Gość: P.B
IP: *.czerwonak.sdi.tpnet.pl
29.10.02, 23:55
Nowoczesny program komputerowy zamiast ułatwić i przyspieszyć liczenie
głosów, narobił zamieszania. Takie są skutki wyborczego centralizmu.
Totalny bałagan, wielki skandal na cały kraj, zamieszanie, strata czasu
tysięcy osób – takie są skutki zarządzonego przez Państwową Komisję Wyborcza
centralnego liczenia głosów. O ile w przypadku wyborów parlamentarnych taki
sposób ma sens, to wybory samorządowe zostały ośmieszone. Przed czterema laty
rano znany był już pełny skład poznańskiej Rady Miasta. Wczoraj rano nikt nic
nie wiedział nawet tego, kto znajdzie się w drugiej turze wyborów
prezydenckich.
Warszawa nas pilnuje
Jako skandal potraktowano też w Poznaniu fakt, że PKW zabroniła podawania
wyników cząstkowych. Wyniki kompletne można było ujawnić dopiero po
przesłaniu ich do Warszawy. – Wprowadzając dane do komputera nie znamy
aktualnych wyników – mówili pracownicy Miejskiej Komisji Wyborczej. Obecni
przy pracach komisji urzędnicy zliczali na bieżąco głosy osób, które ich
interesowały. PKW wprowadziła nowoczesny, pilotażowy system komputerowy,
dzięki któremu w szybkim czasie miały być zliczone głosy dla całej Polski.
Próba centralizacji zakończyła się fiaskiem. System „padł” po godz. 22, ledwo
wprowadzono do niego pierwsze dane. Potem pracował, ale w żółwim tempie.
Spali w magistracie
Zapadła więc decyzja, by głosy liczyć metodą tradycyjną. Fax w tej sprawie
dotarł do Poznania z Warszawy o godz. 3.25, jednak głosy liczono tu po
staremu już od kilku godzin. Dane do komputera trzeba było wprowadzać
dwukrotnie. Po północy, gdy do Urzędu Miasta zaczęli gremialnie przychodzić
przedstawiciele obwodowych komisji, zrobiło się zamieszanie. Apogeum
nastąpiło po godz. 2, gdy kilkadziesiąt zdenerwowanych osób stało w kolejce,
inni drzemali na krzesłach.
Przed godz. 9 rano Miejska Komisja Wyborcza nie mogła zakończyć liczenia
głosów – nie miała wszystkich danych. Czekała na przedstawicieli dwóch
komisji obwodowych, którzy gdzieś się zawieruszyli, nie reagowali na
telefony. Spekulowano, że spali. Komisja nie mogła wysłać do nich samochodu,
gdyż go nie miała. Urząd Miasta miał, ale nie dawał. Rozważano zaalarmowanie
policji. Wreszcie brakujące protokoły dostarczono, jednak program wykrył
błędy w tych, które spłynęły wcześniej. Trzeba było liczyć na nowo, zapraszać
przedstawicieli tych obwodowych komisji, którzy błędy popełnili. Przed
południem nie była oficjalnie znana nawet wyborcza frekwencja.
Wybory jak egzamin
– W poprzednich wyborach też występowały pomyłki, ale aplikacje komputerowe
były nasze, więc z liczeniem poradziliśmy sobie szybko – mówi Dariusz
Jędraszak, sekretarz miasta. – Teraz posługujemy się programem z zewnątrz,
stąd problemy.
Ok. godz. 13 Miejska Komisja Wyborcza rozeszła się nie podając żadnych
wyników. Powrót zapowiedziała na godz. 20. W międzyczasie urzędnicy
przeliczali głosy na mandaty. Spekulacje na temat mandatów dla poszczególnych
osób powoli zamieniły się w pewne informacje, choć niektóre dane trzeba było
weryfikować. Na korytarzach Urzędu Miasta można było spotkać wielu byłych
radnych, obecnie kandydatów. Zachowywali się jak absolwenci liceum z tego
samego rocznika, ubiegający się o studencki indeks.
-----------
źródło naszemisto.pl
P.S
Tak się składa, że byłem operatorem tego systemu, istna żenada, sporo kasy na
to wyłożyli aż w końcu serwer im padł.