Gość: 123
IP: *.89-161.tel.tkb.net.pl
14.09.07, 23:42
Strona główna » Autorzy » Jerzy Rzędowski
Norymberga dla lewicy!
Autor: Jerzy Rzędowski, śr, 12/09/2007 - 17:13
Gdy upadła III Rzesza natychmiast zabrano się do jej likwidacji. Symbolem była
oczywiście Norymberga, niegdyś miejsce triumfalnych celebracji NSDAP, a po
wojnie siedziba międzynarodowego trybunału osądzającego twórców i
współpracowników totalitaryzmu. Kilkuset największych zbrodniarzy powieszono,
innych wsadzono do więzień. Główni liderzy uniknęli odpowiedzialności
(przynajmniej na tym świecie), popełniając samobójstwo, ale tak naprawdę w
denazyfikacji chodziło o potępienie ideologii i o ukaranie bezpośrednich
wykonawców.
Żaden z nich nie doczekał w Berlinie przyjemnej sutej emerytury jako
„zasłużony funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa”. Niektórzy zdołali uciec do
Argentyny, by tam dożyć swoich dni – może nawet w dostatku, ale ze
świadomością wygnania z ojczyzny i potępienia przez świat.
W Norymberdze sądzono nie tylko tych, którzy bezpośrednio mieli krew na
rękach. Sądzono także ideologa Streichera, dyplomatę von Ribbentroppa,
bankowca Funka i szefa młodzieżówki von Schiracha. A przede wszystkim –
sądzono system i tworzące go organizacje.
Józef Goebbels popełnił samobójstwo w bunkrze, zamiast zostać jednym z
najbogatszych Niemców, wzbogaconym na wydawaniu tygodnika „Nein”, opisującego
w wulgarny sposób świństwa przeciwników Hitlera. Żaden inny przywódca NSDAP
nie został prezydentem ani kanclerzem powojennych Niemiec, ani nawet
pomniejszym urzędnikiem w kolejnych rządach.
Wszyscy Niemcy przeszli po wojnie ostre pranie mózgu, obowiązkową zmasowaną
edukację na temat tego, czym był hitleryzm, w którym wszyscy żyli i który
prawie wszyscy popierali. I chociaż wielu uznawało przymusowe filmy o obozach
koncentracyjnych za przesadę, albo po cichu widziało w Hitlerze zbawcę narodu
i budowniczego autostrad, to nikt nie przyznałby się do tego głośno. Nie, nie
z obawy przed karą – denazyfikacja skończyła się już kilka lat po wojnie. Nie
powiedziałby tak ze wstydu i obawy przed publicznym potępieniem.
Komunizm miał więcej szczęścia niż nazizm, mimo że porównanie liczby ofiar
wychodzi na niekorzyść tego pierwszego. Choć obu zakazuje ten sam artykuł
konstytucji RP, nikt nie wie jak w praktyce taki zakaz miałby wyglądać.
Wyjście w brunatnym t-shircie z podobizną Hitlera i swastyką niechybnie
skończyłoby się zatrzymaniem przez najbliższy patrol policji, ale już czerwone
gwiazdy, sierpy i młoty czy wreszcie podobizny Che-Guevary (kubańskiego
mordercy dzieci), młodsi i starsi kretyni noszą dumnie jako coś „cool” i „trendy”.
Tu uwaga – nie ma nic dziwnego w tym, że ktoś uważa lata 1944-1989 za okres
osobistego szczęścia. Przeżywaliśmy wtedy swoje dzieciństwo, dorastanie,
młodość albo okres aktywnego życia, a to zazwyczaj kojarzy się miło. Jednak
nie ma to nic wspólnego z tym, że państwo w którym żyliśmy, było państwem
nienormalnym, wynaturzonym, zrodzonym ze zbrodni i opartym na kłamstwie.
Żyliśmy w księżycowej gospodarce i przestępczym ustroju, czczącym psychopatę
Dzierżyńskiego i defraudanta Żymierskiego, a nie prawdziwych bohaterów. Co ja
zresztą piszę o bohaterach – żyliśmy w kraju, który w głębokiej pogardzie miał
każdego obywatela.
Żaden sentyment do lat młodości – powtarzam, zupełnie zrozumiały – nie może
zniekształcić nam oceny tamtego okresu.
No dobrze, ale dlaczego piszę o tym 18 lat po upadku PRL? Nie lepiej
zapomnieć, iść do przodu?
Wciąż nie możemy iść do przodu właśnie dlatego, że PRL wcale nie upadł. Dziś,
gdy polskim parlamentem i rządem wstrząsają kolejne kryzysy, widać to z całą
ostrością. Nigdy nie zrzucony socjalistyczny bagaż, nigdy nie potępiony styl
sprawowania rządów, nigdy nie odrzucony model relacji państwa i obywatela,
pojawia się w kolejnych mutacjach.
Przedstawiciele „ludu pracującego miast i wsi” w myśl leninowskiego postulatu
„kucharka – ministrem”, demokratycznym wybrykiem stają się parlamentarzystami,
„elitą narodu”, głównie po to, by później narażać wyborców na żenujące
spektakle telewizyjne pod tytułem „Zdradzałem żonę, w tym raz z prostytutką”.
Wysocy urzędnicy traktują powierzone sobie instytucje jak prywatne folwarki
(proceder „blue-taxi” to najbardziej znany objaw, ale przecież nie jedyny), bo
przecież tak samo robili ich poprzednicy sprzed 1989. Władza publiczna nadal
utrzymuje własność setek spółek, tylko po to by można było obsadzać rady
nadzorcze i zarządy w nagrodę za wierność aktualnie rządzącej partii.
Walka z korupcją wciąż nie polega na likwidacji wymaganych zezwoleń, tylko na
dokładniejszym patrzeniu na ręce ich wystawcom. Tak jak w PRL obywatel nie
może przecież podejmować ważnych dla siebie decyzji bez zezwolenia, bo władza
uważa, że jest na to zbyt głupi. Komentatorzy tzw. afery Leppera zastanawiają
się, czy chciał wziąć łapówkę czy nie – ale nikt nie widzi absurdu w tym, by
ministerstwo w Warszawie decydowało, co na własnej działce ma zrobić jej
właściciel pod Olsztynem!
Nadal, jak w socjalizmie, „wszystkie dzieci nasze są” – urzędnicy z alei
Szucha (dobry adres, nawiasem mówiąc) mają ustalić czego mają się uczyć dzieci
i czy mają mieć przy sobie komórki schowane w kieszeni mundurka, czy nie. Nikt
nawet nie piśnie, że w normalnym kraju takie decyzje podejmują rodzice, a do
ustalenia listy lektur zatrudniają nauczyciela!
PRL istnieje jak polityczny zombie – niby go nie ma, ale wciąż żyje w umysłach
ludzi, w regułach polityki w szczegółach codziennego życia.
Norymberga dla lewicy! Wszystko bierze się stąd, że nie osądzono systemu i
jego ludzi. Komunistyczni przestępcy spokojniutko sobie wymierają, odkarmieni
na kilkutysięcznych emeryturach, zamiast zdychać w należnym im poniżeniu; dają
tym jasny i czytelny sygnał, że nie każda zbrodnia musi być ukarana. PRL-owscy
urzędnicy gnębiący domiarami tzw. prywatną inicjatywę nadal pracują w
urzędach, tylko teraz mają ISO. Nauczycielki zapisujące dzieci pod przymusem
do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej prowadzą teraz Kluby Europejskie,
czasem nawet gazetki ścienne mają w tym samym miejscu.
PZPR-owscy liderzy, niegdyś wsłuchani we „wskazówki z Moskwy” i decydujący w
Biurze Politycznym, którą demonstrację rozjechać czołgami najpierw, a którą
potem, dziś uznawani są za pełnoprawnych polityków, mających prawo krytykować
rządzących z tej czy innej partii za „niepraworządność”, „faszyzm” i złą
politykę zagraniczną.
Norymberga dla lewicy – dopóki jeszcze to pamiętamy, dopóki żyją sprawcy,
dopóki można jeszcze zmienić sposób działania państwa. Inaczej na
dziesięciolecia zostanie nam system, który przez wszystkich będzie uważany za
normalny. Straciliśmy 18 lat – czy znajdzie się odważny polityk, który powie
„dość” i naprawdę zakończy żywot PRL?
Jerzy Rzędowski
inne teksty autora...
www.reagan.org.pl
Autor: przedsiębiorca, nauczyciel akademicki, historyk i trener grupowy,
pasjonuje się teologią i religioznawstwem, wiceprezes fundacji „Instytut im.
Ronalda Reagana”.