Gość: kinio
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
08.12.04, 17:31
BYŁEM W SZWAJCARII
Na lotnisku w Zurychu wita mnie przyjemny zapach i napis, że jestem
oczekiwanym gościem. Czystość, aż do przesady, i miłe słowa wobec turystów
odwiedzających Szwajcarię będą towarzyszyły mi na każdym kroku, i to
jednocześnie po niemiecku, włosku i francusku. Tyloma językami włada
przeciętny Szwajcar, lepiej wykształceni mówią jeszcze po angielsku. Dziwny
kraj.
Haki w pociągu
Z lotniska odbiera mnie Paweł. Do pobliskiego Oberwinterthuru jedziemy
szybkim pociągiem. Godzina 19. Tłum ludzi. Wiele białych kołnierzyków. Mój
gospodarz wyjaśnia, że koleje państwowe, ale także prywatne, popularne
szczególnie w Alpach, są dla Szwajcarów podstawowym środkiem komunikacji.
Stosunkowo tanie, jak na tutejsze zarobki, z rozbudowanym systemem zniżek na
przejazdy (dziecko do 16 roku życia może przez cały rok jeździć za 20 franków
szwajcarskich*, czyli praktycznie za darmo), punktualne i najeżone hakami,
cieszą się dużym wzięciem.
– Zaraz, zaraz – przerywam. – Czym najeżone? Hakami?
– A odwróć się!
Faktycznie, w korytarzu wagonu sterczą ze ściany specjalne uchwyty,
owe „haki”, na których można powiesić rower, ulubiony jednoślad Helwetów. Po
wyjściu z dworca panie w eleganckich kostiumikach i panowie w takich samych
garniturach dosiadają swoich bajecznie kolorowych rumaków i jadą do domów
położonych czasami kilka kilometrów od stacji. Ale kręcenie pedałami po
równych jak stół ścieżkach rowerowych, które są prawie przy każdej ulicy,
jest ich w całej Szwajcarii tysiące kilometrów, może być przyjemnością.
Milion klientów
Z kolacją czeka na nas Alex. Pary homoseksualne nie są w Szwajcarii czymś
wyjątkowym. Następnego dnia w Zurychu zobaczę je i na dworcu kolejowym i nad
wielkim Jeziorem Zuryskim (60 km długości), jednej z atrakcji tego kraju.
Panowie obejmują się, całują i... nie wywołują żadnej sensacji. Wieczorami
znikają z ulic i idą do swoich klubów, których tylko w Zurychu – miasto
wielkości Lublina – jest grubo ponad dwadzieścia. Lesbijki mają gorzej. W
najnowszym numerze oficjalnego przewodnika po stolicy kantonu znalazłem tylko
cztery adresy. Ale za rok powinno być ich już dużo więcej, bo i klientów z
pewnością przybędzie. Na początku sierpnia w Zurychu odbyła się Street
Parade, którą obejrzało prawie milion ludzi! Szwajcarzy pomału „zabierają”
Niemcom ich Love Parade.
– Skoro Berlin nie chce zarabiać na muzyce house i techno, my zrobimy to z
przyjemnością – mówią Szwajcarzy i chyba mają rację. Wprawdzie na ten jeden,
cokolwiek by powiedzieć, dość kontrowersyjny dzień w roku rodowici mieszkańcy
Zurychu uciekają z miasta, ale restauratorzy i hotelarze zacierają ręce. W
Szwajcarii na kiepski posiłek trzeba wydać co najmniej 20 franków, a
znalezienie hotelu poniżej setki za noc graniczy z cudem. A tu milion
klientów tylko jednego dnia!
Zegarki, rowery, sery
O szwajcarskich pociągach już było, teraz o zegarkach. Oferują je setki
małych i dużych sklepów, a właściwie salonów z cykającymi cacuszkami. Są
słynne m.in. dlatego, że mają najdłuższą na świecie gwarancję (5 lat), ale
potrafią kosztować majątek. W Zurychu przy Bahnhofstrasse, jednej z
najbardziej ekskluzywnych ulic na świecie, znalazłem zegarek za 33 (!) tys.
franków. Aż strach nosić go na ręku.
Przy tej samej ulicy można dostać też coś zupełnie za darmo. Zgadniecie co?
Otóż rower albo deskorolkę. Wystarczy zostawić panu, przeważnie o czarnej
karnacji, ale bez obaw, jakiś dokument i w drogę! Czy jest jakiś lepszy
sposób na superekologiczną turystykę?
Kończąc przegląd szwajcarskich towarów eksportowych, nie sposób nie poświęcić
choć zdania serom. Tylko one potrafią w tym kraju pachnieć, ba, śmierdzieć
potwornie. Dlatego jeśli zdarzy się Wam zasiąść przy stole pełnym tych
specyfików, lepiej odsuńcie dyskretnie żółty półmisek od siebie. Nawet jeśli
w którymś z kilku tysięcy (!) gatunków zobaczycie przysłowiowe dziury.
Uwaga, jeże!
Jeszcze o dziurach, a właściwie ich braku w szwajcarskich chodnikach i
jezdniach. Niby rzecz to powszechnie znana, a jednak Polaka zaskakuje. Nie ma
kałuż, choć podczas mojego pobytu zdarzały się ulewy, brudnych samochodów i
ubrań przechodniów. W ogóle piesi traktowani są tu jak, przepraszam, święte
krowy. Wystarczy, że staniemy na skraju chodnika, chcąc przejść na drugą
stronę ulicy, a ruch wokół niemal zamiera. Auta zatrzymują się kilka metrów
przed zebrą. Raz zdarzyło się, że kierowca ciężarówki wjechał przednimi
kołami na pasy, przeprosił mnie natychmiast uśmiechem i podniesioną ręką.
Zdziwień, nazwijmy je drogowych, przeżyłem w tym kraju jeszcze kilka. Na
autostradzie, którą jechałem z Zurychu do Schaffhausen, znanego ośrodka
przemysłowego i zbrojeniowego oraz węzła komunikacyjnego na granicy
szwajcarsko-niemieckiej usytuowanej na Renie (największy w Europie wodospad –
23-metrowa kaskada), nikt nikogo nie wyprzedzał. Setka na liczniku i jedno
auto za drugim. A na poboczach niespotykane u nas znaki drogowe, np. żeby
uważać na przechodzące przez drogę jeże. Dziwny kraj.
Szukam rodaków
– Ilu Polaków mieszka w Zurychu i okolicach? – pytam przy śniadaniu moich
gospodarzy. Mówią, że w latach osiemdziesiątych przyjeżdżało ich tutaj wielu,
zresztą jak do całej Szwajcarii, i pewnie dziś rodaków można liczyć w
tysiącach.
Postanawiam odbyć małą podróż sentymentalną. Wsiadam na statek w Zurychu i po
dwóch godzinach prucia fal Zürichsee stawiam stopę na jego północnym brzegu,
w należącym do kantonu Sankt Gallen – miasteczku Rapperswil. Główną jego
atrakcją jest XIII-wieczny zamek, a dla nas znajdujące się w jego murach
Muzeum Polskie, największe w Szwajcarii. W kilkunastu salach na kilku
kondygnacjach można prześledzić historię naszego kraju (zdjęcia, mapy,
obrazy, rzeźby, stroje), ze szczególnym uwzględnieniem dekady Solidarności.
Zbiory są starannie wyeksponowane, a podpisy pod nimi, jak to jest w wielu
szwajcarskich muzeach, nie ograniczają się jedynie do ojczystego języka
organizatorów ekspozycji.
W Rapperswil jest również polska biblioteka, gdzie pracował kiedyś Stefan
Żeromski, działa Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Polskiego. Udaje mi się
ustalić, m.in. po konsultacji z miejscowym księdzem, że w środkowej
Szwajcarii żyje około 14 tysięcy Polaków. Jeden z nich Tadeusz M. Kilarski
jest redaktorem naczelnym „Naszej Gazetki”, pisma wydawanego w nakładzie 1200
egzemplarzy przez Towarzystwo Dom Polski w Zurychu.
Z Rosjanami pod lodem
W Szwajcarii jest ponad tysiąc jezior. Najbardziej znane to wspominane już
Jezioro Zuryskie, Bodeńskie, Walen, Thun, Biel, Genewskie i Jezioro Czterech
Kantonów, położone w samym sercu kraju. Na południe od niego rozciąga się
pasmo Alp Berneńskich ze szczytem Titlis (3239 m n.p.m.), jedną z najwyższych
gór w Szwajcarii, na którą można wjechać (76 franków) obrotową gondolą. Ów
szczyt oprócz tego, że nawet podczas największych upałów pokrywa go śnieg, ma
jeszcze do zaoferowania jedną superatrakcję – lodowiec, który można oglądać
od środka. Takie możliwości daje tunel, specjalnie wydrążony w lodzie. Obok
mnie jego urokom tłumnie oddawali się Żydzi, Hindusi, ci ostatni podobno
szukają w Szwajcarii plenerów do kręconych przez swój kraj, w ilościach
ogromnych, filmów przygodowych, oraz Rosjanie. Ci są najgłośniejsi,
najbardziej pewni siebie. Obwieszeni aparatami, kamerami, rejestrują zachodni
świat.
Potem od mojego gospodarza Pawła dowiem się, że nasi wschodni sąsiedzi, ale
tylko bardzo bogaci, w Szwajcarii czują się lepiej niż u siebie w domu.
Podróżują wyłącznie taksówkami. Droższe w Europie są jedynie „taryfy” w
Norwegii, i to na kilkusetkilometrowych trasach. Chętnie np. jadą z Zurychu
do St. Moritz, gdzie w górskim kurorcie wynajmują apartament. Zatrzymuje się
w nim od czasu do czasu tak