antylopka1
04.12.06, 16:07
No nie rozumiem, moze ktos z Was mi wyjasni co sie dzieje?? Pare dni temu
mialam pare wolnych miejsc pracy w Lodzi i wojewodztwie. Moze nic
rewelacyjnego bo praca dla studentow platna 6zl za h (netto), ale w wolnych
dniach, w miejscu zamieszkania, na umowe zlecenie. Na ogloszenia w kilkunastu
miejscach (rowniez w internecie) odezwala sie jedna osoba! Przeslalam
zlecenie, opowiedzialam o pracy. Dziewczyna wydawala sie sensowna i chetna do
pracy. Niestety okazalo sie, ze na umowiona godzine do pracy nie przyszla. W
dodatku dowiedzialam sie o tym nie od niej i nastepnego dnia. I tutaj
nasuwaja sie pytania: czy jest bezrobocie?? Czy uczniowie i studenci nie
potrzebuja pieniedzy?? Czy tylko ja mialam rodzicow, ktorzy nie dawali mi
pieniedzy na pierdoly?? Przepraszam, jesli urazilam kogos, kto to czyta i
komu na pracy (nawet tymczasowej) zalezy, ale po ostatnich moich
doswiadczeniach dochodze do wniosku, ze studenci powinni wpieprzac chleb ze
smalcem i popijac woda a cena piwa dla okazicieli legitymacji powinna
wzrosnac trzykrotnie. Moze wreszcie wzieliby sie do roboty! A moze to wina
rodzicow, ze rozpieszczaja swoje pasozyty?? Ech, zeby tak im kiedys glod do
oczu zajrzal!