Gość: Milak IP: *.bydgoszcz.sdi.tpnet.pl 01.01.02, 19:08 Znajde w Bydgoszczy kogokolwiek, kto slucha zespolu Deftones? Mam wrazenie, ze mieszkam na bezludnej wyspie :o/ {Milak Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: Milak Re: Czy? IP: *.bydgoszcz.sdi.tpnet.pl 03.01.02, 21:01 Zyja, zyja :o))) To calkiem mlody zespol, graja... Hmm... ciezko to zaklasyfikowac, slyszalam kiedys okreslenie 'rock psychodeliczny' :o) "Nowa płyta Deftones, ponownie nagrana przez Terry'ego Date'a zawiera 48 minut muzyki, pozornie będącej kontynuacją poprzedniego albumu. Krążek rozpoczyna się podobnie jak poprzednia produkcja - ostra przesterowana gitara, wejście bębnów, a dopiero w następnej kolejności basu i... na tym podobieństwa się kończą! Oczywiście Deftones nie zamieniło swojego instrumentarium na akordeony i flety. Pod tym względem chłopcy pozostają nieprzejednani. Zmieniło się jedynie podejście, a raczej chęć urozmaicenia materiału. Tym razem nie ma mowy o tanich schematach typu "szybki - wolny". Deftones rozkręciło swoje instrumenty i zdecydowanie pogrzebało w drucikach, opornikach i tym podobnych urządzeniach. Skutek jest taki, że każdy numer na płycie ma inne brzmienie. Zasada pozostaje ta sama - ciężki rytm, jakby nieco spowolniony, przytłaczający riff i rockowo pracujący bass. W wielu numerach pojawiają się jednak duże przestrzenie, jest wyraźnie więcej spokoju. Już drugi numer "Digital bath" może zaskoczyć jakąś transowością i rezygnacją z przesterowanych wioseł na rzecz psychodelicznego krajobrazu. Niejako dla przebudzenia następujący po nim "Elite" może doprowadzić do nerwicy przeraźliwymi wrzaskami wokalisty i przytłaczającym gitarowym brzmieniem. Z kolei w "Teenager" mamy zupełną rezygnację z gitar i bębnów. Cały numer jest złożony z sampli. Dość spokojnych zresztą. Ten kawałek jest jednak, moim zdaniem, mało przekonujący i jako jedyny negatywnie odstaje od całości materiału. W następnych dwóch numerach mamy tradycyjną dla tej płyty zabawę z brzmieniami, wprowadzanie niekonwencjonalnych zagrywek gitarowych i huśtawkę wokalną - od szeptu po krzyk, który apogeum osiąga w "Knife Party", gdzie w finale numeru Chino Moreno w duecie z nieznaną wokalistką udowadnia, że może zrobić coś równie przerażającego jak Diamanda Galas. Zresztą cała płyta jest znakomitym popisem tego wokalisty (momentami zbliża się on manierą do Billy'ego Corgana ze Smashing Pumpkins). Znakomite wrażenie pozostawia "Passenger". Zasadnicza, agresywna część koresponduje w inteligentny sposób z granymi jakby od niechcenia zwrotkami. Mimo dużych różnic poszczególnych fragmentów nie ma wrażenia przypadkowości. Takie balansowanie napięciem niesamowicie urozmaica i zapobiega monotonii, o którą w takiej stylistyce dość łatwo. Interesujące partie na tej płycie zarejestrował też bębniarz zespołu. Jest to o tyle ważne, że muzyka ta nie pozostawia zbyt dużo miejsca na solowe popisy. Perkusja spełnia rolę szkieletu i jako taka musi przyjmować określoną rolę. Jednak sprytny Abe (Cunningham - bębny) w zasadniczy kontrapunkt potrafił wepchnąć a to ciekawą zagrywkę na breaku, a to znowu nietypowy akcent werbla. W jednym czy dwóch utworach pojawiają się ciekawe eksperymenty z nieparzystym metrum, co jednak zostało potraktowane z dużą delikatnością, aby nie powodować wrażenia chaosu. Interesujące są też brzmienia tego instrumentu ( np. początek Rx queen). Wszystko wskazuje na to, że zespół bardzo dokładnie przygotował się do nagrania tej płyty. Nie ma tu ani jednego odpuszczonego fragmentu, ani minuty, którą można by nazwać zapchajdziurą. Mimo to po płytę sięgną głównie zagorzali fani takiego grania, ponieważ już sama stylistyka narzuca pewne ograniczenia. Rezygnacja zaś z tej właśnie stylistyki oznaczałaby koniec Deftones jako zespołu rockowego. Jest jeszcze jedna myśl, która przyszła mi do głowy podczas lektury płyty. Nowa produkcja wyraźnie zbliża zespół do sceny niezależnej, oddalając jednocześnie od metalowego bagienka, z którym był on dotychczas kojarzony. Płytę zamyka monumentalny, epicki wręcz kawałek (Pink Maggit), rozpoczynający się dwuminutowym, gitarowym szumem, pokazującym, że zespół, mimo wielomilionowych kontraktów, nie stracił przysłowiowych jaj i ciągle robi to, co sam chce osiągnąć. Ten numer jest dla Deftones pewnie jakimś małym apogeum, które oczyszcza i pozwala przyjaźnie patrzeć w przyszłość rockowej muzyki w tym stechnicyzowanym świecie (a tak w ogóle to kilka sampli pojawiło się na tej płycie...). I jeszcze jedno - ta płyta jest sto razy lepsza od ostatniego dzieła Korna. Rzekłem..." Jesli to przeczytales to Cie podziwiam ;o) {Milak Odpowiedz Link Zgłoś
.tomcio. Re: Czy? 04.01.02, 07:41 Nie ładnie - tak przekserowywać czyjeś teksty? Ale po tym co przeczytałem to by mi się chyba nie spodobało. Tomcio Odpowiedz Link Zgłoś
krotoss Re: Czy? 05.01.02, 12:14 .tomcio. napisał(a): > Nie ładnie - tak przekserowywać czyjeś teksty? Ale po tym co przeczytałem to by > mi się chyba nie spodobało. Tomcio o co Ci chodzi z tym przekserowywaniem??? Uscislij bo nie chce popelnic gafy, ale nie dales zadnej buzki wiec wydaje mi sie ze piszesz to serio... ale zaczekam na uscislenie Twojego zdania. KroTosS Odpowiedz Link Zgłoś
.tomcio. Re: Czy? 05.01.02, 12:36 Ależ Kroti :) Jak możesz? Mnie? No wiesz? :))))))))))))))))))))))))))))))) Tomcio Odpowiedz Link Zgłoś