piotr_mrowczynski
16.05.03, 12:09
Widowisko wokół Teatru Nowego w Łodzi przybrało rozmiary i formę
monstrualną. Szerokie rzesze czytelników gazet i jeszcze szersze odbiorców
telewizji patrzą na to widowisko ze zdumieniem. Większość, jak mniemam, puka
się w czoło, wyczuwając absurd całej sytuacji. A mnie jest po prostu wstyd.
Choć jestem autorem paru książek, sztuk teatralnych, także reżyserem
przedstawień teatralnych, telewizyjnych i operowych - to przede wszystkim
jestem (czuję się) aktorem. Należę - jak pięknie nazywa naszą wspólnotę
Gustaw Holoubek - do Cechu Aktorów. Zatem oczywiste jest, że zależy mi na
godności, na prestiżu tego zawodu.
Otóż uważam, że afera - nie znajduję innego słowa - wokół Teatru Nowego w
złym świetle stawia sługi Melpomeny. I to zarówno artystów sceny łódzkiej,
którzy postanowili zagrać "wielki polityczny spektakl" i sądzą, że im to
dobrze wychodzi, a wychodzi niestety źle (zmarły dyrektor tej sceny, wielki
Kazimierz Dejmek zwykł był mawiać, iż "Aktor jest do grania", ale w
teatrze...), jak też, przykro mi to powiedzieć, kilku luminarzy środowiska,
moich czcigodnych kolegów, którzy mimo woli ulegli manipulacji.
Przypomnę wszystkim znane fakty. Prezydent miasta Łodzi mianował na
stanowisko dyrektora artystycznego Teatru Nowego Grzegorza Królikiewicza.
Powiedzmy, że nie popisał się przy tym sprawnością socjotechniczną, nie
poprzedził nominacji rozmową - choćby pro forma - z zespołem teatru.
Od razu chcę zaznaczyć, że nie podzielam orientacji politycznej prezydenta
Łodzi, jednak został on demokratycznie wybrany na stanowisko i zgodnie z
uprawnieniami dokonał wyboru dyrektora teatru. Różnię się także poglądami z
Grzegorzem Królikiewiczem, ale zupełnie nie pojmuję, dlaczego moje poglądy
miałyby wpływać na ocenę tego człowieka jako artysty. Przez lata marzyłem,
by wreszcie móc żyć w kraju demokratycznym, gdzie różniący się pięknie darzą
się wzajemnie szacunkiem. Snadź marzenia moich kolegów z Teatru Nowego były
i są zgoła inne.
Dlaczego zaprotestowali oni wobec nominacji Królikiewicza? Powody wymieniano
dwa. Primo: jest reżyserem filmowym i telewizyjnym (nawet, co tu i ówdzie
podkreślano, reżyserem wybitnym), który nie ma doświadczeń teatralnych.
Secundo: ma trudny charakter.
Cóż, można było propozycję przewodzenia zespołowi znanego teatru złożoną
wybitnemu twórcy filmowemu przyjąć z nadzieją, ba, z entuzjazmem. Czy mam
wymieniać twórców filmowych, którzy wiele dali teatrowi? Pominę już
Bergmana, który, o czym nie wszyscy wiedzą, był przede wszystkim reżyserem i
dyrektorem teatru (najpierw w Malm�, potem w Sztokholmie), a swoje sławne
filmy robił głównie w czasie wakacji, pominę też Franco Zefirellego,
sławnego reżysera oper, niestroniącego też od teatru dramatycznego, którego
szeroka publiczność zna głównie z jego filmów.
Wielu reżyserów stricte filmowych miało i ma wielkie osiągnięcia teatralne,
choćby Elia Kazan, Joseph Losey czy Roman Polański, a na naszym gruncie
Andrzej Wajda, Stanisław Różewicz, Krzysztof Zanussi, Feliks Falk, Tomasz
Zygadło, Barbara Sass i przede wszystkim mój mistrz, autor najwspanialszych,
najoryginalniejszych dzieł w powojennej kinematografii polskiej (myślę
o "Soli ziemi czarnej" i "Perle w koronie") - Kazimierz Kutz. Wszak to jemu,
artyście przede wszystkim filmu, oferowano stanowisko dyrektora Teatru
Narodowego! I nikt nie protestował. Nikt też nie protestował, gdy dyrektorem
krakowskiego Teatru Bagatela został filmowiec, autor jednego filmu
zrealizowanego przed laty, bez doświadczeń w reżyserii teatralnej i ów
dyrektor krakowskiej sceny jest akceptowany. Jest bodaj dobrym dyrektorem.
Więc o co chodzi w sprawie Królikiewicza? Wszak po Kazimierzu Dejmku
powinien przyjść ktoś nietuzinkowy, nieprzeciętny, ba, właśnie
kontrowersyjny. Nie sądzę zresztą, by Królikewicz chciał sam "zawładnąć"
teatrem. Należy przypuszczać, iż zapraszałby najwybitniejszych reżyserów z
kraju i zagranicy. Pozostaje zatem drugi powód: trudny charakter przyszłego
dyrektora. Powiedziałbym: śmiechu warte. Ci, którzy pracowali przed laty pod
batutą Kazimierza Dejmka, wiedzą doskonale, jaki trudny charakter miał ten
wielki artysta.
