sekrecja
04.04.07, 19:44
stało się. jestem w ciąży. mamy romans od prawie roku. od początku z jego
strony nie było to nic poważnego, z mojej - totalne zwalenie z nóg, ideał pod
każdym względem, głębokie uczucie, do którego sądziłam, już nie jestem zdolna.
reguły gry od początku były znane. akceptowałam to. jednym z fundamentalnych
kwestii była "no kids", bo to oznaczałoby koniec.
gdy zorientowałam się, że jestem w ciąży, nie chciałam poczatkowo mu o niczym
mówić. może to gra hormonów, może stresy, a może interakcja - pogrywałam z
nim strasznie i dałam mu do zrozumienia, że będzie ojcem (o ile nie poronię,
a zdarzało się już wcześniej)
i nastąpił koniec. wpadłam w szał, powiedziałam mu o ciąży, o dziwo,
zareagowął bardzo dojrzale, nie namawiał mnie do aborcji.
obiecuje pomoc, mówi, że nie cieszy się, ale przyjmuje to z godnością. nie
chcę go stracić, a jednoczesnie bardzo pragnę tego dziecka. sama
zaproponowałam mu to, że poddam się zabiegowi - mówi, żebym przestała, żebym
poczekała, porozmawiamy o tym.
nie wiem, czy mam prawo - komplikowac mu życie, skazywac dziecko, które
kochałabym szaloną wprost miłością, na życie bez ojca... moja sytuacja w tym
wszystkim też nie jest bez znaczenia, jestem dopiero na II roku, ale nie
jestem 20-latką...
nie wiem, co mam robić... wyjeżdżam na święta za granicę, gdzie można poddać
się aborcji farmakologicznej... a to ostatni moment...