Dodaj do ulubionych

Osiedle na czerwono - artykuł

06.09.12, 18:12
zamknięty
Niedziela. Odpust u babki Anny. Anna jest świętą, patronką nikiszowieckiego kościoła, ale dla nikiszowian przede wszystkim starką, czyli babcią. Na Śląsku starzik i starka na życiu się znają jak mało kto, więc to do nich się idzie z problemami. Na miejsce, gdzie karuzela i występy, piosenki o Nikiszowcu na ludową nutę, niesie nas zapach klusek śląskich i rosołu. Dobiega z każdego uchylonego okna. W niedzielę Śląsk inaczej nie pachnie. Godka festynowego wodzireja: „Zapraszamy na zwiedzanie osiedla z naszym przewodnikiem. Goście z zagranicy niech się nie martwią. Zapewniamy tłumaczenie”. Zagranica to oddalony o dziesięć kilometrów Sosnowiec. Samochodu z rejestracją SO lepiej tu nie parkować. Na odpuście nie ma tandety. Plastikowych samochodów ani pistoletów, tylko rzeczy własnoręcznie wykonane w nikiszowieckich domach. Wystawiają się stowarzyszenia, piekarnie, restauracje, malarze i rękodzielnicy. Stanowisko Ruchu Autonomii Śląska jest oblegane. Jest też kolejne pokolenie nikiszowian, które zamiast chodzić na gruba (do kopalni), sprzedaje koszulki i parzy kawę. Odpust to jedna z największych organizowanych tutaj imprez. Święto tej siedmiotysięcznej dzielnicy Katowic. Nikisz ma już ponad sto lat. W 1905 roku Anton Uthemann, nowy dyrektor generalny górniczej spółki Georg von Giesche’s Erben, zadecydował o budowie dwóch osiedli – Giszowca i Nikiszowca. To pierwsze miało służyć górniczej klasie kierowniczej i nawiązuje do koncepcji miasta-ogrodu Ebenezera Howarda, do której niedawno Katowice odwoływały się w boju o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Pobliski Nikiszowiec został zaprojektowany jako osiedle robotnicze, a powód jego budowy był prosty: w związku z dynamicznym rozwojem górnictwa władze kopalni nie mogły sobie pozwolić, by górnicy do pracy nadal maszerowali pieszo i tracili siły (robotnicy pokonywali wtedy nawet kilkanaście kilometrów, a szychta trwała nawet do dwunastu godzin).
Zaprojektowanie osiedli Uthemann zlecił braciom Emilowi i Georgowi Zillmannom z podberlińskiego Charlottenburga. Kompleks tworzy dziewięć zamkniętych pierścieniowo bloków (trzy kondygnacje), połączonych za pomocą nadwieszeń ponad wylotami ulic. Wszystko z czerwonej cegły, czerwone są też okiennice. O zdobiące je rabatki dba dzisiaj lokalne Stowarzyszenie „Razem dla Nikiszowca”. Dzięki pruskiemu prawu osiedle odznaczało się wysokim standardem sanitarnym, miało też elektryczne oświetlenie. Równie kompleksowe było otoczenie: szkoła, szpital dla zakaźnie chorych, pralnia, łaźnia, sklepy, kościół…Każdy z bloków ma własne podwórze. Kiedyś mieściły się tu gołębniki i piece, biegały świnie i kozy – czyli kwitło życie proletariatu wyrosłego z klasy ludowej, który do bloków wprowadził obyczaje rodem ze wsi. Jednym z najważniejszych momentów w życiu wspólnoty było świniobicie. Urodzona na Nikiszowcu profesor Dorota Simonides w swojej autobiograficznej książce Szczęście w garści. Z familoka w szeroki świat osobny podrozdział poświęciła wypiekaniu chleba. – Przy piekarnikach kolejne rodziny miały dyżury. To czekanie na swoją kolej, a potem łamanie się chlebem wytwarzało specyficzną więź – mówi mi, podpisując książki na nikiszowieckim odpuście.
Profesor Simonides, etnolożka i polityczka, tylko na Nikiszowcu jest naprawdę u siebie. Tutaj spędziła dzieciństwo. – Korzenie człowiek ma w jednym miejscu. Moje korzenie to robotnicze osiedle, na którym wszyscy się znali po imieniu. Nigdy więcej czegoś takiego nie doświadczyłam. Ze świata pozanikiszowieckiego najbardziej przerażają mnie wielopiętrowe bloki z windą, w których sąsiedzi nic o sobie nie wiedzą – mówi. Magia osiedla tkwiła w osadzonej na silnych fundamentach wspólnocie lokalnej. – Mieszkaliśmy w takich samych blokach, chodziliśmy do tej samej szkoły, na nabożeństwa do tego samego kościoła, do tych samych konsumów (sklepów), a wszyscy nasi bracia i ojcowie pracowali w tej samej kopalni. Ta wspólnota miała swoje obyczaje i rytuały, rozpinające się między kopalnią i kościołem. Między bliską ciału Ślązaka górniczą flanelową koszulą, czyli kulturą materialną, i życiem duchowym, sięgającym zdecydowanie wyżej, niż sięgają szyby kopalni „Wieczorek”. Między żywotem Józefa Wieczorka, miejscowego komunisty, bohatera nikiszowieckich strajków, i żywotami świętych. Składniki, na których wyrosła nikiszowiecka społeczność, to szczególny etos pracy górnika, ugruntowana w robotnikach wiara w sprawiedliwość, tradycja i kultura ludowa.