map4
18.08.03, 16:04
Witam.
Kilka wątków, które przeglądałem ostatnio dotyczyło
Wrocławia i/lub innych miast. Dodam więc coś od siebie.
Oto obraz miasta i grodzian widziany oczyma himery:
jeszcze nie turysta, ale już nie miejscowy:
Przyjazd:
Autostrada: wybujała nazwa, niewidoczne, nieoznakowane
zjazdy, fatalne pułapki, zero wyobraźni (wymiana
nawierzchni bez budowy pasa awaryjnego tylko pogorszy
bilans: będzie więcej martwych, a mniej rannych -
chociaż kto wie: w obecnej sytuacji służby zdrowia może
i ma to sens ...) Zjazd na Wrocław ostry, bez pasów,
bez oznaczeń. Wjazd do miasta od strony Bielan: jakiś
idiota zapomniał przyciąć krzewy, więc tablica z nazwą
jest niewidoczna. Zaraz za tablicą stoją misie i
dorabiają do oficjalnej wypłaty.
Nawigacja w furze nie działa: w końcu to trzeci świat.
Nawiguję z pamięci. Całkiem się nawet udało. Spać!
Pobyt:
Rano idę po bułki: Wchodzę, mówię "dzień dobry" a
ludzie patrzą się na mnie jak na wariata.
Idę dalej - stoisko mięsne: chcę trzy plasterki szynki.
Szynka jest cała, laska zaczyna mi kroić od dupy strony
(sam tłuszcz). "Dziękuję, wolałbym jednak, żeby
przekroiła mi pani szynkę w połowie i trzy plasterki ze
środka poproszę." Och, ależ mi się dostało !
A ja myślałem, że przy cenie 25 zł za kilogram już mi
wolno powybrzydzać.
No nic, zasuwam do kiosku po gazety.
Babcia przede mną kupuje jakiś program tv, czy inne
kolorowe barachło i płaci stówą. Sprzedawca (ajent ?
właściciel ?) z mordą na staruszkę : "Wszyscy płacą
dzisiaj stówami ! Ja już nie mam z czego wydawać !
Drobniej !" (tu najwyraźniej zapomniał o słowie
"proszę"). Przeraziłem się, skuliłem, wróciłem do domu.
No nic, z czytania na kibelku nici.
Wieczorem ruszam samochodem w miasto i cholera mnie
trafia - nie ma gdzie zaparkować. Miejsca są, ale
parkingów strzeżonych brak. Są dozorowane - ale na
takim właściciel nie ponosi odpowiedzialności, jak mi
samochodzik zniknie ... No trudno, z kolacji u Spiża nici.
Dzień drugi: gdzieś na Krzykach skręcając w prawo
puściłem rowerzystę (jechał oznaczoną ścieżką) i o mało
nie przypłaciłem tego kasacją mojego ślicznego bagażnika.
Ja sobie spokojnie po hantlach, a tu nagle rozlega się
pisk hamulców. W lusterku widzę gotującego się "władcę
szos". Wysiada i zionie miłością bliźniego. Udaję
niekumatego (niech błogosławione będą moje
obcoplemienne numery) głupkowato się uśmiecham i
znikam, zanim zdążył podziurawić mi opony.
Dojeżdżam do ul. Kasprowicza (chyba - to ta, która
łączy Osobowice z wylotem na Warszawę) : po prostu
zamknięta. Objazdu brak. No, ci Polacy to chyba za małe
podatki płacą, bo na wyznaczenie objazdu pieniążków już
nie starczyło ...
Nic to - jadą miejscowe rejestracje, więc walę w ciemno
za nimi.
Jakieś osiedlowe dróżki, do tego jakiś idiota pozwolił
je rozkopać. Ruch na mijanego za każdym razem, kiedy
mieszkaniec zaparkuje przed własnym domem. Ciekawe.
Oryginalne. Jedyne w swoim rodzaju.
Wieczorem odświeżam sobie centrum: na św. Antoniego
ktoś postawił termos. Niech i tak będzie, tylko co to
ma z bogiem Heliosem wspólnego ?
Idąc dalej (ach, ta niepowtarzalna wyboistość
chodników) dochodzę do spełnionego snu amerykańskiego
milionera w pierwszym pokoleniu:
no nie, to jest ten słynny Solpol ?!
Świeże, szybkie pieniążki wyłażą z każdego tzw. gzymsu.
Przypominam sobie, że Solorz to przecież milioner w
pierwszym pokoleniu. Skręcam do rynku. Wbrew wszelkim
prawom logiki tostownia w przejściu jeszcze istnieje.
Tosty już niestety nie te, co kiedyś: zero smaku, ser
gumowaty, stary tłuszcz kapie, bułka czerstwa a
pieczarki cieniutko pocięte. Ciekawe, dlaczego ?
Piasek zgrzyta. Smacznego.
Świdnicka: najpierw śmierdzi z KFC, potem z podcieni
poczty. Dalej rządzi już niepodzielnie smród MC Shita.
Kuliste, kamienne wypierdki mamuta cieszą oko. Ciekawe
tylko, czyje...
Ratusz stoi. Kamieniczki musiał jakiś daltonista
malować, bo takiego doboru kolorów inaczej nie jestem w
stanie sobie wytłumaczyć. Kolory ostre, żywe, zupełnie
jak u starzejących się prostytutek. No cóż, o gustach
się raczej nie dyskutuje. Niech i tak będzie. Pod
pręgierzem tłum. Ta ładniejsza część tłumu naprawdę
godna podziwu. Ooo, wreszcie jakieś pozytywne wrażenie.
Rundka po rynku: w knajpach pusto, fontanna otoczona
czarnuchami (za późno już na zakładanie blokad). Rynek
oświetlony, błyszczy jak psu jajca.
Idąc w stronę Odry trafiam do Szwejka.
O żesz Ty: jedzonko pycha, ale i ceny europejskie. W
środku wyraźnie brakuje Europejczyków skorych do
płacenia. Miejscowych mało.
Dzień ostatni: plac PKWN: ktoś powymieniał nazwy, a
nowych ni cholery nie jarzę. Plac rozkopany, objazdy
bez sensu. Dworzec świebodzki stoi, ale po co ?
Ul. Grunwaldzka częściowo zamknięta, Sienkiewicza
nieprzejezdna, most pokoju rozkopany. Który geniusz
zatwierdził taki plan robót ? Jadę dalej. Jedności
Narodowej zamknięta. Czy oni wszyscy się z ch.... na
głowy pozamieniali ?!
Zakupy w Koronie: tłok i ścisk; warzywa i owoce
niejadalne, do tego dantejskie ceny przed kasami.
Wędliny robił chyba jakiś niemiecki masarz (kto
niemieckie wędliny zna, ten wie, że to zdecydowanie nie
był koplement). Oj, kochani - więcej mnie w tym sklepie
nie zobaczycie.
Wracam na parking przechodząc przez kasy kina. Biorę
cennik. Ceny znośne. Na moje pytanie dlaczego tylko
trzy z piętnastu filmów są dubbingowane sprzedawca robi
klasyczny wytrzeszcz gałek ocznych. Dochodzę do
wniosku, że to chyba raczej ze mną coś jest nie w
porządku. O co bym nie zapytał, to patrzą na mnie jak
na wariata.
Parking: zostawiłem ziutkom furę do umycia. Fura
błyszczy, ale w drzwiach i pod klapą bagażnika
zapomnieli powycierać do sucha. Ruch mają duży, więc im
to zwisa. Mi nie. Z łaski na uciechę i z obrażoną miną
poprawiają. Kapitalizm, jego mać.
Wieczorem obieram wreszcie kurs do domciu: neony
błyszczą, radio skrzeczy reklamami, tramwaje kursują i
tylko nie wiedzieć czemu nie chce opuścić mnie
wrażenie, że do cywilizacji jeszcze daleko. Wyjazd z
Wrocławia odpowiada wjazdowi: ostry zakręt i znak 50 m
przed zjazdem. Wielokrotnie skasowany. Ciekawe,
dlaczego ? Potem już tylko dziury, krasnale,
prostytutki i przydrożne budy z neonami Pepsi. 160 km
do granicy pokonuję w 3 godziny. Godzina na przejściu
(Polacy strzegą niezłomnie granic ukochanej naszej
ojczyzny) i nagle normalność: samochód jedzie, zamiast
trząść, TIRówki też wcięło, każde mijane miasto ma
obwodnicę.
Po trzech godzinach autostradą z niejakim zdziwieniem
stwierdzam, że jestem już 440 km od przejścia
granicznego. Czary jakieś.
Jeszcze tylko kibelek (tańszy i czystszy niż w
ukochanej naszej ojczyźnie), przeciągnąć gnaty, jeszcze
tylko godzinka i już jestem w domciu.
Tramwaj jedzie, ale go nie słychać, wodę można pić z
kranu, nieodległa przelotowa ulica remontowana jest
tylko w nocy, żeby za dnia nie tamować ruchu. Inny
świat, niższe podatki, "dzień dobry" i serdeczny
uśmiech sprzedawcy bułek ...
Dopiero ostatnio ochłonąłem na tyle, że mogłem moje
wrocławskie przeżycia krótko opisać.