olusia19
23.10.06, 12:04
15 lat wychowywałam samodzielnie córkę. Jej ojciec uciekł w ślub ze mną po
rozstaniu z sympatią. Nie znałam jego przeszłości. Takie rozstanie po kłótni.
On się ożenił, ona wyszła za mąż. Ona urodziła syna, on miał córkę. Potem się
pogodzili, porozwodzili, ona była w ciąży - to się pobrali. Mają wspólną
córkę.
Były już mąż, który naszą córką, ani moim życiem w ogóle się nie interesował,
nawet nie płacił groszowych alimentów oświadczył pewnego dnia, że - „moje,
twoje i nasze” – taką postanowili założyć „d o b r ą” rodzinę. Mam mu oddać
dziecko.
Sądziłam, że zwariował, ale on poważnie – proponował nawet wielką sumę
pieniędzy, jak na ówczesne czasy, za jego plan. Nie chciałam oddać dziecka,
więc „za karę” nie płacił ani grosza, a moje sądowe monity utykały w martwym
punkcie – nie miałam na adwokatów, on stale coś wymyślał i tak biegły lata.
Miał też wariant, by założyć „kołchoz przyjaźni”, wspólnie zamieszkać z jego
rodziną. Niestety ciągle nie pasowałam do jego planu.
Kiedyś w złości powiedział w końcu, że jeszcze pożałuję, że się w
ogóle urodziłam. Nie przywiązywałam do groźby znaczenia, tyle przecież
dziwnych rzeczy mówił, a kiedyś miłość przysięgał....
Najgorsze, że poważnie chorowałam, miałam raka, kolejne operacje, ale byłam
dzielna. Żyłyśmy bardzo skromnie, leki zawsze kosztowały, więc czasem nam
odłączano prąd, czasem suche bułki jadłyśmy. Postępowania ojca nigdy nie
komentowałam, nie wiedziałam czy będę żyła, a wówczas on musiałby być jej
rodziną. Duma z córki trzymała mnie w pionie - była nad wyraz mądra, zdolna,
uczyła się świetnie, nie sprawiała żadnych kłopotów i jak mi się wydawało
byłyśmy zaprzyjaźnione. Rozmawiałyśmy, czytałyśmy razem książki, znałam jej
koleżanki. Zdała do szk.średniej celująco, więc w euforii wzięłam pożyczkę,
by ją ubrać, wyposażyć, urządzić na nowo pokój. Chodziła ze mną po sklepach
wybierała, planowała i na początku września poszła do nowej szkoły, ale
pewnego dnia .... uciekła. Zaginęło moje dziecko.
Oszalała z rozpaczy szukałam jej wszędzie. Milicjanci dopiero powiedzieli, że
ma 15 lat, może decydować o miejscu zamieszkania i jest u ojca. A ja tam
przecież byłam, waliłam pięściami do drzwi, a ona stała i słuchała. Potem
dostałam wiadomości, że córka miała stały kontakt z ojcem, że organizował jej
widzenia z chłopakiem, któremu byłam przeciwna. Córka tak z godziny na
godzinę nie chciała mnie widzieć. Przecież rano jadła śniadanie i całowała
mnie przed pójściem do szkoły, poprzedniego dnia kupiłam jej zimowe buty,
wieczorem żartowałyśmy.
Po przeczytaniu protokółu zeznań mojej córki, dostałam ataku serca. Zarzuty
na które podobno „mieli świadków”, przeszły nawet wyobrażenia milicji, ale co
napisane, podpisane - to trafia do sądu. Były mąż przypuszczał, że będę
walczyć, obwarował więc każdy mój ruch i wystąpił o przyznanie praw
rodzicielskich. Spełnił groźbę, niestety przy pomocy córki.
W sądzie czekał tłum - to byli świadkowie przeciwko mnie, ludzie,
których nie widziałam nigdy na oczy. Zrezygnowałam z walki, nie miałam szans,
podpisałam bez słowa zgodę na odebranie praw rodzicielskich. Zebrani nie
musieli kłamać, oskarżać, rozeszli się. Potem notarialnie zrezygnowałam z
pieniędzy, które mąż zgromadził podczas trwania naszego związku nic mi o nich
nie mówiąc. Ot, taki koniec.
Szukałam kontaktu z córką, pisałam listy, dzwoniłam, ale unika mnie
od 14 lat. Wiem - skończyła studia, pracuje. Ja mam drugą rodzinę, dobrego
męża, dziecko; zaczęłam wszystko od nowa, zaleczyłam choroby, ale serce boli.
Boli w każdym wolnym czasie, bo myśli wracają, boli w wigilię i niedzielę.
Tak już zostanie.
I nagle wczoraj mówi mi „dzień dobry” piękna, elegancka dziewczyna i mija
mnie jak tysiące ludzi na ulicy. To była moja córka.