„Największym wydarzeniem, które nam […] uświadamiało poczucie wspólnoty, było tzw. tąpnięcie. […] Obszar trwogi, strachu i lęku o swoich bliskich. […] Swoiste trzęsienie ziemi. Żony, siostry i dzieci oraz emerytowani górnicy czekali przy szybie na jakiś sygnał od swoich zagrożonych bliskich […]. W takiej sytuacji nie budzi zdziwienia, że wszystkie dzieci pochodzące z typowo górniczych rodzin, w których i dziadkowie, i ojcowie, starsi bracia oraz wujkowie byli górnikami, wchłaniały tę podstawową zasadę – zasadę górniczego kamractwa: jeśli stało się nieszczęście, to ojcowie nasi, bracia i inni krewni spieszyli na pomoc w poszukiwaniach zasypanych kamratów. Świadomość, że istniała solidarność między górnikami, a także niesłychana więź pomiędzy rodzinami, towarzyszyła nam przez całe nikiszowieckie życie. Dobrze było z tą wiedzą żyć ” – pisze Simonides. Ale nikiszowanie nie tylko w obliczu śmierci byli razem. Razem byli też, a może przede wszystkim właśnie wtedy, gdy dopominali się o lepsze warunki pracy. W 1918 roku, ryzykując skazaniem na front albo więzienie, wywalczyli sobie ośmiogodzinną szychtę. Protestowali w latach dwudziestych (to wtedy Józef Wieczorek stanął na czele Komitetu 21, organizacji strajkowej), a po wybuchu kryzysu w 1929 roku strajkowali już na potęgę. W 1932, 1933, 1935 i 1937. Ten ostatni strajk miał szczególnie dramatyczny przebieg. „Niechcących dopuścić urzędników do pracy demonstrantów rozpędziła policja, na którą posypały się kamienie rzucane przez protestujących z okien dyrekcji i łaźni. Strajk został zakończony w czwartym dniu głodówki, w wyniku obietnicy przedstawicieli Giesche SA, że spełnione zostaną postulaty strajkowe, podwyżki zarobków o 8% i obniżka norm pracy w przodkach o 5 – 9%” – pisze Joanna Tofilska, autorka książki Katowice Nikiszowiec: miejsca, ludzie, historia. Zakochana w Nikiszowcu, przeniosła się tu przed paroma laty. www.krytykapolityczna.pl/Transformacja-20latpozniej/LaciakOsiedlenaczerwono/menuid-227.html O strajkach dużo się mówiło w rodzinie starszego pana, który zaczepia mnie, gdy fotografuję pomnik Wieczorka. Właśnie wraca z odpustu. Pod pachę włożył „Magiel. Niecodziennik Nikiszowiecki”, numer czasopisma wydawanego przez młodzieżowe Stowarzyszenie Pyrlik Stalowy. Ożywia się, gdy pytam o Wieczorka. Mówi wzniośle: – To był nasz ludowy trybun, rewolucjonista! Popiersie ludowego trybuna jakiś czas temu spadło z postumentu. Sprawcy nieznani, podejrzenie padło na kibiców. Janusz Zalewski, mąż wnuczki Wieczorka, próbował interweniować, ale w magistracie dali mu do zrozumienia, żeby sobie darował. Wtedy po dzielnicy rozniosła się plotka, że zrobią tam parking. To oburzyło Józefa Wróbla, związkowca i działacza koła emerytów i rencistów. „Nie po to 38 lat temu osobiście walczył, by kopalnia dalej nazywała się Wieczorek, a nie Janów, jak chcieli w górniczym zjednoczeniu”, napisała „Gazeta Wyborcza”.
W końcu pomnik udało się odrestaurować, choć nie w pierwotnej postaci. Na postumencie wyrosła otwarta dłoń z palcami w różnych kolorach. Zdaniem autora projektu, rzeźbiarza Pawła Orłowskiego, ma s
    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 06.09.12, 18:16
      zamknięty
      W końcu pomnik udało się odrestaurować, choć nie w pierwotnej postaci. Na postumencie wyrosła otwarta dłoń z palcami w różnych kolorach. Zdaniem autora projektu, rzeźbiarza Pawła Orłowskiego, ma symbolizować porozumienie – w przeciwieństwie do walki symbolizowanej przez zaciśniętą pięść, która jednak wielu z Wieczorkiem kojarzy się bardziej. Ludzie mówią: co z tego, że czerwony, ważne, że nasz. Tofilska: – Dzisiaj Wieczorka trochę ratuje, że zginął w Auschwitz. Józef Krzyk, dziennikarz katowickiego wydania „Gazety Wyborczej”: „Najważniejsze jest to, co o Wieczorku myślą ludzie z Nikisza […]. Dla nich Wieczorek to nie komunista, ale człowiek, który bronił miejscowych przed wyzyskiem, domagał