadczące o tym, że Leszek Moczulski był agentem? Powinni
zapytać magistra historii, redaktora naczelnego "GW", czy mówił swoim
znajomym, że widział w archiwum SB donosy składane przez Dariusza Fikusa?
Powinni zapytać obu historyków i redaktorów, czy prawdą jest, że weszli do
archiwum SB całkowicie bezprawnie, przeglądali tam teczki swoich znajomych i
przeciwników politycznych, a następnie wykorzystywali tę wiedzę do np.
przeprowadzenia czystki w "Gazecie Wyborczej"?
[czytaj cały artykuł: www.tygodniksolidarnosc.com/2005/6/5_wil.htm ]
Sumienie ministra Kozłowskiego
Na te pytania Michnik nigdy nie odpowiedział, pozostawiając pole do plotek i
domysłów. Jeśli reagował, to nerwowo i bez przytaczania racjonalnych
argumentów), tak jakby stawianie jakichkolwiek pytań bohaterowi polskiej
demokracji samo w sobie stanowiło już zbrodnię. To dziwne u człowieka, który
stara się uchodzić (i uchodzi) za symbol wolnej myśli, sprawnego intelektu i
bezkompromisowego ujawniania prawdy. Nawet tej niewygodnej.
Tymczasem sama tylko lektura archiwalnych wydań „Gazety Wyborczej” z okresu
od kwietnia do czerwca ’90, a więc z czasu, kiedy redaktor wraz
zaprzyjaźnionymi historykami wertował teczki SB – daje do myślenia.
Nadzwyczajny Zespół ds. Badania Zasobów Archiwalnych MSW rozpoczął pracę 2
kwietnia 1990 roku. Pierwsza wzmianka o tym pojawiła się w „GW” dopiero 13
kwietnia 1990 („Zeszli do piwnic MSW”, autor: Jerzy Jachowicz). Notka była
bardzo krótka, ale zawierała dość zjadliwą informację: „członkowie komisji
zapoznali się z aktami, dotyczącymi działalności niektórych działaczy
Solidarności do grudnia 1988 roku”.
Wzmiankę tę poprzedziła krótka, lecz następująca dzień po dniu seria
artykułów (pióra tego samego autora, red.Jachowicza), odnosząca się lustracji.
W numerze z 12 kwietnia 1990 ukazuje się rozmowa-komentarz Jachowicza z
ówczesnym wiceministrem MSW, Krzysztofem Kozłowskim. Teza artykułu,
zatytułowanego „Teczki pełne raportów”: akta SB mają znikomą wartość badawczą
a ich ujawnienie byłoby krzywdą dla setek złamanych, upokorzonych przez
bezpiekę tajnych agentów. „Rzucenie tego materiału na żer opinii publicznej
byłoby czymś nieludzkim, dającym tylko pożywkę dla najgorszych instynktów.
Jest dla mnie rzeczą oczywistą, bo są na to dowody w kartotekach, że istnieje
grupa ludzi – nie chcę określać jej wielkości – która została przez resort
złamana, upodlona. Gdyby ludzie ci, poprzez publiczne ujawnienie ich
kontaktów ze służbą bezpieczeństwa po raz drugi zostali rzuceni na dno,
skończyłoby się to falą samobójstw. Nie mogę brać tego na swoje sumienie.” –
zapewniał minister Kozłowski.
Nagła amnezja posła Bartoszcze
Początek kwietnia 1990 był czasem nerwowym zarówno dla pogrobowców PZPR, jak
i dla „konstruktywnej opozycji” spod Okrągłego Stołu. Z jednej strony –
dojrzewał u Mazowieckiego postulat „grubej kreski”, z drugiej –
radykalizowały się żądania opinii publicznej, sfrustrowanej obecnością wojsk
sowieckich, prosperowaniem PZPR-owskiej nomenklatury i zacieraniem śladów PRL-
owksiej przeszłoś