Gość: barnaba
IP: *.lodz.msk.pl
09.09.07, 11:38
www.lodz.naszemiasto.pl/wydarzenia/767487.html
<<<<<<<<<<<<<<<
Czysty, pusty i punktualny tramwaj mknie przez centrum miasta. Na przystankach
pusto, bo jeden właśnie odjechał, ale na horyzoncie widać już następny.
Szczęśliwcy przez wypucowane szyby supertramwaju z politowaniem patrzą na
niereformowalnych, co wybrali samochód. Bo dłużej (korki!), zaparkować nie ma
gdzie (ciasno w centrum) i trzeba mieć drobne na parkomat (reszty nie wyda).
Piękny sen? Owszem. Ale czas się obudzić. Nawet z Łódzkim Tramwajem
Regionalnym na trasie to niemożliwe.
Prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki zarządził w miniony wtorek 'dzień bez
samochodu służbowego'. Sam dał przykład, wsiadając do autobusu
Drogowcy w tym roku poszli na całość. Oprócz tradycyjnych remontów kilku ulic
w mieście, dołożyli jeszcze inwestycję szumnie nazywaną Łódzkim Tramwajem
Regionalnym. Co z tego, że właściciele czterech kółek z roku na rok zdążyli
się przyzwyczaić, że letnie remonty oznaczają korki i wymuszone nimi
wcześniejsze wyjazdy spod domu i dłuższe powroty? Już się nie da, jak przed
rokiem, zaciskać zęby i powtarzać w duchu: byle do jesieni. Bo "prestiżowa i
najważniejsza" inwestycja spowodowała katastrofę. Dla wszystkich: tych, co
podróżują tylko komunikacją miejską, tych, co wolą samochód, oraz wielbicieli
spacerów i rowerów. Miasto stoi w korkach, a chce jechać. Dlaczego tak się stało?
Łatwo się pogubić
Trasa Łódzkiego Tramwaju Regionalnego biegnie z północy na południe miasta,
czyli od zajezdni w Helenówku aż do zajezdni w Chocianowicach. Plan robót
został tak opracowany, że praktycznie z dnia na dzień z trasy zniknęły
tramwaje. To, co jeszcze wczoraj było torowiskiem, zmieniło się w gigantyczny
rów. I to prawie na całej długości, czyli około 15 kilometrów. Niemal
jednocześnie zaczęło się też lato, mnóstwo łodzian wyjechało, więc początkowo
jakoś dawało się przetrwać w koszmarze. Mimo zmieniających się jak w
kalejdoskopie rozkładów jazdy i tras "zetek", czyli autobusów zastępczych.
Mimo to, że wystarczyło kilka dni nieobecności w mieście, by się pogubić.
- Wróciłam w lipcową niedzielę, nie było mnie raptem tydzień i nie pomyślałam,
żeby sprawdzić, jak jedzie tramwaj czy autobus - opowiada Marzena Kruk. - I w
poniedziałek spóźniłam się do pracy, bo okazało się, że dojazd z centrum na
Widzew wymaga długiego spaceru do przystanku i czekania, aż cokolwiek przyjedzie.
Ale łodzianie zaczęli wracać z wakacji, i stało się. Zapchane do granic
"zetki" wloką się niemiłosiernie, po wyjściu każdy czuje się, jakby wyszedł
spod prasy hydraulicznej. O ile był szczęśliwcem, który zdołał wepchnąć się do
środka. Bo w godzinach porannych dojazdów do pracy i popołudniowych powrotów
takich szans nie mają: matki z wózkami, obładowane siatkami panie domu oraz
mniej sprawni fizycznie.
Efekt uboczny
O tym, jaka to frajda, przekonał się prezydent Jerzy Kropiwnicki (miłośnik
chodzenia pieszo do pracy). Oświadczył dziennikarzom, że "było to traumatyczne
przeżycie" i wydał polecenie, by odpowiednie służby, czyli drogowcy i Miejskie
Przedsiębiorstwo Komunikacyjne, coś z tym zrobiły. Polecenie trzeba wykonać,
więc wykonano. Efekt? Koszmar jeszcze większy. Owszem, trasą północ - południe
"zetek" jeździ więcej. Kursują częściej i szybciej, bo aleja Kościuszki i
ulica Zachodnia mają wydzielone pasy ruchu tylko dla autobusów.
Ale kierowcy osobówek? Stoją w gigantycznych korkach. Nie tylko na
newralgicznej trasie ŁTR-u, w całym mieście.
Przykłady? Ulica Sienkiewicza w okolicy Galerii Łódzkiej korkowała się około
godz. 16. Teraz korków nie ma tylko w godzinach 10 - 12. Ulica Wigury i Żwirki
- to samo. Wólczańska jako ewentualny objazd dla Zachodniej, a później ulica
Nawrot - przez cały dzień zapchane samochodami. Podobnie jest na Żeromskiego i
fragmentach Gdańskiej. Nie lepiej wygląda aleja Mickiewicza i Piłsudskiego.
Tak ma być do końca października, czyli do finiszu sezonu remontowego na drogach.
Łyżka dziegciu
Łódzki Tramwaj Regionalny, w założeniach, miał połączyć Łódź z miastami
satelickimi, czyli Zgierzem i Pabianicami. Krzysztof Wąsowicz, prezes MPK,
pomysłodawca i najwierniejszy kibic tego przedsięwzięcia, długo przekonywał,
że będzie świetnie. Nowe tory, na nich równie nowy, szybki i luksusowy
tramwaj. Jedzie niemal bez przerwy, bo na wszystkich skrzyżowaniach ma
pierwszeństwo. Jednym słowem: tylko sprzedawać samochód i przesiąść się na
tramwaj. Tyle miodu, czas na łyżkę dziegciu.
Osławiony ŁTR "regionalny" będzie tylko z nazwy. Pabianice "wypięły się" na
luksusy, uznając je za zbyt drogie. Widać tamtejszych radnych świetlane wizje
nie omamiły. Zgierz się złamał, ale nie zdążył z unijną aplikacją, więc
dołączy później. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że "na święty
nigdy". Czyli mamy "cud na szynach" tylko w Łodzi. Okazuje się, że mimo
zawrotnej prędkości trasę z krańcówki Helenówek do Chocianowic pokona
zaledwie... 12 minut szybciej niż teraz. Z całym tym elektronicznym
pierwszeństwem, prędkością itp.
Nadal zresztą dokładnie nie wiadomo, jaki model tramwaju nam MPK zafunduje.
Ponoć niskopodłogowy. Dobre i tyle. Ciekawe, czy pomalowany farbą odporną na
graffiti? Z siedzeniami i kasownikami odpornymi na wandali? Z klimatyzacją?.
Wprawdzie lato w Polsce trwa krótko, ale zdarzają się temperatury sięgające 35
stopni, a wtedy trudno się nie ugotować.
Ważna jest też obsługa tego "cudu na szynach". Bo o większości motorniczych
można dużo powiedzieć, ale na pewno nie to, że są grzeczni, kulturalni, gotowi
udzielać informacji, że nie zamykają pasażerom drzwi tuż przed nosem. To samo
dotyczy kierowców autobusów, a boleśnie przekonał się o tym Marian Papis,
radny ŁPO. Kierowca nie ma obowiązku traktować radnego w sposób
uprzywilejowany, ale kogoś w dojrzałym wieku - tak.
Po co cierpimy?
Tylko naiwni sądzą, że sedno sprawy tkwi w tym, by łodzianie wreszcie mieli
tramwaje na poziomie zbliżonym do standardów Unii Europejskiej. ŁTR to tylko
pretekst, by spełnić ambicje prezesa Wąsowicza. Choć trzeba przyznać, że
dzielnie mu w tym sekunduje Alina Giedryś, szefowa Zarządu Dróg i Transportu,
oraz ostatnio prezydent Jerzy Kropiwnicki.
O co zatem chodzi? O to, by centrum Łodzi zamknąć dla samochodów. Pewnie nie
zaraz, natychmiast, ale szybko. Po co? Powodów jest bez liku: ekologia, tłok
na drogach, komfort podróżowania - by wymienić najważniejsze. Co na to sami
zainteresowani, czyli łodzianie? Zwolennicy pomysłu uważają, że to jedyny
sposób, by odkorkować centrum Łodzi. I podają przykład ulicy Kilińskiego,
gdzie dla samochodów i tramwajów jednocześnie miejsca nie ma. Z kolei
przeciwnicy podkreślają, że podróż komunikacją miejską to żaden luksus. Bo
samochodem jest: szybciej, wygodniej, niezależnie. Bardziej radykalni
zapowiadają, że nigdy się nie podporządkują, bo to ich sprawa, czym jeżdżą. Ci
niezdecydowani opowiadają się po stronie ograniczenia ruchu samochodowego, ale
jakoś konkretów nie potrafią podać. Bo komu dać prawo jeżdżenia, a komu nie?
Z pewnością służbom miejskim, ale zaraz odezwą się mieszkańcy centrum,
dostawcy sklepów, inwalidzi. I zrobi się to samo, co mamy na ulicy
Piotrkowskiej. Czyli ruch niby ograniczony, a samochodów więcej niż na
Kościuszki.
Zatem cierpimy bez sensu? Niezupełnie, bo nowe tramwaje i proste tory są
potrzebne. Dlatego lepiej zostawić łodzianom wybór między "cudem na szynach" i
własnym samochodem. I nie zamieniać dobrego na lepsze.
Prezydent Kropiwnicki, zarządzając w miniony wtorek "dzień bez samochodu
służbowego" zaznaczył, że dotyczy tylko dojazdów do pracy i powrotów do domu.
Bo, jak się wyraził, nie chce paraliżować pracy urzędu.
Właśnie. Podróżowanie przez centrum wyłącznie tramwajami i autobusami mogłoby
sparaliżować wiele instytucji. Przecież ŁTR-em pojedziemy tylko z północy na
południe. A