się chleba dla bezrobotnych, organizował górnicze strajki i siedział za to w więzieniu. […] Gdyby urodził się pół wieku później, pewnie by działał w Solidarności”. Jednym z inicjatorów odbudowy pomnika była Fundacja Eko-Art Silesia, która zrewitalizowała wyłączony z eksploatacji szyb kopalni „Wieczorek”. Dzisiaj mieści się tu dobrze prosperująca galeria sztuki. Trwa właśnie coroczna wystawa malarstwa naiwnego z całego świata, czyli Art Naif Festiwal. Stoimy przed obrazem Stephena Lewisa z Afryki pt. Nikiszowiec. Artysta nigdy tu co prawda nie był, malował ze zdjęć. Po śląskim podwórku pałętają się żyrafy, zebry i gazele, jest małpa i tygrys. Samochód Kilimanjaro Tours prowadzi lew, a po elewacji jednego z budynków wspina się baobab.  – Proszę mnie do tych prymitywistów nie zaliczać – odgraża się Erwin Sówka, ostatni z żyjących malarzy legendarnej Grupy Janowskiej, której przewodził Teofil Ociepka. Nikiszowieckim górnikom, którzy po robocie malowali cenione na całym świecie obrazy inspirowane okultyzmem, prowadzili korespondencję z różokrzyżowcami i lożą masońską, reżyser Lech Majewski dedykował film Angelus (jego premiera odbyła się właśnie w Galerii Szyb Wilson). Dość powiedzieć, że pierwszym klientem Ociepki był Julian Tuwim, a jednym z jego gości była Martha Gellhorn, amerykańska dziennikarka, żona Ernesta Hemingwaya. – Jo tak se ubzduroł, ale to nie tylko jo, ale jest grono takich właśnie myślicieli, że tam, w kosmosie, miłość jest po prostu zaspokajana, nie tak jak tu, na ziemi, gdzie liczy się tylko materia i korzyści. Tam nie ma nic z tego, jest tylko czysta miłość, na tym się rozgrywa duchowość – zdradza swoje credo Sówka. Jego obrazy należą do stałej ekspozycji galerii. Obecnie mieszka w budynku z wielkiej płyty na katowickim blokowisku, ale całe jego życie jest związane z Nikiszowcem. – Moje opowieści są o architekturze i górnictwie. Śląsk odznacza się egzotyką niedostrzegalną dla innych – tłumaczy malarz. Te opowieści, jak nazywa je Sówka, często wzbogacają statki kosmiczne i nagie, grube śląskie kobiety. Często maluje też patronkę górników. Na obrazie Święta Barbara na Karmerze jest wkomponowana w nikiszowiecką cegłę. „Powstała u mnie z elementów murów Nikiszowca, bo Nikiszowiec zbudowany jest tak, jakby zjechać do kopalni […]. Jakby kopalnię wyciągnąć na powierzchnia” – powiedział Sewerynowi Wisłockiemu, autorowi książki Janowscy „kapłani wiedzy tajemnej”. Sówka wie, że dziennikarze fantazjują na temat jego grupy i dobrze się przy tym bawi. Krąży legenda, że w trakcie jednego z takich spotkań u niego w mieszkaniu rozebrana żona obmywała mu stopy. Na czele Eko-Art Silesia stoją Johann Bros i Monika Paca. On – hipis, zaangażowany w katowicki marzec ’68, w latach 70. wyjechał do Niemiec. Tam nauczył się niemieckiego podejścia do budownictwa poprzemysłowego. W Polsce, szczególnie na restrukturyzującym się Śląsku, opuszczone hale fabryczne służyły przede wszystkim złomiarzom. Za zachodnią granicą odżywały na nowo. Bros nazywa siebie lokalnym patriotą. Do Polski wrócił na początku lat 90. Zainwestował kapitał.
      Ona – aktywistka, członkini krajowego zarządu Zielonych, animatorka kultury.
       – Zajmujemy się tą przestrzenią od 1998. Najpierw była mała galeria, w 2001 urządziliśmy wystawę młodym artystom z ASP. Wtedy się zaczęło, prasa uznała nas za wielką nadzieję – opowiada Paca. – Ale nie ma nic za darmo. Wchodziliśmy do starego miejsca pracy wielu nikiszowian, byliśmy z zewnątrz, w dodatku w dzielnicy mocno dotkniętej biedą i bezrobociem. To taka ironia losu, że szyb znajduje się akurat przy ulicy Wyzwolenia – mieliśmy wrażenie, że tu nikt nie pracuje! Rosło pokolenie, które nie widziało rodziców wychodzących do pracy.
      Jest przekonana, że gdyby nie zaangażowali w życie galerii lokalsów, rozebraliby ich złomiarze. Na pierwszą wystawę zaprosili każdego z mieszkańców z osobna. Rozesłali tysiące zaproszeń. – Sztuka to taka dziedzina kultury, która wpływa nawet na ludzi nastawionych źle – tłumaczy. Pracują też z dziećmi, organizują im kolonie. Efekt – nikiszowanie chętnie odwiedzają galerię. Znowu uważają to miejsce za swoje, więc kradzieże skończyły się po paru latach
      Duża część starszyzny uważa jednak, że tamtego Nikiszowca już nie ma. Teraz jest Disneyland, do którego po atrakcje przyjeżdżają naiwni turyści i dziennikarze. Nikiszowiec skończył się wraz z epoką masowych zakładów pracy i ich organizacji. Na dzisiejszym Śląsku, po transformacji (w „Wieczorku” jeszcze w 1990 roku pracowało 5891 osób, w 2000 już tylko 2840), miejsca takie jak to na nowo ustalają swoją tożsamość. Stowarzyszenie „Razem dla Nikiszowca”, na czele którego stoi Elżbieta Zacher, dba o to, by to była tożsamość czerpiąca z bogatej historii. Ostatnio zaprosili wnuka jednego z Zillmannów, który na widok osiedla przecierał oczy. Wcześniej nie słyszał o osiągnięciach dziadka. Wymyślili też tabliczki z nazwiskami tragicznie zmarłych górników na murze okalającym kościół. Simonides wspomina, że w tej społeczności śmierć była stałą przyjaciółką górników i ich rodzin. Wypadki w kopalni były bardzo częste. Wdowa po górniku nie musiała się jednak martwić o przeżycie, bowiem opieką otaczała ją cała społeczność-rodzina. Innym pomysłem stowarzyszenia był monitoring, którego budowa kończy się w tym roku. Osiedle jest bastionem kibiców Ruchu Chorzów, więc dużą część zabytkowych murów zdobią „eRki”. Mieszkańcy skarżą się na „Gieksiarzy”, czyli kibiców wrogiego GKS-u Katowice, którzy organizują wjazdy na dzielnicę. Ale skąd Ruch na katowickim osiedlu? Odpowiedzi udziela mi Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska, który kibicuje „Niebieskim”: – To proste, byliśmy tu zdecydowanie wcześniej, bo od roku 1920. GKS powstał 44 lata później. Zdaniem Gorzelika miejscowi jeździli na mecze pociągiem, który odchodził z pobliskich Szopienic. Siedzimy w śląskim pokoju gościnnym u prof. Irmy Koziny. Jak na historyczkę sztuki przystało, jest detalistką. Wybrała Nikiszowiec, bo tylko tam znalazła pięciościenny pokój, mogący pomieścić jej bogaty księgozbiór. Ustawiła go na dwóch ścianach, na kolejnych wiszą portrety przodków – chciałaby mieć tam Sówkę, ale niestety nie ma miejsca. Za to marzy ostatnio o biurku od przedwojennego duetu Thonet – Mundus. Thonet to podobno taki meblarski Steve Jobs. Pomieszczenie, w którym siedzimy, Ślązacy rezerwowali na niedzielne obiady i specjalne okazje. Poza nimi życie odbywało się choćby i w kuchni – byle drzwi do izby były zamknięte. Pijemy herbatę i kawę, z mlekiem, jak kto woli, do tego na stole ciasto i landrynki, ale nie byle jakie. Są to landrynki brytyjskie, tzw. long drink, obecne przy popołudniowej herbacie. Kozina przerywa opowieść, żeby sprawdzić Facebooka i zagłosować przeciwko wycince topoli stojących przy jednej z katowickich ulic. P
    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 06.09.12, 18:19
      zamknięty
      Tak samo jest z gentryfikacją. Do niedawna Nikiszowiec mógł się kojarzyć źle. Tak przynajmniej było w wypadku Michała Smolorza, znanego śląskiego publicysty. „Od lat na Nikiszu wodzi prym i sieje terror bandycki lumpenproletariat, osiedlany tu z powodu niskich standardów socjalnych mieszkań. […] Jeśli naprawdę nam zależy na uratowaniu tego magicznego zakątka […], to trzeba go najpierw przebudować do cna, łącznie z przebudową struktury mieszkańców”, pisał w 2006 roku.
      Dzisiaj przyszła moda na Nikiszowiec i choć mieszkania ciągle są stosunkowo tanie, mogą podzielić los soku z granata. Kozina, z pochodzenia krakuska, wybrała Nikiszowiec, bo tutaj przemysłowy Śląsk, kultura materialna – nie pytają, skąd pochodzisz, lecz co potrafisz. Mówi, że ma sentyment ludowy. Denerwuje ją tylko jeden biznesmen, który wykupił jedenaście mieszkań i teraz stoją puste. Nie ma komu grzać, więc mieszkańcom poniżej robi się grzyb na suficie.
      Sentyment ludowy ma też mieszkający nieopodal profesor fizyki jądrowej oraz liczni tutaj architekci i artyści. Sprowadzają się z powrotem również ci, którzy wyjechali stąd na studia. Jak Maciek, grafik, który na odpuście sprzedaje koszulki z napisem „I love Nikisz”. – W Krakowie nie czułem się dobrze, tu wszystkich znam, jesteśmy jak jedna wielka rodzina – twierdzi.
      Odpustowy wodzirej wzywa, żeby składać podpisy pod petycją o utworzenie na Nikiszowcu rady dzielnicy. Jeżeli się uda, wspólnota dostanie do rozdysponowania ponad 500 tysięcy złotych rocznie.

      www.krytykapolityczna.pl/Transformacja-20latpozniej/LaciakOsiedlenaczerwono/menuid-227.html
    • cusiew44 Re: Osiedle na czerwono - artykuł 08.09.12, 11:59
      zamknięty
      Nawet przyjemny ten artykuł. Jak zobaczyłam napis "krytyka" to się zaraz zjeżyłam ale okazuje się, że niepotrzebnie...
    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 11.10.12, 12:53
      zamknięty
      Ja też w piewszej chwili myślałam, że to będzie krytyka
    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 17.12.12, 22:54
      zamknięty

    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 08.02.13, 09:45
      zamknięty

    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 15.04.13, 20:53
      zamknięty

    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 27.07.13, 23:39
      zamknięty

      • madohora2 Re: Osiedle na czerwono - artykuł 23.01.14, 22:36
        zamknięty
    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 27.04.14, 00:01
      zamknięty

      • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 02.11.14, 22:37
        zamknięty

        • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 05.02.15, 13:17
          zamknięty

    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 29.05.15, 21:23
      zamknięty

    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 25.08.15, 22:36
      zamknięty
    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 09.11.16, 14:15
      zamknięty
      Pozostawię bez komentarza
    • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 07.04.17, 18:48
      zamknięty
      ***
      • madohora Re: Osiedle na czerwono - artykuł 26.08.17, 14:37
        zamknięty
        ***
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka