na-tasza
09.12.11, 18:20
zamieszczam na paru forach bo potrzebuję rady i świeżego spojrzenia, zanim dojrzeję by pójść do prawnika wpisując się w klimat wyrodnych wnuczek.
Witam,
sprawa przedstawia się następująco:
kontakty rodziny ze strony mamy, mamy, i moje i z dziadkiem ze strony ojca praktycznie nie istniały przez całe moje życie, w ciągu 38 lat byłam tam, będąc pacholęciem raz na świętach i raz na wakacjach. żadnych życzeń na święta, wizyt, nie zaprosiłam go nawet na swój ślub 18 lat temu.
moi rodzice rozwiedli się jak miałam 18 lat. ojciec umarł jak miałam 26 lat. został jeszcze wujek (brat ojca), który umarł we wrześniu. innych dzieci dziadek nie miał. są natomiast 3 wnuczki -ja, moja siostra, która ma z nim jakiś kontakt emocjonalny oraz moja kuzynka, która mieszkała z nim najpierw w jednym domu ze swoimi rodzicami (wujek), a potem dalej w tej samej miejscowości. i ona najbardziej z nim była związana, również pod względem finansowym -(kieszonkowe, współfinansowanie studiów itp.). dziadek jest dla mnie zupełnie obcą osobą - nie znam go, nie interesował mną się w ogóle.
jednak gdy ostatnio wynikł problem ze śmiercią wujka - zorganizowaniem pogrzebu i jego współfinansowaniem z moją siostrą oraz spłatą zadłużenia rzędu kilku tysięcy za czynsz i media za mieszkanie dziadka, które zrobił wujek biorąc emeryturę dziadka i nie regulując należności - ok. razem wyprostowałyśmy sytuację, ani słowem nie zająkując się by dziadek nam coś oddał.
został sam, ponieważ jego schorzenia nie pozwalają mu na samodzielne funkcjonowanie - wynajęłyśmy opiekunkę z mopsu, która przychodziła do niego 5 razy w tygodniu do pomocy, zakupów itp (obie z siostrą mieszkamy 150 km dalej). to również opłacałyśmy. później dziadek znalazł się w szpitalu i w ogóle przestał chodzić. ok. refundacja z nfz nie wchodzi tak szybko w grę, zresztą przyznawana jest na pół roku. on twierdzi, że wymaga całodobowej opieki. pokrywamy różnicę między jego emeryturą, a kosztem pobytu + leki i pampersy. w tej chwili wychodzi po 500 zł miesięcznie na każdą z nas ( ja i siostra). dodatkowo czynsz i media za jego mieszkanie. z mopsu miałyśmy zarekomendowaną osobę, która w zamian za jedzenie, spanie i jakieś dodatkowe wynagrodzenie(my byśmy pokrywały koło 600 zł) wprowadziłaby i się nim zajęła całodobowo. dziadek nie chce o tym słyszeć bo cytuję "obca osoba nie będzie mu się kręcić po domu". my mając swoje rodziny pracę, która nie kończy się na 8 h dziennie nie jesteśmy się w stanie nim zająć. mąż siostry nie chce go wziąć do nich, ja również nie chcę bo nie mam warunków mieszkaniowych i szczerze mówiąc ochoty by brać bagaż obowiązków za kogoś kto mnie nie lubi, nie zna. co innego gdyby to było któreś z dziadków, z którymi się wychowywałam i których znałam, kochałam z wzajemnością. wtedy bym się przez sekundę nie zastanawiała. chciałabym znaleźć nawet jakąś osobę, która się nim zajmie w zamian za zapisane na nią jego mieszkanie w testamencie, ale on też o tym nie chce słyszeć.
teraz chce by go stamtąd zabrać do jakiegoś dps.
ze względu na dochody będziemy musiały to same pokrywać (kuzynka nie ma zdolności finansowej). a państwa nie interesuje, że mam 30-letni kredyt hipoteczny w nieszczęsnym franku i dziecko,które w kilkuletniej perspektywie będzie studiować dziennie w innym mieście.
jego propozycja jest taka - dps, gdzie będą mu pobierali tylko 70% emerytury.
my w takim układzie mamy opłacać różnicę do ceny, opłacać czynsz za jego mieszkanie, płacić za leki i pampersy. średnio po każdą z nas 1300-1400 zł miesięcznie. by sprzedać jego mieszkanie i z niego opłacać pobyt w dps nawet się nie zająknął.
tyle tytułem przydługiego wstępu;) prosiłabym o odpowiedź czy jest jakaś możliwość by się z tego wyplątać i scedować to na państwo. lub przynajmniej czy są jakieś środki prawne, które obligowałyby dziadka do sprzedaży mieszkania i pokrywania z tego przez jakiś czas kosztów pobytu.
Być może wyda się to komuś egoistyczne i niewdzięczne takie podejście - ale nic na to nie poradzę, a hipokryzji nie znoszę. Nie znam go w ogóle, nie pałamy do siebie sympatią (zaszłości ze stosunków między rodziną mamy a nim z dzieciństwa), poczuwam się w jakiś sposób do obowiązku - ok i w rozsądnych granicach uważam, że powinnam partycypować. ale przy takich kwotach miesięcznych obciążeń to będę po prostu żyć z ołówkiem od pierwszego do pierwszego, żadnych wczasów, kolonii,kursów językowych, korepetycji dla mojego dziecka nie wspominając.