Witam Was, to mój pierwszy wpis ale nie pierwsza wizyta - od jakiegoś czasu czytam Wasze posty, które dają mi sporo wsparcia. Dzisiaj czuję, że czytanie już mi nie wystarcza, muszę się przedstawić.
Mam 7 letnią córeczkę z pierwszego małżeństwa, a od 2 i pół roku z moim partnerem staramy się o dzieciątko. Po 2 latach starań i badań wyszło na to, że mój partner nie może mieć dzieci - nie było łatwo pogodzić się z tą myślą, ale w końcu przyjęłam to do wiadomości. Odstawiłam folik, przestałam karmić ukochanego witaminami, przestałam wyliczać dni, zajęłam się pracą, poszłam na kurs graficzny - jednym słowem zupełnie odpuściłam.
Nie muszę Wam mówić jaką euforię wywołały dwie kreski na teście w połowie stycznia - CUD, prawdziwy CUD!
A później poszło lawinowo: moja córka zaczęła chorować: pogotowie - szpital zakaźny, po tygodniu znowu szpital tym razem dziecięcy - trzy tygodnie stresu, strachu o córkę i o dzieciątko. A przecież i pracować trzeba i dom posprzątać
W 10tc zaczęłam plamić, w 11 okazało się, że maleństwo obumarło w 6tc, szpital, łyżeczkowanie, ból.
Potrafimy sobie wytłumaczyć, że widać tak miało być: może płód miał ciężkie wady? Lepiej, że stało się to teraz niż za kilka miesięcy albo niż gdyby dziecko miało urodzić się chore. Wypłakałam się i myślałam, że już jest ok, że rozum zwyciężył serce. No niestety - serca zagłuszyć się nie da. Co rano gdy się budzę, pierwszą myślą jest że miałabym już brzuszek.
Lekarze mówią, że trzeba być dobrej myśli, że skoro mimo złych rokowań raz się udało to znaczy, że może znowu się udać. Tylko kiedy? Czekać 6 miesięcy ze staraniami, a później ile? Kolejne 2 lata?
Jest mi strasznie smutno, dziś są moje urodziny...
Pozdrawiam Was wszystkie i ściskam kciuki za Wasze powodzenie w staraniach.
Dziękuję, że przeczytałyście.
Ania
Mama Emilki i Aniołka