Dlaczego zatem taki protest wobec nominacji Królikiewicza? Nikt tego nie
wie, choć wielu starało się wyperswadować mu stanowisko. Świetny krytyk
Tadeusz Nyczek czule i sugestywnie odwodził Królikiewicza od przyjęcia
oferty. Rozpoczynał swój list otwarty słowami: "Drogi Króliku... ". Zapytam
zatem: Drogi Tadziu - dlaczego?
Rzecz w tym, że nikt nie byłby w stanie udzielić odpowiedzi. Koledzy z
Teatru Nowego robią wrażenie nawiedzonych. Oto ktoś krzyczy do prezydenta
(oglądałem taki obrazek w telewizji): "Pan odebrał nam duszę!". To się
nazywa być "nakręconym". Dragi? Nie, myślę, że adrenalina podniesiona do
poziomu narkotyku. A dlaczego tak wysoko podniesiona? Otóż - przykra
konstatacja - dzięki przyzwoleniu, ba, poparciu środowiska i jego
prominentnych przedstawicieli. Ci przedstawiciele, czasem wielkie nazwiska,
podpisywali jakieś listy protestacyjne, a przecież gdybym każdego z
podpisujących zapytał w cztery oczy: dlaczego, jestem pewien, że nie
potrafiliby odpowiedzieć. Bo o co, na miłość Boską, chodzi? Czy o to, by
każdą nominację, w Białymstoku, Gorzowie, Grudziądzu, gdziekolwiek,
miejscowi artyści mogli zawsze oprotestować ("On mi się - tu stosowny
epitet - nie podoba. I już!").
Pytam przywódców środowiska, pytam prezesa i prezydium ZASP, czy o to wam
chodzi? Przecież to jest wstęp do niedającej się opanować anarchii. Owszem,
przed wojną ZASP miał prawo i obowiązek akceptacji dyrektorów teatrów. Czemu
do tego prawa nie kwapił się, po odrodzeniu, wrócić? A nie kwapił się. Wiem,
byłem wiceprezesem w tak zwanej historycznej kadencji 1981/82. Bo takie
prerogatywy to wielka odpowiedzialność.
Otóż znam tylko jeden jedyny na świecie zespół artystyczny - i to wcale nie
teatralny - który od kilkudziesięciu lat dysponuje unikatowym prawem
decydowania, kto będzie mu przewodził. To najsłynniejsza orkiestra
symfoniczna, Filharmonicy Berlińscy. Pewne prawa mają jeszcze liderzy (tak
zwani udziałowcy) Komedii Francuskiej. Skąd się wzięło przeświadczenie
łódzkich artystów, iż naruszono ich prawa - dalibóg, nie wiem. I jestem
pewien, że nie wiedzą tego także koledzy z różnych miast Polski, którzy
przybyli do Łodzi, w geście poparcia, na demonstrację. O co walczycie,
drodzy moi? O anarchię?
Na koniec kilka słów o rzeczy najgorszej, jaka mogła się zdarzyć. Grzegorz
Królikiewicz podjął się przygotowania wielkiego widowiska plenerowego, w
Łodzi, na placu Wolności, dla uczczenia Konstytucji 3 maja. Każdy, kto
pamięta jego widowisko telewizyjne sprzed lat, wie, że chodziło o dzieło
szlachetne i wartościowe. Realizacja widowiska nie miała żadnego związku z
Teatrem Nowym. Otóż aktorzy tego teatru w swym zacietrzewieniu, które można
by już nazwać amokiem, dołożyli wszelkich starań, by do realizacji widowiska
nie dopuścić. Wpływali na poszczególnych wykonawców, by ról im proponowanych
nie przyjmowali, wpływali na sponsorów (a widowisko miało powstać ze środków
tychże, nie obciążając skromnego budżetu miasta), by się wycofali, wreszcie
dali do zrozumienia, iż "może być zadyma" (wystarczy sprowokować kiboli po
meczu Widzewa z kimś tam). Zatem nie zawahano się przed niczym, by do
uczczenia Konstytucji 3 maja nie doszło. A wszystko "w imię wolności"
(sic!). Czyż to nie haniebne?
Namawiam mecenasów protestu do zastanowienia się. Przypuszczam, że nikt już
nie wie, po co, przeciw czemu i komu protestuje się w Teatrze Nowym. Mamy do
czynienia z samonapędzającą się, gorszącą imprezą. NIechże się ona wreszcie
skończy.
STANISŁAW BREJDYGANT
-----------------------------------------------------------------------------
---
Stanisław Brejdygant - aktor, pisarz, reżyser teatralny i filmowy,
scenarzysta, pedagog. Ur. w Warsza