IP: *.89-161.tel.tkb.net.pl 21.09.07, 19:49

NUMER 36/2007 Prenumerata!
papierowa | SMS | kartą kredytową

Kochanka z szafy Lesiaka

Wysypały się z szafy Lesiaka kolejne, odtajnione dokumenty. Tym razem
dotyczyły m.in. Anastazji Potockiej vel Marzeny Domaros. Dokumenty, opisywane
na bieżąco przez gazety, mają podeprzeć i wzmocnić tezę o inwigilacji prawicy,
którą Kaczyńscy i ich kumple wykorzystują, by pokazać, jak byli nieprawnie i
niesprawiedliwie niszczeni za czasów III RP. Dokument, który publikujemy na
str. 1, podpisany osobiście przez Marzenę Domaros w 1992 r., mówi tymczasem o
tym, że szpiegowano całą klasę polityczną, używając do tego przedziwnych metod.

UOP wtrącał się w politykę, śledził polityków, zbierał na ich temat
informacje, które później mógł ewentualnie wykorzystać, np. do szantażowania
przywódców lewicy Kwaśniewskiego i Millera. Nie zajmował się tylko prawicą,
jak dzisiaj chcą wmawiać społeczeństwu politycy PiS. Obiektem niezdrowego
zainteresowania tajnej policji byli zresztą wszyscy politycy, niezależnie od
ich przynależności partyjnej. Takie gry tajnej policji są skandalem. Kto
ponosi za to odpowiedzialność? Przede wszystkim bezpośredni zwierzchnicy
Urzędu Ochrony Państwa. Od 1 sierpnia 1990 r. do 31 stycznia 1992 r., czyli w
czasach kiedy UOP wykorzystywał Marzenę Domaros, szefem Urzędu był Andrzej
Milczanowski. Ten sam, który zmontował przeciwko Józefowi Oleksemu, premierowi
RP, prowokację polityczną oskarżając go o szpiegostwo na rzecz Rosji.

Jak Potocka trafiła do „NIE”

Po tylu latach mogę czegoś nie pamiętać, więc nie sposób wykluczyć, że pomijam
lub przekręcam jakiś szczegół. Pierwszy sygnał dostałem od ówczesnej
dziennikarki Głosu Ameryki Marii Bnińskiej, która powiedziała, że w Sejmie
wszyscy umierają ze strachu, bo jakaś kobieta przespała się z połową posłów, a
teraz ich szantażuje. Informację przekazałem Urbanowi. Wkrótce potem Urbanowie
weszli do jakiegoś sklepu z wyrobami skórzanymi na Wybrzeżu prowadzonego przez
artystę rzemieślnika. Zawarcie z nim znajomości było absolutnym przypadkiem,
co wyklucza inspirację ciemnych sił czy służb. Zadzwonił do Urbana, że jego
znajoma opowiada o ciekawych swoich przygodach w Sejmie, które mogą zaciekawić
„NIE”. Plastyk ten, gdy spotkaliśmy się w Gdańsku, opowiedział kilka istotnych
szczegółów z życia Domaros. To wtedy usłyszałem jej prawdziwe nazwisko.
Dotychczas znana była jako Anastazja Potocka, z tych Potockich oczywiście, z
widokami na część przynajmniej pozostawionych przez tę rodzinę dóbr ziemskich.
I jako korespondentka opiniotwórczego dziennika francuskiego „Le Figaro”.

Mój rozmówca skierował mnie do Domu Kultury w Starogardzie Gdańskim, gdzie
Domaros-Potocka miała pracować. W holu przywitał mnie pijany stróż, który o
Domaros mało wiedział.

Istotne może być to, że podczas poszukiwań w Starogardzie jechał za mną
samochód. Gdzie ja skręciłem, i on skręcał, stawał, kiedy i ja stawałem. Gdy
wściekły zatrzymałem się na środku ulicy i wysiadłem, samochód odjechał.

Po powrocie do hotelu w środku nocy odwiedził mnie mężczyzna, którego
wcześniej na oczy nie widziałem. Człowiek ten bez wstępów oznajmił: szuka pan
kogoś, o kim ja wiem, gdzie teraz mieszka. Na dowód mam tu ze sobą negatywy
jej fotografii. Adres podam panu za pewną kwotę w niemieckich markach. Marek
nie miałem, obiecać mogłem. Dostałem adres Domaros: Warszawa, ulica Szwoleżerów.

Granat w szambie

Marzena Domaros nie od razu chciała gadać. Jutro wieczorem, powiedziała.
Wieczorem następnego dnia zameldowałem się przy Szwoleżerów. To, co
opowiedziała wtedy Marzena Domaros, napisałem na pierwszej stronie numeru
„NIE” z 26 września 1992 r. Jej kariera zaczęła się od pracy w Komitecie
Organizacyjnym Igrzysk „Solidarności” w Gdańsku. Tam poznała ustosunkowanych w
tamtych czasach ludzi. Potem w Katowicach zawarła znajomość z tuzami
tamtejszej „S” – Tadeuszem Jedynakiem i Alojzym Pietrzykiem. Dziś te nazwiska
nikomu nic nie mówią. Wtedy to byli ludzie znaczni. Potem jako współpracownica
„Le Figaro” dotarła do Sejmu i zaczęła kolekcjonować znajomości z posłami i
politykami rozmaitej orientacji: Henrykiem Goryszewskim, Aleksandrem
Kwaśniewskim, Józefem Oleksym, Leszkiem Millerem, Januszem Lewandowskim,
premierem Krzysztofem Bieleckim, wicemarszałkiem Sejmu Andrzejem Kernem,
Stefanem Niesiołowskim i wieloma innymi.

Trochę lawirowałem wówczas w artykule. Na jej prośbę zresztą. Nie chciała, bym
napisał, że w Sejmie jednym z jej wprowadzających na samym początku był
Aleksander Kwaśniewski. Napisałem więc tylko, że ją z nim widywano.
Kwaśniewski w rozmowie ze mną kategorycznie zaprzeczył znajomości z Domaros.
Warto podkreślić, że już wtedy mniej nas zajmowało, kto przespał się z
nibyhrabianką, a bardziej informacje, że UOP przejawiał zainteresowanie wiedzą
Domaros, jaką posiadła w czasie swoich sejmowych podbojów. Związek tajnych
służb z Marzeną Domaros sygnalizowaliśmy zatem od samego początku.

Efekt naszego artykułu był jak granat w szambie. Posypały się zaprzeczenia,
oświadczenia, w gazetach spekulowano, kto nasłał tę kobietę na Sejm i
dlaczego. Przewijały się nazwy wszystkich chyba wywiadów świata. Atmosfera
wokół naszej bohaterki zagęszczała się. Szczególnie wówczas, kiedy poszła w
świat informacja, że Marzena Domaros zamierza wydać książkę o swoich
przygodach z politykami. Atmosferę podgrzał nasz kolejny artykuł z 6 listopada
(nr 47/1992), w którym omówiliśmy niektóre fragmenty maszynopisu jej książki
dotyczące marszałka Kerna, posła Niesiołowskiego i kilku innych. I szczegółowo
opisaliśmy, jak policja zatrzymała w hotelu Sobieski Marzenę Domaros pod
zarzutem próby niezapłacenia należności za pokój, który zresztą wynajęło
specjalnie dla niej wydawnictwo Romana Górskiego. Całe zatrzymanie było dęte
od początku do końca i nie mieliśmy wątpliwości, że w istocie było niczym
innym jak próbą zastraszenia autorki i wydawcy. W tej publikacji zwróciliśmy
też uwagę na wątek spotkań Domaros z przedstawicielami firmy Cassino Poland.
Niektóre fakty, do których dotarłem, potwierdzały jakąś jej grę z tą firmą
zainteresowaną projektem ustawy o hazardzie, choć rzecznik prasowy Cassino
Poland zaprzeczał kategorycznie związkom jego firmy z naszą bohaterką. Marzenę
Domaros wypuszczono z aresztu po kilku dniach, ale para z tej całej akcji
poszła w gwizdek, bo ani ona, ani Górski nie wystraszyli się i książka
uka-zała się, odnosząc zresztą oszałamiający sukces.

Pisarka, aktorka, piosenkarka

Jakiś czas po opublikowaniu pierwszego artykułu zjawił się w redakcji starszy
szary człowieczek. Znam tę panią, powiedział. Wynajmował jej mieszkanie w
Warszawie. Zaraz po
jej wyprowadzce zjawiła się w tym mieszkaniu policja i szukała narkotyków. I
nawet je znalazła, w śladowych co prawda ilościach, bo w szparach między
klepkami podłogi. Z rozmów funkcjonariuszy staruszek zorientował się, że tam
mogła być hurtownia narkotyków albo nawet laboratorium. I żebym to opisał. Nie
opisałem, bo nie udało się potwierdzić tej opowieści.

Miesiąc, może dwa lub trzy po tej wizycie w redakcji zjawiła się Marzena
Domaros. Wystraszona. Rezultatem tej rozmowy jest oświadczenie spisane przez
nią i pozostawione w redakcji z prośbą, abyśmy je ogłosili, gdyby została
aresztowana. Okazało się, że w swoich kontaktach z Domaros od początku byłem
prowadzony jak dziecko. Szedłem tam, gdzie miałem iść, a moje rozmowy z nią
były nagrywane. Jednak nie zerwaliśmy z nią kontaktów. Przeciwnie – Domaros
brała udział w naszym happeningu – ślubie z Jerzym Urbanem, została bohaterką
specjalnie wydanej kasety wideo i agitowała politycznie za wolnością aborcji.
Słowem, współpraca była obopólnie pożyteczna.

Poza tygodnikiem Marzena Domaros również kwitła. Jej książka odniosła sukces,
ale pokaźna kasa, którą zarobiła autorka, szybko się rozeszła. Oczywiście
książkę napisała nie ona własnoręcznie, lecz piór
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka