Dodaj do ulubionych

Spielberg ratuje mity

IP: *.cvx29-bradley.dialup.earthlink.net 11.05.02, 13:34
r. 1 z 3


RATOWANIE MITÓW

Recenzja „Saving Private Ryan” („Ratowanie szeregowca Ryana”)
reżyserii Stevena Spielberga



Tak mi się zdawało, że nareszcie Spielberg zrobił coś bez „Holocaustu” i „komór
gazowych”, a tylko o walce na zachodnim froncie, coś o honorze i współczuciu
amerykańskiego rządu dla Żołnierza Amerykańskiego. Poszedłem więc
obejrzeć „Ratowanie szeregowca Ryana”.

W kinie jednak zobaczyłem, że propaganda żydowska najbardziej dydaktycznego
cudownego dziecka holywudu tam jest bez zmian, tylko podsunięta chytrzej, albo,
jak kto woli, subtelniej, mniej widocznie dla niewprawnego oka.

Francuski historyk, Robert Faurisson, powiedział, że każda wojna jest zbrodnią.
W kinie Żydów istnieją jednak dobre wojny. Druga Wojna Światowa jest taką dobrą
wojną. 54 lata minęly od jej zakończenia, ale żydowskie mity Aliantów wciąż
wsiąkają w naród. Hip, hip, hurra! Powodzenie kasowe „Saving Private Ryan-a” to
potwierdza. Spielberg zaciera ręce, bo zrobił z największej bratobójczej rzezi
gojów w wieku białego bratobójstwa nie tylko „dobrą wojnę”, ale jeszcze
napełnił kasę superstudia „Dream Works” setkami milionów dolarów. (Ich następny
projekt to film animowany o czarnym Mojżeszu wychowanym przez czarnego faraona
Ramzesa. Ten „obciągnie” następne miliony u Murzynów i zarazem „podbechta” ich
przeciwko białym.)

Goje z rolniczej strefy Ameryki, z „bread basket belt”, są w 1998 roku
desperacko zmęczeni chorobą duszy, co dotknęła Amerykę. Oni chcą widzieć
bohaterów i coś, w co mogą wierzyć, wierzyć znowu. Voila, Spielberg przybywa na
pomoc! Możesz zapomnieć o odcieniach szarości moralności, albo o
egzystencjalnym samozwątpieniu, które musiałeś oglądać w filmach o walkach w
Korei i Wietnamie. To były złe wojny. Zwalczaliśmy komunistów. Za te wojny
amerykańscy weterani wojenni winni odpokutować obchodzeniem nie kończącej się
żałoby, dopasowując się do puścizny zbiorowego rozstroju nerwowego lat 60-tych,
za to że w ogóle brali udział. W kinie żydowskim ich walory jak patriotyzm,
bohaterstwo i ślepa wiara w generałów różnią się o włos od „zbrodni wojennych”.
Natomiast przeciwko Niemcom patriotyzm, bohaterstwo i ślepa wiara w generałów
są słuszne i pełnoprawne – uzasadnił je półwiekowy
tam-tam holywudu.

Spielberg wystawił przynęty dla widowni - na zwolnionym ruchu, miłosne karesy
kamer z pornografią brutalności, czym popisał się już poprzednio w „Amistad”
(hi-tech dramacie orgii przemocy białych wobec czarnych na pokładzie okrętu z
niewolnikami). Zagrał głównie na sentymentach roczników poborowych
zapełniających ciemnice kinowe, naiwniaków tego samego typu, co dali zawieźć
się do Omaha Beach na pewne stracenie. Na przykład, w makabrycznej scenie
żydowski żołnierz przegrywa na białą broń i niemiecki żołdak pruje mu bebechy z
prawie miłosnym współczyciem – wymysł przypominający blagierstwa innego Żyda,
Freuda, ale głód czytelników szmatławców i tabloids został nasycony.

Zaczyna się od lądowania piechoty US na skrwawionych plażach Normandii, gdzie
te niemieckie sukins..., ci „zbrodniarze wojenni” mieli czelność strzelać
do inwadujących Amerykanów. Nieomal psychoterapeutyczne sceny śmierci i rzezi –
chyba najbardziej podniecające i fascynujące jakie kiedykolwiek
zainscenizowano – z miejsca urzekają sadystów videowych cyrkiem digitalnej
woltyżerki „wirtualnego boju”.

Film ma nas przekonać, że rząd Henry Morgenthaua i Roosevelta wysłał młodzież
na śmierć za sprawę Żydów w Europie, a jednocześnie z miłości do Amerykanów
zadbał o amerykańskie rodziny. Yapp! Otóż, kiedy czterej bracia pomaszerowali
na wojnę, żeby zrobić świat bezpiecznym dla komunistów i komunizmu, trzech od
razu zginęło. Trzeba więc uratować tego czwartego. Nie bardzo to jasne dlaczego
i dlaczego właśnie tego ostatniego brata, gdy na wojnie innych takich ostatnich
braci jest masa? No więc to jest świat fikcyjny Spielberga, cicho! Nie psuć
jemu zabawy w kino!
No więc sam wielki generał Marshall, pomnikowo uheroizowany na surowy ekstrakt
męskości, interesuje się tym czwartym, pozostałym przy życiu bratem,
szeregowcem Ryanem. Może dla precedencu, może dla wyjątku z reguły, może dla
reklamy, dla własnej popularności? Nieważne, przecież to fikcja, tu dba się o
propagandę, a nie o historię. „Marshall” Spielberga, żeby rozsentymentalnić
publikę „mądrością strategów”, recytuje słowa Lincolna z pamięci... Kto zna
bucowatość Marshalla, tego pusty śmiech ogarnia. Ale temu, kto zna bratobójczą
wojnę Lincolna, temu śmiać się odechciewa.

Szeregowiec Ryan, desantowy skoczek spadochronowy wylądował zniesiony
z kursu w okupowanej przez „wroga” Francji. „Mądry strateg” Marshall wyznacza
specjalną drużynę komandosów do uratowania go w środku wojny, w rejonie
chaotycznych, piekielnych walk ulicznych, gdzie co chwila przerywana jest
łączność i walczący są zdani na siebie samych, odłaczeni od drużyny i gdzie
cała operacja nie ma sensu, gdyż straty ratowników muszą być większe niż liczba
przypuszczalnie uratowanych, która w tym wypadku ma wynosić jeden (1) !

c. d. poniżej

SKOPIUJ — PODAJ DALEJ — OPOWIEDZ ZNAJOMEMU
Obserwuj wątek
    • Gość: Andrzej Re: Spielberg ratuje mity IP: *.cvx29-bradley.dialup.earthlink.net 11.05.02, 13:36
      c.d. - RATOWANIE ŻYDOWSKICH MITÓW,
      recenzja filmu: „Ratowanie szeregowca Ryana”


      Drużyna ratownicza składa się umyślnie z wielokolorowych Amerykanów.
      (Takie clichés spinały filmy B-klasy i komiksy Marvela.) Jest tam głupkowaty
      Włoch, straszliwy jajogłowy, popychany Żyd, wielki Arjanin z Brooklynu i typ z
      Południa, sierżant York. Gromada ta jest tak smagła, że z początku ona przypo-
      mina oddział portorykańskiej Gwardii Narodowej, co odwraca naszą uwagę i
      wytrąca nas z akcji na ekranie. Zauważamy, że siedzimy w kinie i trzeba chwili,
      żebyśmy wrócili do poddania się konwencji przeżycia kinowego.

      „Żyd” powiewa swoim naszyjnikiem z „Gwiazdą Dawida” w kierunku niemieckich
      jeńców i przedrzeźnia ich, pokrzykując: „Juden, Juden!”. Ale, o dziwo,
      Spielberg nie kazał „Niemcom” chrząkać i spluwać na żydowską świętość. Scena ta
      jest jedynym żydowskim odnośnikiem i, o dziwo, nie ma też grozy „Holocaustu”
      przenikającej z tła, czekającej ich dalej, w Polsce. Dlaczego Spielberg nie
      uderzył w strunę „Holocaustu”? Bo wie, że publika złożona z gojów nie będzie
      kibicować poświęcania Amerykanów za sprawę tych, co mordują palestyńskie dzieci
      rzucające kamieniami. Co gorzej, „Holohoax” sprzedaje sie coraz trudniej i
      męczy widownię. Wybrał zatem wstrzyknięcie swojej nienawiści do Niemców tam,
      gdzie publiczność je najmniej może zauważyć.

      Na przykład, wszyscy ratownicy Ryana widzą, że koniecznie trzeba rozstrzelać
      niemieckich jeńców wojennych, a tylko kapitan nie godzi się zamordować jeńców.
      W konsekwencji jego „słabości” nasz żołnierz ginie. Właśnie „nasz”, ten
      żydowski. A ubitj germancow!!! Oni są bezwzględni, to my też będziemy!!! Oko za
      oko!!!

      Papierowa jest postać serżanta Yorka, protestanta „fundamentalisty” z Południa,
      co zawzięcie nienawidzi Niemców. Dlaczego tak zawzięcie? Nie wiadomo. Kiedy
      jeniec niemiecki mówi do sierżanta Yorka po niemiecku, on wybucha
      wściekle: ”Zamknij tą brudną świńską łacinę!” Łacinę? Świńską? Niemiecki jest
      językiem szczytowych europejskich osiągnięć w filozofii, literaturze, teatrze,
      językoznawstwie itd. Czy ten reżyser o niemieckim nazwisku nie zapędził się w
      ignorancję posługaczy syjonizmu? Nienawiść rasowa nie tylko go oślepila, ale i
      ogłupiła.

