Tak wygląda moje wejście na balkon. Mieszkanie w dziesięcioletnim bloku, my mieszkamy tu od stycznia 2006. Do tej pory było ok. Grzyb wylazł w tempie ekspresowym. Zaczęło się gdzieś pod koniec listopada i jest coraz gorzej. Nad owym grzybem jest balkon sąsiada. Zgłosiliśmy to do zarządcy, przysłał babkę, która obejrzała, spisała w zeszyciku umiejscowienie cholerstwa i zapytała czy mieszkanie jest ubezpieczone. Owszem jest, ale po cholerę im (spółdzielni) jakiś druk od naszego ubezpieczyciela? Przecież to nie jest nasza wina. Taki grzyb (w tym samym miejscu) wyłazi w prawie wszystkich mieszkaniach w naszej klatce (pytałam sąsiadów). Nasz ubezpieczyciel twierdzi, że to spółdzielnia powinna zająć się usunięciem szkody. Ja mam mętlik w głowie. Bez sensu jest na własną rękę usuwanie grzyba, bo jeśli to wina balkonu nad nami to i tak znowu wyjdzie za jakiś czas. Czy możemy zmusić sąsiada to poprawienia (?) balkonu?
Może ktoś mi poradzi co w tej sprawie można zrobić. Dodam tylko, że codziennie wietrzę. Mróz nie mróz gdy nas nie ma okna otwarte uchylnie.