radca
17.03.04, 18:44
" Czekając na wyrok
Środa, 17 marca 2004r.
Dzieci z rodziny Pińkowskich nadal są w domu. Wczoraj minął zakreślony przez
sąd termin oddania ich do Domu Dziecka w Trzemiętowie. Wbrew obawom rodziców
nikt nie zgłosił się po dzieci i nie zabierał ich z domu siłą. Czy miał na to
wpływ desperacki krok ojca, który w proteście przeciw decyzji sądu próbował
odebrać sobie życie? Czy może fakt, że nie był to dzień urzędowania kuratorek
sądowych?
O dramacie rodziny Pińkowskich pisaliśmy dwukrotnie - w piątkowym
Magazynie "Expressu? i w poniedziałek. W piątek pisaliśmy o decyzji sądu
odbierającej niewydolnym wychowawczo rodzicom prawo do opieki nad pięciorgiem
dzieci i ich dramatycznej walce przed oddaniem ich do domu dziecka. W
poniedziałek - o nieudanym samobójstwie ojca, które miało uratować pociechy
przed zabraniem ich do Trzemiętowa. Czarny scenariusz zakładał, że właśnie
wczoraj cała piątka pociech z rodziny Pińkowskich: siedemnastoletnia Julita,
szesnastoletni Kamil, dwunastoletni Mateusz, dziewięcioletni Paweł i
ośmioletnia Marietta mieli być przez kuratora sądowego zabrani do wyznaczonej
przez sąd placówki opiekuńczo-wychowawczej.
Przygotowana na dantejskie sceny rodzina siedziała wczoraj w mieszkaniu jak
na szpilkach, spodziewając się najgorszego. Matka i dzieci brały pod uwagę
wszystkie możliwe formy protestu, zdecydowane za nic nie dopuścić do
wykonania decyzji sądu.
Nie było przy nich ojca. Jarosław Pińkowski, lat 36, targnął się na swoje
życie w miniony czwartek. Powiesił się na klamce od łazienki. Rodzina ledwie
go odratowała. Był już siny, gdy odcinano go od sznura. Przytomność odzyskał
w świeckim szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych, gdzie przewieziono go
z wojewódzkiego szpitala imienia Biziela w Bydgoszczy. Zostawił list
pożegnalny, w którym, oprócz obciążania winą wymiaru sprawiedliwości, a w
szczególności sędziny bydgoskiego sądu rodzinnego, mówił o poświęceniu swego
życia dla uratowania dzieci.
Jarek to ofiara bandyckiego napadu. Zapadł po nim na padaczkę, obecnie jest
inwalidą pierwszej grupy. W stanach depresyjnych już dwudziestokrotnie - za
pomocą leków psychotropowych - dokonywał prób samobójczych. Powinien się
leczyć, a państwo powinno mu w tym pomóc. Jest to realizowane tylko
teoretycznie. Jarek z Ciela sporadycznie jeździ do Bydgoszczy do poradni
zdrowia psychicznego. Po odzyskaniu świadomości w szpitalu zapowiedział, iż
tak bardzo kocha dzieci, że jeśli mu je zabiorą, to się zabije. Na wiadomości
z domu czeka jak na wyrok.
- Kierowniczka z opieki powiedziała nam wczoraj: zabierzemy dzieci i to
natychmiast. Kazała mi jechać do Trzemiętowa patrzeć, jakie łóżka im
przygotowali. Jak zapowiedziałam, że zamknę drzwi i nikogo nie wpuszczę, to
zagroziła, że przyjadą z policją... - łka wystraszona Ewa.
- Rodzina jest niewydolna wychowawczo, nie powinna sprawować funkcji
rodzicielskich. Lepiej, gdyby dzieci trafiły do placówki w Trzemiętowie, tam
miałyby godne warunki do nauki - potwierdza stanowisko opieki społecznej
Alicja Wojtanowska, pracownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Białych
Błotach, od 90 roku opiekująca się Pińkowskimi. - Matce wydaje się, że
zapewnienie dzieciom jedzenia to wszystko. Toleruje fakt, że nie chodzą do
szkoły. Julita po gimnazjum się nie uczy. Matka miała się zgłaszać do nas co
dwa tygodnie - nie robi tego. Ojciec nie korzysta z porad terapeuty ze
świetlicy w Cielu. My pomagamy im finansowo, ale opieka zdrowotna nad ojcem
to już sprawa lekarzy. Nie mieliśmy też wpływu na decyzję o umieszczeniu
dzieci w domu dziecka - o tym zdecydował sąd.
Według przypuszczeń opieki społecznej, jeśli matka dobrowolnie nie odwiezie
swych pociech do Trzemiętowa, zostanie wyznaczona nowa rozprawa i ustalony
nowy termin oddania dzieci do placówki opiekuńczo-wychowawczej. - Nie oddam
ich! - rzuca się Ewa - Po artykule w piątkowym wydaniu ?Expressu Bydgoskiego?
sprawą zainteresował się ?Fakt?, ?Kulisy?, telewizja Bydgoszcz i telewizja
TVN. Ale czy to nam pomoże? Jak byśmy byli bogaci i wykształceni, to pewnie
tak. Ale teraz co możemy? Powiedzieć, że kochamy dzieci i za nic w świecie
nie chcemy ich stracić?
Zorganizowanie internetowej akcji pomocy dla rodziny Pińkowskich zadeklarował
Andrzej Kanicki, mieszkający obecnie w Austrii bydgoszczanin, który w
Strzyżawie stracił syna Dawida.
?Express Bydgoski? już siedem lat temu pomagał rodzinie Pińkowskich w
krytycznej sytuacji materialnej, pamiętaliśmy też o nich w okresach
świątecznych. Cieszyliśmy się, że Jarek Pińkowski rzucił alkohol.
Martwiliśmy, że osierocone córki siostry Ewy, które Pińkowscy przygarnęli bez
pytania o pieniądze, zostały im zabrane do domu dziecka.
Teraz Jarek i Ewa mogą stracić nawet własne dzieci. Rok temu w jednopokojowym
mieszkaniu rozbrzmiewały głosy dwójki dorosłych i siedmiorga dzieci: własnych
i przybranych. Czy teraz zostanie tam tylko Ewa - i dwa psy?
Ewa Adamska-Drgas - Express Bydgoski "