Gość: Jolka
IP: *.suwalki.sdi.tpnet.pl
10.02.03, 16:21
Odpocznijmy nieco od polityki, w końcu znajdujemy się w samym środku
karnawału. Balów ci u nas pod dostatkiem, ale najważniejsze są te
charytatywne. Wszak na nich zbiera się pieniądze, aby ulżyć BIEDZIE, którą
tak pięknie przez 13 lat sobie zapuściliśmy. Te bale dobroczynne są zresztą
najbardziej nagłaśniane przez media. Kogóż na nich nie ma? Tak po prawdzie
nikogo nie ma, poza balującą elitą III Rzeczypospolitej. Klasyczny, stołeczny
bal charytatywny gości na parkiecie parę prezydencką, a w ostateczności
przynajmniej żonę Jolantę, parę premierowską oraz parę marszałkowską. Dla
ozdoby błąka się po balu jeszcze kilku ministrów ze swoimi ślubnymi albo solo
oraz całkiem szeroki wachlarz przedstawicieli opozycji, którym wcale nie
przeszkadza wznoszenie toastów ręka w rękę ze znienawidzonymi na co dzień
koalicjantami. No, ale czegóż się nie robi dla wspomożenia BIEDY?
Uczestnikami takiego klasycznego stołecznego balu jest również bukiet
rodzimego biznesu, od Kulczyka do Solorza z Niemczyckimi i Gudzowatymi w
środku. Do pełnej obsady balu darczyńców doprasza się dziennikarsko-
artystyczną Warszawkę, czyli zawsze tych samych
20 – 30 osób. Dowbor i Młynarska są na wszystkich, zarówno tych odbytych, jak
i tych odwołanych, i zawsze się świetnie bawią. Zdjęcia z tych potańcówek
ukazują się potem we wszystkich piśmidłach, drażniąc prowincjonalną socjetę
szykiem, przepychem i wykwintnością spożywanych dań i alkoholi.
Wiemy już, kto jest na balu i po co, a teraz warto dowiedzieć się, jak też
wspomaga. Podczas tych filantropijnych harców praktykowane są dwa sposoby
wspomagania BIEDY. Pierwszy, to bezpośrednia zbiórka pieniędzy do skarbonek
ustawionych przy wejściu do sali balowej. Żeby nic nie wrzucić, wystarczy
przyjść odpowiednio wcześnie, kiedy skarbonka jeszcze nie stoi, albo
odpowiednio późno, kiedy skarbonka już nie stoi. Nie ma siły, żeby ktoś był w
stanie stwierdzić, ile i czy w ogóle wrzuciliśmy. Druga metoda zbierania
pieniędzy to licytacje. Tu niestety, żeby uniknąć płacenia, musimy po
angielsku zniknąć z sali. Najlepiej wyjść na papierosa lub na świeże
powietrze, albo zwyczajnie przeczekać licytacje w toalecie. Oczywiście
wracamy zaraz po aukcji i głośno żałujemy, iż ktoś dosłownie sprzed nosa
sprzątnął nam cacko, które od początku i za pokaźną sumę chcieliśmy
wylicytować. W ten sposób nie zostaniemy przez nikogo zaliczeni do
towarzystwa noszących węża w kieszeni.
Celowo napisaliśmy o tych unikach, ponieważ sumy zebrane na takich balach są
z reguły żenująco niskie, a każda z obecnych tam pań ma na sobie biżuterię
większej wartości niż kwota zebrana na BIEDĘ. Generalnie karty wstępu do
charytatywnej tancbudy pokrywają zaledwie honoraria występujących,
stołecznych szmirusów oraz jadło i pitło skonsumowane przez noc. Z czego więc
ma się poprawić BIEDZIE, jeżeli szczodrobliwość filantropów jest jedynie
głośna i na pokaz? Ano... jednak z pieniędzy zebranych podczas balu. Zawsze
znajdzie się tam ktoś, kto rzuci większą kasę. Najczęściej są to prezesi
wielkich, giełdowych spółek Skarbu Państwa. Oni, w ostatniej chwili ratują
twarz elity naszego kraju. Dzięki nim jest czym się w mediach pochwalić i
sumienia balujących ukoić. I o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Bo
przecież nie o BIEDĘ.
PS Prezesi spółek Skarbu Państwa chętnie sypią szmalem, bo to przecież nie
ich pieniądze. Nie z własnej kieszeni dają, tylko z naszych kieszeni, durnych
podatników, którzy potem z gazet dowiadują się, jak pięknie Warszawka bawiła
się za nasze pieniądze.