yavorius
16.08.04, 00:55
W Łodzi kierowca białego forda mondeo popisał się w piątek bandyckim
wyczynem. Zablokował swym autem wyjazd karetki reanimacyjnej wezwanej do
mężczyzny z zawałem!
Mimo próśb nie chciał przesunąć auta, a gdy to w końcu zrobił, złośliwie
wolno jechał przed "erką" ciasną osiedlową uliczką. Jeszcze potem przez
kilkaset metrów nie pozwolił się wyprzedzić - pisze "Express Ilustrowany".
Człowiekowi, którego życie wisiało na włosku, zabrakło przynajmniej 10 minut.
Gdyby nie zwyrodnialec, o tyle wcześniej karetka dojechałaby do chorego.
Karetka próbowała wyjechać sprzed poradni przy ul. Kusocińskiego na Retkini.
Zaparkowany ford blokował jej drogę, więc kierowca "erki" włączył syrenę.
Wtedy z poradni wyszedł około 50-letni mężczyzna i zamiast odjechać, bawiąc
się kluczykami od forda droczył się z lekarzem i resztą zespołu -
podkreśla "Express Ilustrowany".
"On wręcz kpił sobie z nas" - mówi lekarz z karetki pogotowia Paweł
Goedzik. "Mówiliśmy mu by odjechał, a on szydził, pytał, czy tak się nam
spieszy, bo chcemy się wykazać w akcji. A my wiedzieliśmy, że sprawa jest
poważna, bo do chorego karetkę wzywała pielęgniarka. To nie mogła być
błahostka. Zachowanie tego człowieka było przerażające, coś takiego w życiu
nas jeszcze nie spotkało" - mówi dyspozytor pogotowia.
Oburzeni szefowie pogotowia złożyli zawiadomienie na policji. Załoga karetki
składała też w piątek zeznania. Policjanci już przed godzina 20 ustalili
kierowcę forda. Mężczyzna, do którego jechała karetka, na szczęście żyje.
Erka w ostatniej chwili dowiozła go do szpitala im. Biegańskiego. Jak
usłyszeliśmy od policjantów, kierowcy forda grozi... 500-złotowy mandat.
Jeśli go nie przyjmie, stanie przed Sadem Grodzkim - podkreśla "Express
Ilustrowany".
motoryzacja.interia.pl/news?inf=532779
Ręce opadają.