      Jeżeli ktoś uwierzy bajaniu Spielberga, to będzie dziwił się jak to było
      możliwe, że Niemcy podbili Europę, Północną Afrykę i zapędzili Armię Czerwoną
      pod Moskwę, bo przecież w filmie oni walczą z tępą głupotą, jak statyści
      filmowi w starym serialu telewizyjnym: „Combat” z lat 60-tych. Jak oni tylko
      znajdą się w polu widzenia Amerykanów, to ino: puk! i Niemiec leży. Podczas gdy
      amerykańscy żołnierze biegną przed linią karabinów i ckm-ów, a kule ich się nie
      imają. To ci wojsko! „Niemcy” walczą tylko dopóty dopóki mają przewagę,
      chowając się w bunkrze, w gnieździe ckm-u, albo w „Tygrysie”. Jak tylko odwróci
      się fortuna, to oni rzucają swoją broń i mamroczą coś histerycznie zastrachani
      i błagają o życie.

      Dlaczego obsada jest tak uboga? Amerykańskiego oficera gra aktor filmów
      mafijnych Dennis Farina. Jego postać wychodzi nieprzekonywująco. Telewizyj-ny
      Ted Danson otrzymał szczodrze cameo, czyli krótkie wystąpienie, jako inny
      oficer, ale tu brakuje cameo á la Hitchcock - wystąpienia Spielberga z pejsami.

      W całym filmie widać tylko jedną swastykę, graffiti namalowane na Wale
      Atlantyckim. Nawet SS-mański dowódca czołgu występuje bez monoklu
      i opaski na ramieniu. Jak wspomniano, Spielberg nie poszedł na sztyk shoah-
      biznesowego szlajerowania.

      Aby nakłonić nas do pokochania amerykańskich wojskowych postaci użył on starego
      jak świat triku z Podręcznika Agitatora matki Adama Michnika, Schechterowej.
      Pokazuje je narzekające, żartujące, szlochające, hazardowo grające w karty.
      Nawet „Żyd” się „wychyla”. Bierzemy udział w historiach ich życia, ich
      tarapatach. Przez to „identyfikujemy się” z nimi i scalamy z ich losem. One, w
      przeciwieństwie do Niemców, nie są robotami, chwytają za serce slangiem,
      nazywają brak kompetencji rządu żargonowym wyrażeniem: „foobar”. Żydowski
      reżyser nawet popełnił koncesję ideologiczną dla uzyskania większego „realizmu”
      tych piechurów: mówi o absurdach u wysokiego dowództwa, inkompetencji rządu
      pomimo całego jego teatru współczucia i dobroci.
      Niemcy w tym arcykunszcie są cyframi. Spielberg nigdy nie zabiera nas do ich
      ogniska obozowego posłuchać ich piosenek i historii rodzinnych. Prawie nigdy
      nie widzimy migawki ich człowieczeństwa. Żadne niemieckie słowo nie jest
      przetłumaczone nawet w napisach. Niemiecki staje się nieczytelnym bełkotem –
      „świńską łaciną”.

      c.d. poniżej

      SKOPIUJ — PODAJ DALEJ — OPOWIEDZ ZNAJOMEMU

      • Gość: Andrzej Re: Spielberg ratuje mity IP: *.cvx29-bradley.dialup.earthlink.net 11.05.02, 13:41
        Str. 3 z 3
        c.d. - RATOWANIE MITÓW
        recenzja filmu: „Ratowanie szeregowca Ryana”



        Najbliżej przedstawieniu człowieczeństwa niemieckich żołnierzy dochodzi w
        krótkiej przerwie w walce, kiedy Amerykaninowi i Niemcowi braknie amunicji i
        obaj ciskają jeden w drugiego swoje hełmy. W szybkiej migawce Niemiec robi
        pośpieszny gest przypominający przeżegnanie się. Mrugnij oczami, a to
        przegapisz! Jednak te 15 sekund nie może ożywić papierowych kukiełek w prawie
        trzygodzinnym filmie. On wstawił te skąpe ścinki chcąc wcisnąć puentę: Niemcy
        może są ludźmi, może, ale nie dorównują naszym, szlachetnym i kochanym
        Amerykanom.
        Coś takiego nie przeszłoby w filmie wojennym o Korei albo Wietnamie w latach 90-
        tych. Azjatyckich przeciwników filmowiec musi malować jako szlachetnych i
        kochanych, inaczej naraziłby się, zostałby nazwany rasistą i na tym skończyłaby
        się jego filmowa kariera. Niemcy Spielberga to kupa „krautów”.
        Obrońcy takiego portretowania powiedzą, że on jednak upodobnił Niemców do
        ludzi, bo w jednej scenie niemiecki jeniec wojenny mamrze coś o „Betty Boop”
        i „Steamboat Willy”. Wcale nie, jego mamrotanie jest groteskowe, niewyraźne.
        Reżyser nie próbował humanizować postaci Niemców, bo chciał tylko upupić
        prostaczków na widowni wykazaniem, że „hitlerowskiego nadczłowieka” nie trza
        się bać, tylko rozbroić go, bo on jest tchórzliwy. Morał: rozbroić Niemca i
        trzymać rozbrojonego!
        Nie ma ani jednego dobrego niemieckiego żołnierza w „Saving Private Ryan”, tak
        jak i nie ma wśród setek niemieckich żołnierzy przedstawianych w „Schindler’s
        List”. Tylko mordujące roboty. Cieszymy się, kiedy niemieccy chłopcy umierają,
        a jeszcze więcej gdy amerykańscy cudem nie padają. Czy mamy też śmiać się,
        kiedy „wieśniak” za każdym trafieniem Niemca ze snajperskiego karabinu mruczy
        psalm?
        (Był w PRL-u Żyd Stanisław Wohl, co prowadził w telewizji warszawskiej Klub
        Blagierów. W latach 60-tych zrobił on film o leśniczym. Krytyk filmowy Gazda
        skompromitował Wohla artykułem: „Blagierska psychologia”. Tytuł artykułu pasuje
        także do tego Żyda.)

        Przy końcu filmu Spielberg potyka się znowu i depcze po tym, co zmajstrował i
        widać podszewkę jego agitpropu. Jego kamery wracają do Narodowego Cmentarza
        Arlington.
        (Miejsce odpowiadające jego nekrofilnej obsesji wybrał on za żydowskim
        sentymentalistą Frankem Caprą, jako że zbijanie intresu na tragedii ich
        pobratymców jest pospólnym ich plemieniu zajęciem od wieków. „Listę Schindlera”
        zakończył on podobnie, makabryczną wycieczką do kircholu.)
        W scenie skalkulowanej na „wyciskacza łez” dla najbardziej zahartowanych
        amerykańskich weteranów wojny, albo legionistów, stary wiarus trzęsący się
        na nogach wykonuje tableau patriotyzmu, a kamery panoramują przez cmentarz i
        widzimy tysiące krzyży znaczących groby tych biednych chłopców, którzy padli w
        bratobójczej wojnie za oceanem. Spośród tych niezliczonych tysięcy tylko jeden
        grób oznaczony jest gwiazdą Dawida.
        Spielberg ostentacyjnie reklamuje tę dysproporcję: kiedy „my Amerykanie” idzie-
        my na wojnę, to na tysiące gojów ginie tylko jeden Żyd. Wy, goje, urodziliście
        się po to, by umrzeć za naszych pobratymców. Talmud uczy, że tylko śmierć za
        Wybranych daje gojowi szansę oczyszczenia się z winy bycia gojem. Śmierć goja
        jest chwalebna wtedy, kiedy jest ofiarą dla ocalenia chłopców wyznających Yahwe
        i uchylających się od służby w U.S. Army.

        HOMILIA SPIELBERGA do następnej generacji mięsa armatniego z Ameryki:
        Hej, dzieci! Nie bałamućcie się zanadto aurą punków i „refusenic-ów”. My was
        potrzebujemy. Wcześniej czy później przyjdzie na was kolej umrzeć za Wybranych
        w następnej, okrytej fałszywą glorią krucjacie przeciwko „tyranii”. Może w
        Iraku, Iranie, Libii? Pokazuję ci krew i zniszczenie, nie ukrywam przed tobą
        okropności wojny, ale wiedz synku, że będziesz prawdziwym mężczyzną dopiero
        wtedy, kiedy ukatrupisz wrogów naszego rządu „naszych” i świętego syjonizmu.
        Tymczasem zaś słodkich marzeń, dzieci... Pejsaty misio, wujcio Stefcio
        Spielberg, „skarbnica żydowskiego ciepła i mądrości”, przygotował dla
        was „patriotyczną” prasówkę w ciemnicy. Pola rzezi czekają na was,
        wstrząśnijcie poduszeczki w szpitalach, przygotujcie szczudełeczka i wózeczki
        inwalidzkie, wyfasujcie „body-bags”...





        Powyższy tekst jest tłumaczeniem i adaptacją z angielskiego recenzji
        Michaela A. Hoffmana II., byłego reportera nowojorskiego biura A.P.
        i redaktora periodyku: „Revisionist History”.
        Oryginalna recenzja ukazała się w ”Washington Times” w pierwszych dniach
        dystrybucji filmu w USA.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka