duch3
16.12.05, 16:29
Polacy za granicą naśmiewają się ze swoich rodaków
Podkładają świnie, oczerniają, kpią z siebie nawzajem. Nawet w czasie świąt
Polacy pracujący za granicą nienawidzą się z całej siły.
W Irlandii jest nas teraz 180 tysięcy. W samym Dublinie 80 tysięcy. - To
najliczniejsza mniejszość na Zielonej Wyspie - mówi Mariusz Garski z "Polskiej
Gazety", pierwszego polskiego tygodnika w Irlandii, wydawanego w Dublinie.
Rodak to pech
Garski uważa, że dopóki Polacy są w biedzie, dopóty starają się trzymać razem.
Gdy znajdą pracę, zaczynają zachowywać się jak szczury. - Irlandczycy są jak
jedna wielka rodzina. Mimo że mamy podobny temperament, oni - wyspiarze -
kierują się innymi zasadami - twierdzi.
Z jego zdaniem zgadza się Marta, 25-letnia studentka zarządzania, która po
dwóch latach wróciła z Londynu, zwanego teraz siedemnastym polskim
województwem. Według Marty jedna z najgorszych sytuacji przytrafiających się w
pracy, to trafienie na polskiego szefa. - Miałam takiego bossa, rudowłosą
Polkę. Była wredna, szczególnie w stosunku do rodaczek.
Marta, tak jak 30-letni Jurek, obecnie mieszkaniec Coventry, i wielu innych
Polaków poszukujących pracy poza granicami kraju, podkreśla, że katoliccy
Polacy nie potrafią się dogadać nawet w okresie świąt, w czasie powszechnego
wybaczania i miłości bliźniego. - Moi znajomi spędzali Wigilię u innych
Polaków w Londynie. Zanim kolacja się skończyła, pokłócili się o to, kto
więcej wydał na jej przygotowanie. Do tej pory nie odzywają się do siebie -
wspomina Marta.
- Znajomych dobieram sobie wśród innych nacji, po prostu boję się Polaków.
Nawet sylwestra wolę spędzać wśród Czechów i Słowaków - mówi Mariusz Garski. -
Nie chcę prochów, chlania, mordobicia. Nie wspomnę o tym, ilu Polaków
popełniło tu samobójstwa, zaginęło albo leczy się psychiatrycznie. Tylko raz
było inaczej. Po śmierci Ojca Świętego Polacy się zjednoczyli, zorganizowali
marsz w centrum Dublina. Było pięknie... - wspomina.
Z papierem toaletowym za ocean
Dużo do powiedzenia o niełatwych relacjach Polaków na obczyźnie mają
mieszkańcy Jackowa, czyli polskiej dzielnicy w Chicago, czy słynnego
Greenpointu w Nowym Jorku. Na początku, gdy polscy nielegalni imigranci
urządzali się w nowej rzeczywistości, nie odcinali się od towarzystwa rodaków.
- Dla wielu nowi przyjezdni byli zagrożeniem, bez pieniędzy, szukali
znajomości, żeby załatwić sobie pracę, ustawić się, a potem darczyńcę olać -
mówią nasi rozmówcy.
31-letnia Monika ze Śląska wyjechała do USA z mężem, doktorantem jednej z
amerykańskich uczelni. Mieszka teraz w zachodniej części USA od kilku lat i
uważa się za Amerykankę. Uwielbia kpić z rodaków, którzy wyjeżdżają za ocean
za chlebem. - Wyobraźcie sobie, że ludzie czekający na samolot do Chicago
wiozą ze sobą nawet papier toaletowy. Myślą, że nic w tej Ameryce nie ma, albo
że tak będzie taniej - uwielbia częstować podobnymi opowiastkami znajomych
Amerykanów.
- Co nam dała Polska? Brud, smród i ubóstwo - skomentowała w ostatnie święta
sytuację ekonomiczną kraju. Ale za nic nie przyzna się znajomym w Polsce, że
jako przyszła "doktorowa" dorabia jako... sprzątaczka. - Nie lubię się
spotykać z Polakami. Nie po to wyjeżdżałam z Polski, żeby gadać po polsku -
obrusza się.
A pani sobie kawke pije!
Rodak rodakowi dopiec potrafi nawet przy tak przyjemnej okazji jak świąteczny
urlop nad Morzem Śródziemnym. 27-letnia Anna, prawniczka z Krakowa, spędzała
święta w Tunezji z mężem i półtorarocznym synkiem. Niedaleko ich rodziny na
stołówce siedzieli młodzi studenci z Polski. Ewidentnie się nudzili. Nic im
nie pasowało, skarżyli się obsłudze, że nasze dziecko płacze. Demonstracyjnie
przenosili się na drugi koniec z niewybrednymi komentarzami.
Młodzi ludzie przeszli samych siebie pod koniec pobytu. Zaczęli donosić na
mojego synka. Na przykład, że biegał po hotelowej restauracji i coś się
stłukło, i to pewnie on zrobił. Było tam mnóstwo małych dzieci, ale
przeszkadzał im tylko Mikołaj - opowiada.
Kiedyś, gdy rodzina pani Anny kończyła śniadanie, jeden z nich podszedł do ich
stolika i skomentował niewybrednie: K..., pani dzieciak biega, a pani sobie
pije kawkę! - Naszej rozmowie przysłuchiwało się dwoje Amerykanów. Zdziwili
się, że komuś przeszkadza małe dziecko - mówi Anna.
Nie klnij, bo nie jesteś w Polsce
Największym przywilejem jest dla wielu Polaków dobra praca za granicą. Nic
więc dziwnego, że zawiść budził Mariusz, 30-letni informatyk, który pracował
kilka lat przy zagranicznych projektach międzynarodowej firmy konsultingowej.
Święta spędzał w Portugalii, Holandii i w USA. Jego obserwacje rodaków za
granicą sprowadzają się do jednego - w odróżnieniu od innych obcokrajowców nie
pomagamy sobie, tylko rywalizujemy.
On zaprzyjaźnił się w końcu ze Szwedami. - Szwedzi chodzą za sobą jak
kaczuszki, dbają o siebie nawzajem i wspierają. Święta spędzali razem jak
rodzina - opowiada Mariusz. Jednak największe upokorzenie przeżył na
przedświątecznym szkoleniu w Niemczech. - Razem z trzema Polakami jadłem obiad
w dość drogiej restauracji w Düsseldorfie. Od początku kelner z niesmakiem się
nam przyglądał - relacjonuje. Wszystko wyjaśniło się, gdy jednemu z kolegów
Mariusza wymknęło się grube słowo. - Nie klnij, nie jesteś u siebie w Polsce -
wycedził kelner najczystszą polszczyzną i zaczął ich wychowywać". - Chyba
wkurzyło go, że musi obsługiwać rodaków - komentuje informatyk. - Za takie
chamskie zachowanie nie zostawiliśmy mu ani centa napiwku.
Joanna Rokicka
Marcin Szumowski
facet.interia.pl/news?inf=696760
Pozostawie to bez komentarza.